Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turkmenistan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turkmenistan. Pokaż wszystkie posty

2 października 2016


O 17 wyruszamy z Aszchabadu na północ, drogą przez pustynię w stronę Darwazy, chcemy spać pod chyba najdłużej palącym się ogniskiem. Trochę późno, ale tak nam się z naszą turkmeńską rodziną dobrze rozmawiało, że odkładaliśmy wyjazd najdłużej jak się dało. Może to i dobrze, że tak się złożyło, bo pomimo późno popołudniowej pory żar się leje z nieba i klima nie wyrabia, żeby przerobić to 45-stopniowe powietrze, które do niej wpada. Płasko, piaszczyście na prawo i lewo, czasami przemknie przed oczami wielbłąd. Przed wyjazdem mówiliśmy Ignasiowi, że jedziemy tam, gdzie żyją wielbłądy. No i proszę - są, nareszcie!

Kiedy docieramy do osady Darwaza, jest już prawie ciemno. Do naszego celu, musimy odbić kilka kilometrów na prawo, małą, szutrową drogą. Przy przekraczaniu pierwszej wydmy robi się mocno piaszczyście, samochód tańczy i wracają wspomnienia z zakopanego auta w omańskich piachach. Tylko jedno wzgórze okazuje się piaszczyste, dalej jest już łatwo.

Udało się. Dotarliśmy do jednej z czołowych atrakcji Turkmenistanu, pięknego i dziwnego jednocześnie krateru, zwanego Bramą Piekieł. Mamy w składzie wielkiego fana ognia, wiec 3/4 rodziny gapi się w dół z zachwytem. Wow, jak to niesamowicie wygląda. Ogromny dół ognia i roztaczająca się wokół łuna ciepłego światła.

Dla tych, którzy o płonącym kraterze nigdy nie słyszeli - słowo wyjaśnienia. Skąd on się tu, pośrodku niczego wziął? W 1971 miejsce to odwiedzili sowieccy geolodzy. Przypuszczano, że znajdują się tu duże pokłady ropy naftowej. Rozpoczęto więc odwierty próbne. Sprzęt został pechowo ustawiony na tzw. kieszeni gazowej, czyli takiej "jamie" w skale z gazem, która zapadła się pochłaniając sprzęt. Zaczął ulatniać się gaz. który zagrażał żyjącym w okolicy zwierzętom i ludziom. Dlatego postanowiono poradzić sobie z ryzykiem podpalając go. Nie jest to praktyka dziwna. W trakcie odwiertów, zdarza się podpalać gaz, który nie może zostać odprowadzony rurociągami. W tym jednak przypadku nikt nie miał pojęcia jaka jest pojemność właśnie odkrytego złoża. Naukowcy zakładali, że maksymalnie w ciągu kilku tygodni gaz się wypali i temat zostanie zamknięty. Tymczasem ognisko pali się od ponad 40 lat i nie przejawia żadnych oznak wygaszania.

Sprawdzamy kierunek wiatru i rozbijamy się w miejscu, w którym nie będą docierały do nas opary z krateru. Razem z nami śpi pod kraterem dzisiaj turkmeńska rodzina z trzema córkami. Każda z nich studiuje za granicą, każda w innym kraju. Zjechały właśnie do domu na wakacje i rodzice zorganizowali im nocny piknik pod Bramą Piekła. Zapraszają nas na koce. Mama dba, żeby nikt nie poszedł spać głodny. Na talerzach lądują kolejne kawałki grillowanej baraniny, sałatki, ciastka. To nasza pierwsza konfrontacja z rosyjskim po latach. Mamy jakieś dziwne wrażenie, że w mózgu mamy jedną szufladkę na język obcy inny niż angielski. Z pewnością lepiej idzie nam rozmowa niż na irańskiej prowincji. Ale co najmniej śmiesznie musi brzmieć ten nasz polski z rosyjskim akcentem i domieszką zrusyfikowanych hiszpańskich słów. Musimy się za nasz rosyjski wziąć. Będzie on nam towarzyszył przez kolejne miesiące, a to wielki skarb móc się porozumieć z każdą ze spotkanych na drodze osób.

Droga do Darwazy

Osada po drodze


Jesteśmy!!! U Bram Piekieł










A tak wygląda to samo miejsce o poranku





28 września 2016


Planując naszą trasę do Azji Centralnej zupełnie nie byliśmy świadomi jaki ciekawy kraj czeka na naszej drodze. Turkmenistan. Ojczyzna dyktatora, który miał naprawdę przeraźliwe poczucie humoru. Ale po kolei.

Starania o wizę
Turkmenistan jest zamknięty za świat zewnętrzny jak mało które inne miejsce na ziemi. Władza obcokrajowców nie lubi i tyle. Dlatego starania o wizę do łatwych nie należą. O wizie turystycznej można zapomnieć. Nie to żeby była nie do dostania. Jak najbardziej osiągalna jest, ale wymaga wykupienia wycieczki po kraju i towarzystwa przewodnika przez cały okres jej trwania. Droga to impreza, plus dla nas podróż z przewodnikiem na karku przyjemności nie stanowi. Jedyną opcją jest wiza tranzytowa, przyznawana na 3-7 dni. No więc pojechaliśmy do turkmeńskiej ambasady w Teheranie spróbować naszego szczęścia. A szczęście trzeba w tym przypadku mieć niemałe, bo w momencie rozpoczęcia naszych starań o wizę, poziom odmów szacowany był przez portal caravanistan.com na 50% [na dzień dzisiejszy jest jeszcze gorzej, około 70% podań spotyka się z odmową].

Starania o wizę były klasycznym popisem pelikanochomika. Ci co nas znają wiedzą czego się spodziewać. No więc zaczęło się od dalece posuniętych starań. Wydrukowaliśmy aplikację o wizę i wypełniliśmy ją wcześniej w hotelu. Dwa formularze na każdą głowę, formularze trzystronicowe, pisania było od groma. Zdjęcia zrobiliśmy jeszcze w Polsce, sprawdziliśmy dokładnie jak dojechać do ambasady w dzielnicy Tajrish. Mieliśmy wyjechać o 8 rano, żeby dotrzeć na miejsce z dużą rezerwą czasu. Taki był plan, a wyszło jak zawsze. Wyjechaliśmy późno, dobiegliśmy na miejsce z wywieszonymi jęzorami po godzinie w komunikacji miejskiej 10 minut przed zamknięciem ambasady. Na miejscu okazało się, że mieliśmy złe formularze, a więc z wypełnianiem jedziemy od nowa. Szybko jednak okazało się, że nie mamy po co się z tym spieszyć, bo zdjęcia do aplikacji zostawiliśmy w hotelu. Następnego dnia pojechaliśmy raz jeszcze. Zdjęć wszystkich nie znaleźliśmy, moje i Ignasia gdzieś się zadziały, więc musieliśmy jeszcze po drodze zahaczyć o jakiś punkt fotograficzny. Trudno znaleźć takie miejsce bardzo bez umiejętności czytania farsi. Ale udało się! Znaleźliśmy budkę fotograficzną w punkcie policyjnym. Tylko jak tu wytłumaczyć Ignasiowi, że ma się patrzeć na wprost w czarny ekran. Zamknięte oczy, głowa w prawo, głowa w lewo. Próba za próbą, a czas uciekał. Wybraliśmy najlepsze z kiepskich zdjęć i ruszyliśmy pędem do ambasady. Znowu to samo 10 minut do zamknięcia ambasady. Michał zaparkował więc auto centralnie przed drzwiami ambasady, wybiegliśmy z samochodu, a równolegle do nas wybiegli z ambasady jej pracownicy. Awantura. Wjechaliśmy w świeżo wylany cement, zostawiając dwa głębokie ślady. Pokornie przeprosiliśmy, auto wycofaliśmy, po czym Ignaś rozjechał cement swoimi autkami. Olaboga! Przynajmniej jak nie dostaniemy wizy, będziemy wiedzieli z jakiego powodu. Kilka im daliśmy. 10 dni później, pod Sziraz, okazuje się, że wiza została nam przyznana! W życiu trzeba mieć szczęście :)

Granica
Granica irańsko-turkmeńska to prawdziwe zderzenie światów. Żegnają nas miłe, uśmiechnięte, irańskie twarze, a witają też uśmiechnięte, ale i kłody pod nogi rzucające. Tej linii przejść nie wolno, na tym metrze kwadratowym auto zaparkować, tu stanąć, krok w prawo. Większość celników jest naprawdę miła, ale są i tacy, których wyraz twarzy jest identyczny jak Pana Władzy we Lwowie czy Sankt Petersburgu. Jak Ci Sowieci nauczyli tego nieprzyjemnego wyrazu twarzy ludzi od Bugu po Pacyfik? Oprócz nas, granicę przekracza może 3 Turkmenów, nie wiem czy każdy ma asystę jednego pogranicznika, ale my mamy. Wszystko odbywa się uprzejmie, nie ma żadnych nieprzyjemności, ale sztywne zasady są i trzeba się ich trzymać. Najtrudniejszym momentem jest rewizja naszego majątku w aucie. Michał ma wypakować jego zawartość i przejrzeć ją z trzema celnikami, ja mam w tym czasie zająć się dziećmi w nudnej hali granicznej lub poza nią, już po turkmeńskiej stronie. Mija godzina, dwie, trzy. Trening rodzicielskiej kreatywności duży. Po pieluchy do auta wolno wrócić mi tylko w asyście. A i wydanie pozwolenia na odwiedzenie auta w celu pobrania pieluch odbywa się gdzieś na najwyższym szczeblu. W tym czasie celnicy oglądają nawet zdjęcia w Michała komórce, zaglądają w różne szparki i szczelinki. Przy tym ruchu to pewnie ich rozrywka dnia. Wszystko dalej odbywa się miło, tylko dlaczego tyle to trwa....? Na koniec rewizji, jedynym przedmiotem, który chcą nam zarekwirować jest dron. Zabroniony, bo może robić zdjęcia. Ostatecznie udaje nam się wynegocjować rozwiązanie kompromisowe. Dron zostaje zamknięty w sklepowej siatce w kwiatki, owinięty sznurkiem i zabezpieczony pieczęcią. Celnicy mają zadzwonić do kolegów z granicy uzbeckiej i poinformować o niedozwolonym ładunku, który przewozimy, a tamci skontrolują, czy pieczęć jest nienaruszona. Usłużnie nam doradzają, by pakunek tak schować, by Ignaś pieczęci nie naruszył,  bo inaczej Michał trafi za kratki. Wjeżdżamy do Turkmenistanu! Oczywiście na granicy uzbeckiej nikt o naszej super zabezpieczonej siatce nie słyszał, ale celnicy zademonstrowali, kto tu rządzi.

Aszchabad
Z przejścia granicznego droga zjeżdża stale w dół, aż wyprowadza nas na turkmeńską pustynię Kara-kum, która zajmuje 80% powierzchni kraju. Na skraju pustyni, od strony Iranu, wita nas stolica Aszchabad – rezultat potężnego trzęsienia ziemi z 1948, które zrównało miasto z ziemią i wizji jednego z najbardziej oryginalnych dyktatorów świata – Saparmurada Nijazowa, czyliTurkmenbaszy– ojcem wszystkich Turkmenów. Co to jest za straszne miejsce... Wyobraźcie sobie stolicę, którą prezydent postanowił wybudować od nowa, kierując się swoim marnym gustem i megalomanią. Wzdłuż nienaturalnie szerokich alei stoją białe, marmurowe, monumentalne szkaradztwa ze złotymi kopułami, zdobieniami i portretami aktualnego prezydenta Gurbangulego Berdimuhamedowa. Starych budynków już prawie nie ma. Jako niepasujące do koncepcji są konsekwentnie wyburzane, żeby zrobić miejsce ich nowym, lepszym odpowiednikom. Stare, poradzieckie bloki przechodzą również proces unifikacji z białą brzydotą. Nie tylko elewacje, zmieniane są na … białe, państwo wymienia również okna na szkło weneckie z niebieskim odblaskiem. W końcu w przyszłym roku odbędą się w Aszchabadzie Igrzyska Olimpijskie Azji, miasto musi lśnić na przyjazd gości. Ludzie mówią, że rząd trochę przeinwestował z tą Olimpiadą. Ceny ropy i gazu spadły na światowych rynkach, a to na nich stoi potęga Turkmenistanu. Odświeżanie miasta utknęło w kilku miejscach i są obawy, że całe miasto do przyszłego roku konsekwentną bielą lśnić nie będzie. Po irańskim chaosie, ulice sprawiają wrażenie kompletnie pustych. Jakbyśmy poruszali się po mieście w Boże Narodzenie o świcie. W tym całym marmurowo-złotym bezguściu na klimatyzowanych przystankach czekają skośnookie Turkmenki. Ubrane w uroczo kolorowe sukienki, z dostojnie zawiązanymi chustami na głowach. Piękny, orientalny akcent, na tle tego architektonicznego bezguścia.

Straszny Pan
Pisząc o Aszchabadzie nie sposób nie wspomnieć o Turkmenbaszy – autorze tej nie nazbyt urokliwej przemiany. Za czasów jego rządów Turkmenistan trafiał na strony światowych gazet, głównie z powodu jego kolejnych szalonych pomysłów. Przytoczę Wam kilka z nich. Wyobraźcie sobie kraj, którego przywódca zmienia dni tygodnia i miesiąca. Od tej pory poniedziałek będzie dniem głównym, środa dniem dobrym a styczeń będzie nazywał się tak samo jak prezydent. Jednym z głównych świąt w kraju staje się Święto Melona, w końcu to bardzo ważny i powszechnie spożywany w kraju owoc. Prezydent ingeruje w uzębienie rodaków – złote zęby stają się zabronione, a przywódca w oficjalnej przemowie do narodu zachęca do zaprzestania picia słodkiej herbaty, od której zęby się psują i wymiany zębów na porcelanowe. Są też tematy poważniejsze, za które zabiera się głowa państwa. Turkmenbasza przelewa swoje złote myśli na papier, tworząc dzieło Rukhnama, a w stolicy buduje kompleks budynków, zwany centrum duchowym, w którym ludzie mogą zgłębiać jego wypociny.*

- Czy wy naprawdę zaczęliście mówić na wtorek dzień młody?
- No co ty! - odpowiedziała nasza gospodyni z couchsurfingu – Nasz prezydent, na samym początku był naprawdę dobrym prezydentem. Ale z czasem zaczął wariować. Wymyślał różne śmieszne rzeczy, ale nikt nie traktował tego na poważnie. Wtorek pozostał wtorkiem.**

Couchsurfing
No właśnie couchsurfing. Noc na couchsurfingu w Aszchabadzie była naszym najlepszym turkmeńskim doświadczeniem. Trafiliśmy do tak przemiłej rodziny i taaak dobrze nam się z nimi rozmawiało, że nie ruszyliśmy się poza mury domu, żeby cokolwiek zobaczyć. Aż szkoda, że wiza tranzytowa zmuszała nas do opuszczenia Aszchabadu kolejnego dnia, ledwo wywlekliśmy się z domu o 17. Bo nie dość, że przemiło było, tak czysto po ludzku, to … nie mogliśmy oderwać się od talerzy... Przyjazd do Turkmenistanu był zdecydowanie jak duży krok z powrotem, w stronę Polski. Na śniadanie bułka, twaróg i rzodkiewka, na obiad rosół albo barszcz, a wieczorem piwo i paluszki. Jezuniu, kubki smakowe w buzi wariowały. Bo jakkolwiek jedzenie w Iranie nie byłoby smaczne, to kubki nasze mają zakodowany jakiś specjalny, najbardziej wyjątkowy smak dla tego co związane z domem. I nawet po miesiącu najlepszego w świecie hinduskiego żarcia, wariujemy jak weźmiemy do buzi kiszonego z pasztetem.

Z naszymi wspaniałymi gospodarzami. Przy stole

I znowu przy stole

Bo jak tu od niego odejść, jak na stole takie pyszności

Aleje Aszchabadu. Zdjęć za pięknych nie mamy...




Stare bloki w trakcie remontu, niebieskie szyby już są!

A tu już po remoncie




* Więcej o popisach Nijazowa możecie przeczytać na przykład tu: http://www.tygodnikprzeglad.pl/szalony-satrapa-aszchabadu/
** Aktualny prezydent zniósł niektóre śmieszne pomysły swojego poprzednika. Wtorek znowu jest wtorkiem.