Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tigre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tigre. Pokaż wszystkie posty

14 maja 2010



Długo czekaliśmy na zobaczenie dużego miasta z prawdziwie wielkomiejskim klimatem, z charakterystyczną tylko dla tego miejsca duszą. Miasta pociągającego i wciągającego. Trochę przytłaczającego. Buenos Aires takie właśnie według nas jest. Nie zawiodło. Bo oprócz swojej wielkomiejskości, szybkiego życia, ma też mnóstwo niezwykle klimatycznych miejsc i dużo niepowtarzalności. Tango wciąż żywe, dużo kawiarenek tętniących życiem, dużo zielonych placów pełnych ludzi. Naprawdę ciepła atmosfera.

Dzięki znakomicie rozbudowanej sieci kolei podmiejskiej i nienajgorszej sieci metra postanowiliśmy zostać na trzy nocy – do soboty – w Tigre u Pierra i Laurance. Spodobało nam się to łódkowe życie, nasze świetne łóżko na dziobie, codzienne pływanie małą dingy do Sailing Clubu, żeby stamtąd wziąć łódkę większą, która woziła wszystkich członków klubu i mieszkańców łódek na brzeg.



Mimo, że mieszkaliśmy jakieś 40km od centrum dojazd do samego „serca” Buenos zajmował nam 45-50 minut. Nie było więc to jakoś bardzo męczące, a tym bardziej drogie (1,35 peso = ok. 1zł) i pewnie zostalibyśmy w Tigre do końca naszego pobytu, gdyby nie fakt, że chęć powrotu po północy była bardzo skomplikowana, a my chcieliśmy zobaczyć miasto w akcji w sobotnią noc. Ustaliliśmy, że w sobotę robimy wielkiego grilla, po czym na wieczór przeprowadzamy się do centrum.

Centrum Buenos jest tak wielkie, że podzieliliśmy je sobie na fragmenty, które chcieliśmy zejść w poszczególne dni. Bo na tym właśnie polega „zwiedzanie” Buenos – na włóczeniu się po różnych dzielnicach centrum, spektakularnych zabytków nie ma za wiele, chodzi bardziej o kwintesencję miasta samą w sobie.

Pierwszego dnia postanowiliśmy skupić się na Microcentro. Po dojściu na dworzec kolejowy okazało się jednak, że jest strajk maszynistów kolei podmiejskiej… Do 14. Walter ostrzegał nas wcześniej, że Buenos to miasto ciągłych strajków – przekonaliśmy się o tym pierwszego dnia… Jazda kolejką to właściwie niekończące się miasto. Dzielnice biedne i bogate, mieszkalne i bardziej komercyjne. Ciągłe życie. Buenos jest wielkie! W kolejce odchodzi ciągły handel. Gumy do żucia, skarpety, USB. Ale też bardzo pozytywni grajkowie na harmonii, gitarze, pięknie śpiewające babeczki.



Microcentro to najbardziej żywa i zróżnicowana dzielnica Buenos Aires. To tu wielkie drapacze chmur – siedziby wielkich korporacji mieszają się ze starymi, ważnymi historycznie budynkami. Deptak – Avenida Florida niezależnie od godziny i dnia tygodni tętni życiem. Pędzący ludzie w garniturach mieszają się tu z tymi, którzy po prostu wybrali się na zakupy lub do kawiarni i z turystami. Dalej Plaza de Mayo – najważniejsze historycznie miejsce - z La Casa Rosada - siedzibą rządu oraz mało ciekawą katedrą. Z Plaza de Mayo wiąże się ciekawa historia Las Madres de la Plaza de Mayo. W 1977 roku po kilkunastu miesiącach krwawych rządów reżimu wojskowego, 14 matek, których dzieci zaginęły w ramach walki z opozycją, wyszło na główny plac Buenos Aires, domagając się informacji o swoich córkach i synach. Z czasem kobiet zaczęło przybywać, pomimo zakazu demonstracji i jakichkolwiek form sprzeciwu. Ich legendarnym obecnie znakiem rozpoznawczym były noszone na głowach białe chustki. Po upadku reżimu, kolejne rządy niewiele robiły, aby ujawnić wszystkie informacje. Matki kontynuowały więc swoje coczwartkowe marsze, które zostały przerwane dopiero w 2006 roku.

Wracając wieczorem na dworzec Retiro natknęliśmy się na kilka pokazów tangowych. Wszystkie miały charakter zrobionego dla turystów show, niektórzy tancerze byli jednak naprawdę świetni. Brakowało nam jednak tego co w tangu najważniejsze – intymności, męsko-damskiej gry, postanowiliśmy więc pójść w sobotni wieczór do klubu, na milongę z prawdziwego zdarzenia.

Do Tigre dotarliśmy ok. 23. Jako że lódka do Sailing Clubu pływa do 20, Pierre dał nam wcześniej numer do operatora tejże łódki, co by do niego zadzwonić i poprosić o zawiezienie nas na Mangaię. Nie mogliśmy się jednak dodzwonić. Wrzucaliśmy różne ilości monet, testowaliśmy różne kombinacje numeru i nic. I kiedy tak medytowaliśmy co by tu zrobić, podjechał jeep, wysadził 3 osoby, a chwilę później płynęła już po nas łódka klubu kajakowego, który znajdował się po drugiej stronie rzeki – tuż koło naszego :) Tam znaleźliśmy Guillermo, który odpalił drugą łódkę i zawiózł nas na Mangaię.



W piątek celem naszych spacerów było Palermo – dzielnica kawiarni, restauracji, trendy butików i podobno najlepszych w mieście klubów. Mały Paryż. Bogate, korzystające z życia i pełnego portfela Buenos. Każda kamienica miała coś ciekawego do zaoferowania. Kawiarnie i restauracje prześcigały się w ciekawych wystrojach, a butiki w oryginalnym, wyspecjalizowanym i luksusowym asortymencie. Sklepy tylko z gadżetami do pokoju dziecięcego, tylko z butami dla dzieci, tylko z krzesłami, ręcznie wyszywanymi T-shirtami, włóczkowymi szalikami itp. itd. Po kilku godzinach spaceru i wrzuceniu w siebie parillady dla 4 osób doturlaliśmy się do Muzeum Latynoamerykańskiej Sztuki Współczesnej – MALBA. Na sporej przestrzeni w dosyć ciekawy i przejrzysty sposób przedstawione są kolejne trendy w tutejszej sztuce XX wieku. Dominują obrazy, jest też jednak trochę rzeźb i ciekawych instalacji. SUPER!!!!



Sobota była dniem parillady, czyli grillowania. Normalnie takim dniem w Argentynie jest niedziela – tak też jest w Sailing Clubie. Jako, że jednak w planie mieliśmy przemieszczenie się na wieczór do centrum, Pierre i Laurance zorganizowali grillowanie w sobotę. Na grillu oprócz nas i naszych Francuzów pojawiło się całe mnóstwo innych Francuzów z łódek sąsiednich. Niesamowite jest to jak dużo ludzi podróżuje po świecie łódkami. Właściwie nie podróżuje, a żyje w podróży, bo nikt z poznanych przez nas ludzi nie planuje powrotu do kraju, a dom ma na łódce. Jeszcze bardziej jednak niesamowite jest to, że tą grupę podróżników zdecydowanie dominują Francuzi. Pierre tłumaczy to tym, że w latach 70-tych została we Francji wydana książka o podróży dookoła świata łódką, która to książka odniosła wielki sukces i stała się inspiracją dla kolejnych pokoleń żeglarzy. I tak na grillu poznaliśmy min dwie 70-letnie siostry, które od 30 mieszkają na swojej łodzi żaglowej. Ziemię okrążyły już 4 razy, jedna jest malarką, druga nauczycielką matematyki, a dorabiają pracując w rozsianych po świecie francuskich terytoriach – Gujanie, Martynice, Polinezji Francuskiej itp. itd. Obie w naprawdę imponującej kondycji fizycznej – w siatkę z nami grały i niezłego powera miały! Poznaliśmy też parę Francuzów, którzy podróżują od 3 lat z małym Erykiem. Jest to drugie poznane przez nas dziecko, które wychowuje się w podróży i nie wiem na ile jest to regułą, a na ile przypadkiem, ale obaj chłopcy byli tak niesamowicie otwarci, kompletnie bezkompleksowi i nieznający pojęcia nieśmiałość, że szczena opada.



Nie chciało się tego grilla kończyć. Ale słońce zaczęło zachodzić, a my ciągle niespakowani na łódce w Tigre. Niełatwe było spakowanie się powrotem do dwóch plecaków. Żadnych bocznych toreb, żadnych dodatkowych miejsc do upchnięcia milionów wożonych przez nas pierdółek. Jakoś daliśmy radę, ale nasze plecaki są takimi wieżami, że mocno obawiamy się o ich stan kilogramowy. Wszystko okaże się przed wejściem do samolotu :P

Dziwnie było nam maszerować na dworzec z plecakami. Bez opcji powrotu na motor. Sentymentalnie i smutno się zrobiło. Zaczęliśmy się jednak pocieszać nadchodzącą perspektywą nocy w Buenos, wodospadów Iguazu i pięknego podobno Rio.
Po dojeździe do centrum poszliśmy do polecanego przez kanadyjskich sąsiadów Pierra i Laurance hotelu Tourismo na ulico Viamonte, dwie przecznice od deptaku Florida. Tam naprawdę przyzwoity pokój, co prawda bez okna, ale z kablówką dostaliśmy za 60 pesos za pokój! Świetna opcja cenowa jak na Buenos Aires, polecamy!
Przebraliśmy się, znaleźliśmy w LP klub z sobotnimi milongami stosunkowo niedaleko od nas – bo jedyne 14 przecznic (dla zilustrowania odległości w tym monstrualnym mieście) i poszliśmy na obserwację nocnego życia. Mimo że dochodziła północ kawiarnie i restauracje pękały w szwach. Tak tu właśnie jest, że do 2 siedzi się przy kawie, steku albo pizzy, po czym po 2 przenosi się do klubu. Milongi zaczynają się jednak wcześniej z reguły ok. 11, jak już doszliśmy wszystko było mocno rozkręcone.

Milonga w klubie El Beso była jednym z najciekawszych i najpiękniejszych argentyńskich doświadczeń. Totalny autentyzm, niesamowicie było cały ten rytuał obserwować i podziwiać piękno tangowych ruchów. Szkoda tylko, że my wszystko właściwie zapomnieliśmy i jedyne buty jakie mieliśmy to te do trekingu :P
W klubie centralnym miejscem był oczywiście parkiet, wokół którego ustawiony były w dwóch rzędach stoliki, a między nimi po 2 krzesła – również równolegle do parkietu. W taki sposób nikt nie siedział do tańczących tyłem. Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, żeby wygodniej było biernym gapiom – czyli nam, bo byliśmy jedynymi nietańczącymi. Wszystko po to, żeby mężczyznom łatwiej było wyhaczać ładne i dobrze tańczące kobiety! Par siedzących przy stolikach było niewiele – dominowali single i singielki, siedzący naprzeciwko siebie, po przeciwnych stronach parkietu. Tangowa muzyka podzielona była na 5-7 minutowe sety, przedzielone minutą muzyki w zupełnie innym stylu, w czasie której wszyscy wracali na swoje miejsca. Po minucie przerwy mężczyźni podchodzili do kobiet lub na odległość prosili je do tańca intensywnym spojrzeniem i skinięciem głowy. Parkiet zapełniał się natychmiastowo. 1,5 minuty tańca, koniec piosenki, wszyscy przestawali tańczyć w tej samej sekundzie. Od razu rozpoczynała się kolejna piosenka, nikt nie zaczynał jednak tańczyć! Przez pierwsze sekundy wszyscy po prostu rozmawiali. I wyglądali na tak zajętych rozmową, jakby znali się od lat. A jestem pewna, że niektórzy nie znali się w ogóle! I tak w kółko. Nie tylko jednak ten „rytuał” był niezwykły. Wielkie wrażenie robili ludzie będący uczestnikami tejże milongi. Średnia wieku oscylowała wokół 50 lat – co oznacza, że było całe mnóstwo starszych ludzi, szczególnie starszych panów. Większość siwiusieńka, wszyscy z włosami elegancko zaczesanymi do tyłu, w garniturach. Tacy starsi, klasyczni, tradycyjni mieszkańcy Buenos Aires, którzy pewnie obserwowali swoich rodziców tańczących tango na ulicach w czasie II wojny światowej. Siedzieliśmy na kanapie i obserwowaliśmy to wszystko jak zaczarowani… W pamięci zapisał nam się jednak przede wszystkim Terminator. 50-latek, w super eleganckim garniturze, białej koszuli i krawacie, wyglądający trochę jakby przeszedł ostrą służbę wojskową w amerykańskiej armii a obecnie zajmujący wysokie menadżerskie stanowisko w Ernście jakimś. Zrywał się na baczność w pierwszej sekundzie nowego tangowego setu, maszerował żołnierskim krokiem w kierunku wybranej wcześniej kobiety i jako pierwszy zaczynał tańczyć - ABSOLUTNIE za każdym razem!!!! Po skończonym tańcu odprowadzał kobitkę do stolika, tą samą ręką i tą samą białą chusteczką przecierał czoło i wracał do swojej wielkiej butelki szampana…

Na niedzielę zostawiliśmy sobie najbardziej tradycyjną część Buenos Aires – La Boca i San Telmo. A wszystko przez to, ze chcieliśmy zobaczyć mecz na stadionie Bombonera (znajdującym się właśnie w La Boca) z Boca Juniors w roli głównej. Niestety okazało się, że bilety rozeszły się w godzinę, a my byliśmy przy kasach dwie godziny później… Koniki chciały taką kasę za wejściówki na najtańsze trybuny, że podziękowaliśmy… Trudno, postaramy się wybrać na mecz na jeszcze bardziej legendarny stadion Maracana w Rio.

La Boca to stara dzielnica robotnicza. To tu osiedlała się większość imigrantów z Hiszpanii i Włoch w połowie XIX wieku. Sławę zdobyła dzięki kolorowo pomalowanym domom – do ich malowania używane były resztki farby, które zostały z malowania statków. Obecnie kolorowe domy zajmują jedynie 3 ulice, wszędzie restauracje, sklepy z pamiątkami i ludzi tańczący tango. Lepszy klimat jest podobno w ciągu tygodnia, w weekend tysiące turystów.



San Telmo to najbardziej urokliwa i najbardziej klimatyczna dzielnica Buenos Aires. Mnóstwo tu starych kamieniczek, brukowanych ulic, stylowych, starych kawiarenek, sklepów z antykami, choć i ta dzielnica zaczyna się zmieniać, na swoją niekorzyść. W niedzielę na głównym placu San Telmo odbywa się targ staroci, który przyciąga tłumy zarówno turystów jak i lokalnych. Stare telefony, monety, banknoty, koronki, ciuszki i wszechobecne tango :)



Na poniedziałek zostawiliśmy sobie jedno z najpiękniejszych miejsc – stary cmentarz La Recoleta. Jest tu pochowanych wiele sławnych osób – min Eva Peron, zwana Evitą. Jej grób jako jedyny obłożony był grubą warstwą wiązanek – to chyba najlepsze świadectwo o wciąż żywej pamięci o postaci byłej Prezydentowej. Oboje uważamy, że jest to najbardziej niezwykły cmentarz jaki w życiu widzieliśmy. Plątanina wąskich uliczek, wzdłuż których ustawione są grobowce – wszystkie w formie zminiaturyzowanych kamienic, pałacyków. Trumny leżą na ziemi, często jedna na drugiej – wnętrza grobowców można zobaczyć przez szyby. Czasami też przy odpowiedniej szybie i odpowiednim kącie w szybach można zobaczyć widoki następujące:



Bardzo bardzo magiczne miejsce.



To by było na tyle jeśli chodzi o Buenos Aires. W poniedziałek w południe wsiedliśmy a autobus w kierunku Iguazu.

Zdjęcia z Buenos Aires:

Buenos Aires


Madziula

12 maja 2010



Kiedy dojechaliśmy do Tigre, było już ciemno. Pierre i Laurance od dawna nas zapraszali do siebie na łódkę. Tyle że ostatnio jakoś nie odpowiadali na nasze maile. Napisaliśmy, kiedy mniej więcej będziemy, potem jeszcze raz, kiedy to okazało się że będziemy wcześniej niż sądziliśmy. I zero odpowiedzi. Cały czas mieliśmy nadzieję, że Pierre wreszcie odpowie. Ale tak się nie stało.
Pamiętacie jeszcze nasz problem z amortyzatorem? Pod koniec lutego uszkodził nam się tylny amortyzator, i od tej pory jechaliśmy jedynie na nietłumionej sprężynie. Zamówiony ze Stanów amortyzator nie poleciał do Mendozy, ponieważ firma nie zauważyła naszej wpłaty na koncie. W końcu zdecydowaliśmy, aby amortyzator został wysłany do Pierra. I w ten sposób mieliśmy adres, który nam podał na potrzeby wysyłki.

Pod wskazanym adresem w centrum Tigre znaleźliśmy sekretariat Tigre Sailing Club. Tam nam powiedziano, gdzie mieści się port klubu. Pojechaliśmy według wskazówek, i zupełnie nie mogliśmy go znaleźć. Widzieliśmy większe łódki zacumowane przy nabrzeżach kanału. Widzieliśmy też suche parkingi łódek, przechowywanych piętrowo jedne nad drugimi. Zajechaliśmy na stację benzynową, szukając nadziei w Internecie: wciąż nie było wieści od Pierra, a zdjęć żadnych z Tigre, po których moglibyśmy rozpoznać lokalizację portu, na swoim blogu nie zamieścił. Pytani ludzie znów odsyłali w to samo miejsce.

Po jakichś prawie 3 godzinach szukania, a właściwie kręcenia się wciąż wkółko i zagadywania coraz to innych ludzi już mieliśmy się poddać. Zaczęliśmy szukać noclegu. Tylko że w pobliżu nie było ani kempingu, ani taniego hostelu, w którym moglibyśmy się schować na noc, a te hotele, które znaleźliśmy były zdecydowanie za drogie. Coś mnie podkusiło i wróciliśmy do sekretariatu klubu. Było już naprawdę późno i dobre 10 minut waliliśmy w bramę, zanim nam otworzono. Tym razem zastaliśmy nieobecną wcześniej panią prowadzącą sekretariat. Okazało się, że zna Pierra! Wytłumaczyła nam dokładnie, w którym miejscu jest marina, ale i nie zapomniała dodać, że jest ona po drugiej stronie rzeki! To dlatego jej nie widzieliśmy. Szybko zadzwoniła do mariny, i poleciła przekazać Pierrowi, że ma gości. Nam natomiast, żeby jechać na miejsce, bo zaraz po nas przypłynie łódka.

Nie trzeba mówić, że humory nam się poprawiły natychmiastowo. W kilka minut byliśmy w umówionym miejscu i nie musieliśmy czekać 2 minut, jak z drugiego brzegu płynęła do nas łódka, a na niej postać wymachująca przyjaźnie. Pierre nie dowierzał, że nas widzi: „jak nas znaleźliście?”. „oczekiwaliśmy Was dopiero za kilka dni…”. Szybko przerzuciliśmy bagaże na klubową łódkę, motor odprowadziliśmy na lokalny parking, i po kilku minutach znaleźliśmy się na pokładzie Mangai. Laurance nie dowierzała własnym oczom, zdumieni byli Christian i Olga z sąsiedniej łódki, akurat z wizytą u naszych Francuzów. Oczywiście szybko okazało się, że Pierre nie przeczytał naszego ostatniego maila o wcześniejszym przybyciu. Tak więc też nie słyszał o naszym planie na następne dni. Ale że scenariusz mają bardzo elastyczny, udało się go przedstawić i zaakceptować.



Po pierwsze, co najważniejsze, Pierre podtrzymał gotowość kupna motoru. Ma plan pojechać nim z Laurance przez kraje dobrze nam już znane aż do Kolumbii – tak więc Smok łatwego życia nie ma, czeka go kolejny (czwarty?) kurs na tej trasie. Na łódce jeszcze dokończy remont w maju i od czerwca postarają się dotrzeć do Kolumbiii przed końcem roku, kiedy to wrócą samolotem do Buenos Aires i stąd popłyną wokół przylądka Horn do Valparaiso.

Motoru jednak nie mogliśmy od tak sobie przekazać. Pierre wyjeżdżając nim z Argentyny zostanie poproszony przez służby celne o pokazanie tzw. zezwolenia na czasowy wwóz do kraju, wydawanego przy wjeździe do kraju. A że jest ono wystawione na konkretną osobę, musieliśmy sobie jakoś z tym poradzić. Na szczęście, po drugiej stronie wielkiej rzeki Platy leży Urugwaj. Tak więc ustaliliśmy, że my z Madziulą pojedziemy do Urugwaju pierwszym możliwym przejściem granicznym i spotkamy się w miasteczku Colonia del Sacramento. Stamtąd wrócimy do Buenos Aires promem. My wywieziemy motor z Urugwaju, a oni jako nowi właściciele wjadą nim do Argentyny. W ten sposób Pierre będzie miał legalne dokumenty wwozowe.



Następnego dnia, jak już odespaliśmy nieco nerwy wczorajszego wieczora, zapakowaliśmy się w jeden plecak i ruszyliśmy w stronę Urugwaju. Do Colonii mieliśmy 450 km, więc umówiliśmy się na spotkanie pod latarnią morską dopiero na 15tą następnego dnia. Mając poczucie, że nie mamy zbyt wiele drogi przed sobą, oczywiście zbyt późno wyruszyliśmy w drogę. A była ona ciekawa, mimo że ciągle na wprost i po płaskim terenie. Przejeżdżaliśmy przez deltę rzeki Parany, po wielkich i wysokich mostach przerzuconych przez dwie żeglowne potoki jej wód. Jechaliśmy przez tereny podmokłe lub też całkowicie zalane wodą. Krowy i konie stojące po brzuch w wodzie wyglądały jakoś strasznie śmiesznie. Piękne ptaki, zielone rośliny. Pięknie.
Piękny również zachód słońca. Droga którą jechaliśmy łączy Buenos Aires z Brazylią, a od Urugwaju dzieliła nas jedynie rzeka, Urugwaj zresztą. Od zjazdu z drogi do przejścia granicznego jest już tylko 60km, postanowiliśmy więc ostatni raz zatankować benzynę, która ponoć u sąsiadów jest droższa. I tutaj dowiedzieliśmy się rzeczy niezwykłej. Fińska firma papiernicza Botnia po drugiej stronie rzeki wybudowała swój zakład papierniczy, co wywołało protesty Argentyńczyków. Zyski dla Urugwaju, a zanieczyszczenie środowiska dla obu krajów. Zablokowano most do odwołania, o czym nie mieliśmy pojęcia. Następny most Colon/Paysandu to dodatkowe 100km na północ. Zwątpliliśmy. Już mieliśmy nadzieję na koniec jazdy dzisiejszego dnia.

Nie trzeba było robić wielkich obliczeń żeby dojść do wniosku, że mamy przed sobą w tym momencie 450 km do Colonii (200km więcej niż początkowo planowaliśmy), i nie mamy jak przesunąć naszego spotkania z Francuzami o 15tej. Słońce właśnie zachodziło, ale nie mieliśmy wyjścia. Ustawiliśmy sobie za cel przejazd do Urugwaju i nocleg w pierwszym mieście, z którego rano mielibyśmy do Colonii 300 km.
Nie była to przyjemna jazda. Wraz z zachodem słońca ruch niesamowicie zgęstniał. Potok tirów i autobusów w obu kierunkach, dla których jazda w nocy jest lepsza niż w dzień – nie ma osobówek ani ciągników. Tyle że i autobusy i tiry były szybsze od nas. Co chwilę byliśmy wyprzedzani przez jakiś samochód, to znów ktoś siedział nam ogonie. W razie złapania przez nas gumy mógłby nie zdążyć wyhamować. Nie było to przyjemne, ale trudno, nie było innej rady.

Granicę pokonaliśmy dosyć szybko. W odróżnieniu od każdej z dotychczas pokonanych granic, tutaj kierowcy jadąc do sąsiada nie muszą wypełniać formularzy celnych. A to powoduje, że jedynie zagraniczne pojazdy muszą to zrobić, więc celnicy nie mają wprawy w obsłudze. W Argentynie w ogóle nas nie spytali o dokument, tak że sam musiałem szukać celnika, żeby móc go wręczyć. To nam uświadomiło, że równie dobrze mógł tutaj przyjechać Pierre!!! Z drugiej strony urzędnik w Urugwaju wypełniał odręcznie swój dokument (bez żadnego wpisywania danych do systemu komputerowego) w takim tempie, jakby nie robił tego od roku.

Do Paysandu zajechaliśmy ok. 22. Noclegi okazały się nadzwyczaj drogie, na szczęście miejski kemping był darmowy. Rano pierwszy raz w historii obudziliśmy się i wstaliśmy przed wschodem słońca, czując presję czasu. Mokry od rosy namiot szybko zwinęliśmy i ruszyliśmy przed siebie. Brrr, jak zimno. Poranne mgły przez kilka godzin nie chciały ustąpić, za to do szpiku kości przenikając przez nasze ciała. Ale z każdą godziną było co raz cieplej, a i my widzieliśmy, że kontrolujemy czas, zdążymy.

Przejechaliśmy ciut ponad 300 kilometrów przez Urugwaj. Nie chcemy generalizować, ale postaramy się zaprezentować kilka spostrzeżeń. Tereny delikatnie pofalowane, całkowicie rolnicze. Bydło, różnego rodzaju uprawy, zboża, owoców, między innymi winogron. Zabudowa sprawia wrażenie trochę zaniedbanej podupadłej. Zaprzęgi konne, wiele czterdziestoletnich amerykańskich aut, niby wszystko jak w Argentynie, tylko z 20 lat wstecz. Często dodaje to dużo wdzięku, uroku i sielskości tym miejscom. Ale widzieliśmy też i slumsy w niewielkiej miejscowości, czego nie doświadczyliśmy u sąsiada.



Przed wjazdem do Colonii de Sacramento co raz bardziej ogarniało nas, a na pewno mnie, uczucie docierania do niewidocznej mety. Ostatnie kilometry nie były jakkolwiek inne niż setki podobnych w ostatnich dniach, a jednak mieliśmy świadomość tego, że są ostatnimi w ogóle. Tutaj kończy się nasza droga. Pipczeliśmy sobie klaksonem w cały świat, jechaliśmy węzykiem od prawej do lewej. Po 199 dniach od wyjazdu z Medellinu, i przemierzonych 21774 km (wg. moich obliczeń), dojechaliśmy do kresu naszej drogi. Nie chce się wierzyć, że to może się w ogóle skończyć.
Colonii nie zwiedziliśmy prawie w ogóle, a szkoda, bo miasteczko jest bardzo urodziwe. Założone przez Portugalczyków przez moment było konkurencją dla Buenos Aires. Po przejściu we władanie Hiszpanów straciło rację bytu i podupadło. Dziś można tu spotkać setki Amerykanów, jak również Portenos (mieszkańców Buenos), przechadzających się po wybrukowanych kocimi łbami uliczkach w cieniu platanów.
My zaś po spotkaniu Pierra i Laurance w umówionym miejscu z miejsca udaliśmy się do portu, gdzie załapaliśmy się na prom, którym w godzinę dopłynęliśmy do portu w Buenos Aires.



Na promie przekazaliśmy Pierrowi kluczyki do motoru i kaski, po czym jako zwykli turyści wyszliśmy na ląd. Buenos Aires od strony portu bardziej przypomina Sydney ze swoimi drapaczami chmur niż to co każdemu się kojarzy z Buenos – wąskie uliczki, nieco podupadłe, ale z wielkim klimatem.

Dziwnie było patrzeć na nasz motor, pilnowany przez Laurance,kiedy Pierre załatwiał celne formalności. Dziwnie było iść z plecakiem przez centrum, żeby pociągiem dojechać do Tigre. Wciąż w kurtkach motocyklowych, ale już jak niemotocykliści. Bezpowrotnie. W tej podróży oczywiście.



Na łodzi uczciliśmy dzień i nasz kres wspólnej tułaczki ze Smokiem przepyszną kolacją w czwórkę. Wszystkim się udzieliła atmosfera rozluźnienia i tematy inspirujących rozmów się nie kończyły. Miłe zakończenie nerwowych dwóch dni.
Na szczęście, następnego dnia jeszcze nie wsiądziemy na samolot do domu. Przed nami jeszcze 10 dni podróży i zobaczenie trzech wspaniałych miejsc: dwóch wielkich miast Argentyny i Brazylii i leżących na granicy między tymi krajami wodospadów Iguazu. Będzie więc mocne zwieńczenie podróży.

Podsumowanie całej podróży zostawimy sobie na koniec, tymczasem dokonaliśmy rachuby kilometrów i już wiemy, gdzie najwięcej ich przemierzyliśmy:
1. Argentyna – 5.068
2. Peru – 4.467
3. Boliwia – 4.012
4. Chile – 3.180
5. Kolumbia – 2.517
6. Ekwador – 2.203
7. Urugwaj – 327

Pozdrawiamy bardzo serdecznie!

Tigre - Colonia - Tigre


Michał