Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brazylia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brazylia. Pokaż wszystkie posty

12 sierpnia 2010



Lotnisko w Rio to jakieś dziwaczne, betonowe monstrum. Przyjechaliśmy wystarczająco wcześnie, żeby jeszcze wszystko przepakować i zmniejszyć ilość posiadanych tobołków. Problemy zaczęły się już przy check-in-ie – okazało się, że w systemie nie widzą, że lecimy do Frankfurtu/Warszawy, przez co nie mogli nadać naszego bagażu od razu do Europy. Zdziwiło nas to tym bardziej, że w Salwadorze mieliśmy tylko godzinę na przesiadkę – nawet przy małym lotnisku to nieco maławo jak na konieczność odebrania bagażu, nadania go na nowy lot i pobrania kart pokładowych. Powiedzieliśmy jednak sobie, że przecież to jeden bilet i muszą wiedzieć, co robią.

Nasz niepokój zaczął narastać, kiedy czekaliśmy już przy wyjściu do samolotu i okazało się, że mamy opóźniony samolot o nieokreśloną liczbę minut. Nasza godzina zaczęła się kurczyć i ostatecznie skurczyła się do 30 minut. Niedługo po starcie zawołaliśmy stewardessę, żeby powiedzieć jej o naszej sytuacji i zapytać, co zrobić, żeby nasza przesiadka przebiegła możliwie bezproblemowo. Myśleliśmy – nie my jedyni i pierwsi kupiliśmy taki bilet – muszą mieć na to jakąś procedurę… Stewardessa zrobiła jednak wielkie oczy i zawołała lepiej mówiącą po angielsku koleżankę. Ta jednak też wyglądała, jakby pierwszy raz spotkała się z podobną sytuacją. Powiedziała, że porozmawia z pilotem i poprosi go, żeby ten skontaktował się z obsługą naziemną i przekazał info do Condora (linii, która miała zawieźć nas do Frankfurtu), że jesteśmy na pokładzie i prosimy o sprawną koordynację. Cobyśmy szybciej wyszli z samolotu stewardessy kilka minut przed lądowaniem zrobiły niezłe zamieszanie, przesadzając ludzi i usadzajac nas mozliwie blisko wyjscia.
Już w rękawie czekały na nas dwie osoby z informacjami. A właściwie informacją jedną – że nie polecimy… Samolot stoi jeszcze wprawdzie na lotnisku, i ludzie dopiero zaczęli do niego wchodzić, ale check-in jest już zamknięty… Zostaniemy zaprowadzeni do szefowej Condora, a tam powiedzą nam co dalej. Mimo dość bezpośredniego i stanowczego przekazania nam niedobrej dla nas informacji, nie dochodziła do nas myśl, że możemy jeszcze dzisiaj nie polecieć. Tyyyyyle planów porobionych na kolejny tydzień, cała machina powrotowi nakręcona, bo już nawet nie o nastawienie chodzi… Micho wypatrzył szybko, że 1,5h później odlatuje samolot TAP,-u do Lizbony. Obie linie nijak się do siebie mają, kolejny lot Condora jest jednak za tydzień, przecież nie będą nas tu aż tyle trzymali…
Kazali nam czekać na korytarzu. Minęło 15 minut nie wyszedł do nas nikt. Minęło 30 minut nie wyszedł do nas nikt. 45. 60. Złość zaczęła przeradzać się w furię. Micho wyznaczył im kilkuminutowy deadline, po czym wszedł do biura z naszymi bagażami. Ja za nim. Nawet miejsce do siedzenia się dla nas znalazło. Szefowa Condora nie odezwała się do nas słowem, nerwowo odświeżała pocztę z częstotliwością mniej więcej raz na 10s. Ktoś w tle przebąkną, że wysłali maila do Niemiec z pytaniem, co z nami zrobić. Po 15 minutach my zaczęliśmy mówić. Kłótnia. Bo oni są bezsilni i nie mogą nic zrobić bez autoryzacji z Niemiec. A my mamy dosyć takiego traktowania. Sytuacja nasza wygląda tak, że jedyne co mogą nam zaproponować to tygodniowy pobyt w hotelu w Salwadorze. Ciężko nam w to uwierzyć. Mówimy, że musimy lecieć najpóźniej jutro, podkreślając kilkakrotnie słowo musimy. I tak wsiadamy do taksówki w kompletnie tropikalnym klimacie Salvadoru de Bahia.



Przyjezdzamy do hotelu. Emocje po drodze opadaja. Na recepcji pytaja nas do kiedy zostajemy. Mowimy ze jeden dzien, ale smiejemy sie oczywiscie, ze jak zle pojdzie, to i tydzien zostaniemy.



Hotel niczego sobie. Turystyczno-konferencyjny moloch. Brazylijskie 5 gwiazdek z trochę tandetnym luksusem i obsługą niemówiącą po angielsku. Siłownia, bilard, piłkarzyki wielki basen, plaża przez okno. Ogólnie nienajgorzej - choć w życiu nie wydalibyśmy kasy na pobyt w takim miejscu. Wolimy nasz namiot. Jedyne co było naprawdę niezłe i w tej podróży niezmiernie rzadkie to jedzenie - szwedzki stół uginający się od owoców warzyw, potraw ciepłych i zimnych. Soków różnych, mięs, ryb i makaronów do wyboru. Pierwszego dnia nie mogliśmy się kompletnie opanować - jedliśmy tyle, że ledwo zaczynaliśmy móc swobodnie oddychać po posiłku, szliśmy na kolejny.



Pierwszy dzień okazał się nie ostatnim. Condor milczał. Zostaliśmy na kolejny dzień. I na jeszcze następny. I tak do kolejnej niedzieli... Dopiero w piątek dostaliśmy potwierdzenie lotu na niedzielę. W międzyczasie dzwoniliśmy pewnie kilkanaście razy na infolinię Condora i do biura w Salvadorze. Różne rzeczy słyszeliśmy. Raz powiedzieli nam nawet, że pierwsze miejsca mają dopiero za 3 tygodnie i tyle przyjdzie nam czekać w naszych 5 gwiazdkach...



Z czasem nauczyliśmy się rozsądnie jeść i cieszyć absolutnie piękną plażą i błogim lenistwem. Dnie spędzaliśmy leżąc brzuchem do góry, pochłaniając kolejne lektury i popijając drinki różne. Bo skoro nie wydajemy nic, na Caipirinhe niejedną się uzbiera :) Czasami na spacer dłuższy się wybraliśmy. Z jednej strony całkiem fajny wypoczynek, ale zupełnie nie nasz. Dużo ciekawiej było ze smokiem. Strata czasu takie plażowanie przez tydzień w betonowej kupie.



W niedzielę przy check-inie nie obyło się oczywiście bez problemów. Nie było nas na liście pasażerów, a samolot miał komplet rezerwacji. Wstrzymaliśmy kolejkę na dobre 30 minut. Ostatecznie udało się i zasiedliśmy w niewygodnych fotelach. Po ponad 10godzinach nocnego lotu z potwornie gadatliwym Niemcem jako sąsiadem wylądowaliśmy po prawie 8 miesiącach w Europie. Z bardzo mieszanymi uczuciami. Trochę obaw przed tym jak to będzie, jak my się odnajdziemy. Trochę ogólnej niechęci. Trochę tęsknoty za smokiem. I wreszcie trochę radości, że zobaczymy już wkrótce naszych polskich przyjaciół i rodziny. Nasze fotki z Salvadoru możecie zobaczyć tu:

Salvador de Bahia

22 maja 2010

More than the steaming green
More than the hidden hills
More than the concrete Christ
More than a distant land
Over a shining sea

Strange taste of a tropical fruit
Romantic language of the portuguese
Melody on a wooden flute
Somba floating in the summer breeze


James Taylor



Autobusem z Foz do Iguacu do Rio jechaliśmy całą noc i kolejny dzień - łącznie 22 godziny, co jest wynikiem gigantycznej odległości, zatrzymywania w większych i wielkich (Sao Paolo) miastach, a także co raz bardziej pagórkowatej rzeźby terenu (wreszcie jakieś zakręty). Krajobrazy bardzo urozmaicone, roślinność soczyście zielona, a ziemia - jeszcze od krańców Argentyny - koloru czerwonego. Wielka zmiana w porównaniu do tego co widzieliśmy w ostatnim czasie. A że wyciągneliśmy wnioski z poprzedniej jazdy autobusowej i na zimną noc (klimatyzacja jakby nie miała regulacji) przygotowaliśmy śpiwory, do Rio dojechaliśmy bez większych problemów.

Problemy zaczęły się w Rio. Nasz hostel, który wybraliśmy kierując się ceną (najtańszy nocleg jaki znaleźliśmy w internecie - a i tak około 10 dolarów za osobę w pokoju 20-osobowym!), położony był 20 metrów od jednej ze stacji metra. Problem tylko taki, że na dworcu nie ma informacji, która linia autobusowa prowadzi do linii metra. Żadnej informacji. Nikt nie mówi po angielsku czy hiszpańsku. Wreszcie jakaś osoba wskazała nam, w którym kierunku mamy iść by taki autobus złapać. 500 metrów, pytamy mieszkańca kamienicy. Ten zaprzecza i zawraca nas na dworzec. Nienawidze pytac sie ludzi o droge, a juz zwlaszcza jak wedrujemy z ciezkimi plecakami. To wracamy. Na dworcu podchodzimy do pierwszego lepszego autobusu i pytamy czy do metra dojeżdża. - A do jakiej stacji?? - Obojetne! Dwójka Francuzów krzyczy z tyłu autobusu, że damy radę dostać się do metra. To jedziemy.

W brazylijskich autobusach miejskich jest taki system, że kierowca skupia się w 100% na jeździe, a bilety sprzedaje dodatkowa osoba. Kierowcy jadą na łeb na szyje, jakby im płacono od spalonego paliwa, a nie od stopnia zadowolenia pasażerów. Jeden z nich jechał tak, jakby zmieniając biegi nie wciskał sprzęgła ani nie zdejmował nogi z gazu. Sprzedawca biletów siedzi natomiast na krzesełku ustawionym prostopadle do osi pojazdu i sprzedaje bilety. Każda osoba przechodzi przez bardzo wąski kołowrotek. Osoba otyła czy z plecakiem musi mocno się przeciskać by przejść.

Do metra dojechaliśmy, choć ledwo znaleźliśmy wejście. Dziura w ziemi, żadnych znaków nad wejściem - logo metra, nazwy stacji itd. Potem już prosto. Tyle że drogo. Autobusy i metro kosztują mniej więcej 6 razy tyle co w Buenos Aires. Każdy bilet to jakieś 5,5 złotego na osobę. Przeszliśmy się więc po Rio jeszcze więcej niż po Buenos.

Hostel znaleziony, choć znów drzwi do niego tak wąskie, że ledwo plecak przecisneliśmy. Na drzwiach hostelu nie ma żadnej tabliczki, na recepcji mówią, że to dla bezpieczeństwa. Legendarne są w Rio opowieści o zbrojnych napadach na hostele. Ostatnie miejsce naszego spoczynku przed powrotem. Następnym razem z plecakami pomkniemy bezpośrednio na lotnisko.

Nie wiem co się Wam kojarzy z Rio de Janeiro oprócz Pomniku Chrystusa i karnawału. Trzeba mieć szczęście, żeby akurat przypadkowo trafić na karnawał, jednak trzeba mieć pecha, żeby akurat trafić na remont pomnika, który podczas naszego pobytu obstawiony był całkowicie rusztowaniami. Zapamiętamy więc Rio inaczej.

Na zwiedzanie Rio mieliśmy 2,5 dnia - piątek, sobotę i niedzielę. I dlatego zaczęliśmy zwiedzać Rio od centrum miasta, w którym skupia się życie miasta w dniach roboczych, a weekend spędziliśmy bliżej plaż i najbardziej znanych atrakcji turystycznych Rio.



Centrum Rio jest bardzo niejednorodne. Znajdują się tutaj wielkie biurowce, jak również kolonialne niskie domki. Centrum biznesowe graniczy z wielkim bazarem. Elegancko ubrani ludzie idą po chodniku obok drzemiących bezdomnych. Mnóstwo ludzi na ulicach, życie tętni z wielką siłą. Nie widać jednak nadmiernego pośpiechu, za to można usłyszeć wiele osób podśpiewujących sobie w oczekiwaniu na autobus. Przez otwarte na oścież drzwi można zajrzeć do szkoły tańca, czynnej w samo południe. Inni ludzie w tym czasie jedzą lancz w najstarszym barze Rio dzialajacym bez przerwy od konca XIX wieku, tyle ze II Wojna Swiatowa zmienila nazwe baru z Adolf na Luiz. Ucieklismy z baru w poplochu jak wyczytalismy z karty, ze surowka ziemniaczana i kotlet sa najtanszymi pozycjami w menu i kosztuja 100 zl. Jedzenie w knajpach jest zreszta w Rio tak drogie, ze przez te kilka dni zywilismy sie glownie w McDonaldsie, gdzie i tak zestaw kosztowal 30zl.

W Centrum Rio jest kilka miejsc wartych uwagi. Piekne stare koscioly, ale i kilka modernistycznych budowli, takich jak katedra czy biurowiec tutejszego Orlenu. Odsylam do naszego albumu ze zdjeciami.



Podczas gdy centrum Rio jest plaskie, okoliczne dzielnice leza na zboczach okolicznych wzgorz. To sprawia, ze Rio jest niesamowicie spektakularne, jesli chodzi o widoki. Zawsze jest sie blisko wody, wzgorz i zieleni. A same dzielnice plynnie ze soba sie mieszaja. Na przeciwko slumsowego wzgorza lezy dzielnica zamieniajaca sie weekendami w kulturowe serce miasta. Zreszta nawet slumsy te nie sa takie jak w Buenos, gdzie ludzie mieszkali w domkach zrobionych z byle czego. Tutaj domki sa murowane, trwale, a miasto prowadzi mnostwo projektwo, ktore maja na celu nie wyeleminowac czy odgrodzic slumsy od reszty miasta, lecz je zintegrowac.

Rio jest rowniez mieszanka ras. Europejczycy, Indianie i Afrykanie przez lata znacznie się ze sobą wymieszali, widać więc pełną gamę kolorów skóry - od czystej białej do pełnej czerni, z dominacją osób gdzieś pośrodku. Laczy ich jednak radosc zycia, milosc do muzyki i aktywny tryb zycia, nie wspominajac o fanatycznym stosunku do pilki noznej. Takie przynajmniej sa nasze wnioski z obserwacji Rio, kontynuowanych przez weekend.



W sobote wybraliśmy się zobaczyc Rio z Głowy Cukru (Pao de Acucar). Jest to skaliste wzniesienie, na którego szczyt można się wspiąć lub też wyjechać kolejką linową. Bilet dla jednej osoby kosztuje ok. 90 zł, więc postanowiliśmy że pojedzie Madziula, ja zaś kolejnego dnia na Corcovado do Pomnika Chrystusa.

Wjazd na Pao de Azucar podzielony jest na dwie części. Pierwsza to wjazd na wysokość 220 metrów do kilku punktów widokowych, z których większość zwrócona jest w stronę centrum Rio. Bardzo fajnie wyglądały samoloty, które podchodziły do lądowania na pobliskim lotnisku krajowym. Zawracały nad wodą tuż koło platformy widokowej. Ujęcie wprost do folderu linii lotniczej. Spektakularność i zachwyt nad położeniem Rio wzrasta jednak wraz z wyjazdem o kolejne 200 metrów, skąd panorama obejmuje zarówno Copacabanę jak i centrum miasta. Ocean, złote plaże, morze pagórków i zieleni, wciśnięta między to wszystko miejska zabudowa. Ciężko przywołać mi w pamięci miasto piękniej położone...



Ze szczytu Pan de Azucar mała ścieżka prowadzi do kilku punktów widokowych skierowanych na Ocean Atlantycki. Nie jest to to samo, co podziwianie wielkiego Rio, ale warto się przejść.



Ja zaś, zostawszy na dole obserwowałem ludzi bawiących się na pięknej plaży, gdzie piasek w konsystencji przypominał całkowicie cukier, wspinaczy zmagających się ze stromymi okolicznymi zboczami, a także maluteńkie małpki tamaryny (mico sagui), o długim ogonie, i śmiesznych białych włoskach odchodzących na boki od uszu.

Jak tylko wróciła Madziula, pojechaliśmy na Copacabanę. Przed naszą podróżą wiele słyszałem o Copacabanie, ale nigdy nie wiedziałem co to jest w zasadzie. Później w Boliwii, przy granicy z Peru, byliśmy w Copacabanie w drodzę na Wyspę Słońca na jeziorze Titicaca. Ale to nie o tę Copacabanę chodziło. Ta z Rio rzezczywiście pochodzi od tej z Boliwii, ale teraz żyje własnym życiem. Kilkumetrowa złota plaża jest miejscem gdzie ściągają tłumy Cariocas (mieszkańcy Rio) i oczywiście turyści. Na plaży ludzie odpoczywają, w wodzie surfują, wzdłuż niej joggują, na niej też grają w piłkę nożną, siatkową, a również w ich mieszankę, siatkonogę - siatkówka, gdzie piłkę odbija się nogami. Dominuje jednak piłka nożna. Pewien pan bawi innych podrzucając piłkę nogami, barkami, głową. Piłka klei mu się podczas skłonów do pleców, potrafi ją utrzymać nieruchomo na karku czy też nosie. Właściwie, zabawa może nie mieć końca. W innym miejscu chłopak z dziewczyną podają sobie naprzemiennie piłkę tak by nie dotknęła ziemi: stopami, kolanami, czy główkami. Na plaży jest również ciąg boisk, gdzie grają ze sobą na bosaka amatorskie zespoły. Sędzia z gwizdkiem, liniowi z chorągiewkami, dbają o ład i porządek - gwiżdżą faule, wręczają kartki żółte i czerwone, czy też pozwalają na zmiany. Piłkarze oczywiście w jednorodnych koszulkach. Gdyby nie to, że mecz rogrywany jest na piasku i bez butów, sądzilibyśmy, że to w pełni profesjonalne rozgrywki. Brazylia kocha piłkę. Miłość totalna. Futbol może i narodził się w Europie i z całą pewnością ma tam swoich oddanych, wiernych fanów, ale to w Ameryce Południowej budzi on tak fanatycznie skrajnie stany emocjonalne i przybiera wręcz boski, mistyczny wymiar. Brazylijczykom futbol płynie w żyłach i jeśli mielibyśmy kiedyś gdzieś w świecie zobaczyć kilka meczy Mistrzostw Świata na stadionie - bardzo byśmy chcieli, żeby była to właśnie Brazylia. Za 4 lata tu wracamy!



Profesjonalny mecz było nam dane zobaczyć w innym miesjcu. Tydzień wcześniej nie udało nam się dostać biletów na Bocę Juniors w Buenos Aires. Tym razem kupiliśmy bilety w przedsprzedaży na mecz Fluminense - Atletico Goianiense. Jeden z nich zajmuje 16.te miesjce w lidze, drugi gra w niej po raz pierwszy od kilkudziesieciu sezonów. Także nie był to wielki szlagier. Ale to nie było istotne. Ważne było miejsce - Marcana. Fanom futbolu nie trzeba przybliżać historii tego miejsca. Wystarczy powiedzieć że zbierało się na nim kiedyś ponad 200 tyś kibiców, a na mundialu w 1950roku na kluczowym meczu z udziałem reprezentacji Brazylii według oficjalnych statystyk zjawiło się 200 000 osób - według nieoficjalnych i prawdopodobnie bliższych prawdy - piłkarzom Brazylii kibicowało 250 000. Jest to do dziś nie pobity rekord. Trybuny wokół stadionu są stosunkowo płaskie, więc bardzo rozłożyste, za to mniej wysokie. Obecnie stadiony budowane są tak, by każdy siedział możliwie blisko boiska. Ale widok mieliśmy doskonały. Trybuny były zapewnione może w 20%, można więc było odnieść wrażenie, że to trening czy sparing, a nie mecz o stawkę. Na szczęscie doping kibiców pozbawiał nas tego wrazenia. Mlodsi kibice, zgrupowani zwarcie w jednym miejscu wyspiewywali piosenki i tanczyli od pierwszej do ostatniej minuty. Starsi zas obserwowali bardziej rozpierzchnieci, reagując bardzo emocjonalnie na kazde zagrania - dobre nagradzajac brawami, zle glosnymi komentarzami. Kazdy swojemu sasiadowi komentowal sytuacje, czy tez wykrzykiwal, starajac sie pouczyc bezposrednio zawodnika. Dodatkowo większość miała odbiornik radiowy przy uszach, coby dodatkowo słuchać relacji z meczu z komentarzem... Ci fani przychodza pewnie od kilkudziesieciu lat niezaleznie od formy zespolu.
Nie wiedzielismy czego sie spodziewac i w obawie zeby w ostatni wieczor nie stracic glupio aparatu, na mecz poszlismy bez jakiejkolwiek cennej rzeczy. Teraz oczywiscie zalujemy, bo nie mamy fotografii zadnej dokumentujacej to wydarzenie. Kolejny raz, kiedy przydalby sie nasz maly aparacik, ktorego stracilismy 2 miesiace temu.
Ostatecznie Fluminense wygralo 1:0. Jesli chcecie zobaczyc Maracane to warto wiedziec ze od sierpnia stadion bedzie zamkniety ze wzgledu na przebudowe z okazji organizowanych tu Mistrzostw Swiata w 2014.



Niedzielę spędziliśmy w dzielnicy Ipanema. Po pierwsze, tutejsza plaża jest piękniejsza od Copacabany. A że tym razem byliśmy przed południem, a nie przed zachodem słońca, widzieliśmy ją w pełni życia. Tak się nam ono udzieliło, że nie mogłem sobie odmówić ostatniej przed wylotem kąpieli w cieplutkiej wodzie Atlantyku. W Ipanemie weekendami ma miejsce mały targ hipisowski, z którego mamy kilka zdjęć i opaskę na głowę dla Madziuli.



Kilka przecznic dzielnicy oddziela Ocean od małego jeziorka. Jest tu dużo spokojniej niż na plaży i można w spokoju się napić wody kokosowej - wielki kokos kosztuje 6 zł. Tak bardzo nam się tam spodobało, że ustalilismy, ze przy tak zamglonym niebie i biorac pod uwage fakt, ze pomnik Chrystusa jest w remoncie, spedzilismy tam juz reszte naszego czasu, zostawiajac sobie pocztowkowy widok na przyszla wizyte w Rio.



Nasza wizyta w Rio byla krotka, jednak na tyle dluga, ze poczulismy to miasto. Spektakularnie polozone, zroznicowane, oferujace mnostwo atrakcji typowo miejskich, jednak rowniez egzotyczno-tropikalnych. Mieszkańcy wyraźnie cieszą się życiem, choć nie dla wszystkich jest ono rajem. My bylismy bardzo ostrozni ze wzgledu na to co wyczytalismy na temat bezpieczenstwa w Rio, jednak ani przez chwile nie czulismy jakiegokolwiek zagrozenia. Zrezygnowalismy z nocnych wycieczek na plaze, uwazalismy na aparat a plecak w tlocznych miejscach od razu ladowal na brzuchu.

Przyszedl czas wreszcie na pozegnanie sie z miastem. Nasz powrot zaczynalismy krajowym lotem Gola do Salwadoru (trzecie najwieksze miasto Brazylii), jednak odlot z lotniska miedzynarodowego. Kursuje na nie specjalny autobus. Nie ma nigdzie informacji na temat trasy czy rozkladu jazdy, wiadomo jedynie ze jezdzi co 40 minut. O malo co bysmy nie przegapili tego autobusu, bo kolo naszego hotelu przebiegaly trzy drogi rownolegle jedna obok drugiej, kazda z nich wielopasmowa i bez przejscia dla pieszych. Lokalni wskazali nam poczatkowo zly przystanek, wiec po 15 minutach czekania sprzedawczyni gum do zucia spytawszy dokad chcemy jechac odeslala nas na wlasciwy. Schemat linii mozna za to znalezc w metrze, jest on jednak nieprawdziwy (juz albo jeszcze nieaktualny), czym powoduje osłupienie obcych. Oczywiscie juz sie pogodzilismy z faktem ze jezyk inny niz portugalski jest rzadko spotykany w Brazylii.

W drodze na lotnisko moglismy zobaczyc, jak wielka czesc tego miasta to slumsy - zorganizowane, murowane, nawet kolorowe, ale jednak slumsy. Do Rio z pewnoscia kiedys wrocimy, jednak siedzac w busiku i obserwujac zachod slonca przede wszystkim myslelismy o tym, ze to ostatnie nasze minuty ze sloncem w Ameryce Poludniowej. Ze wlasnie konczy sie to, co zaczelismy ponad siedem miesiecy temu. Wracaly wiec rozne wspomnienia i refleksje. Postaramy sie zamiescic dodatkowy wpis podsumowujacy nasza podroz. Ale jadac na lotnisko myslelismy tez i o tym co czeka nas w nastepnych dniach, na co sie bardzo cieszylismy. Przede wszystkim dlatego, ze z pewnoscia to nie koniec naszego podrozowania przed emerytura :)

Zachecam do przejrzenia zdjec z Rio:

Rio de Janeiro


Pozdrawiamy serdecznie

Michal

20 maja 2010



Jako że z motorem rozstaliśmy się, tym razem nieodwołalnie w Tigre, do Iguazu przyszło nam po raz pierwszy przejechać się legendarnymi autobusami.

Lonely Planet uznaje jazdę nocnym autobusem za jedno z najlepszych doświadczeń, jakie można zaznać w Argentynie. Jest to oczywiście gruba przesada, aczkolwiek przyznać trzeba, że Argentyńczycy zaszli naprawdę w daleko w zapewnianiu autokarowych komfortów i w pewnym sensie luksusu. Otóż na większości tras kursują trzy typy dwupoziomowych autobusów - semi-cama, cama i cama suite (od najgorszego do najlepszego). Semi-cama wygląda z grubsza jak dwupiętrowy europejski autobus. Siedzenia ustawione są jednak znacznie rzadziej i bardzo daleko się rozkładają, a pod nogami można rozłożyć sobie pochylnię. Wszystko to sumarycznie sprawia, że w nocy można spać całkiem komfortowo z pozycji półleżącej. Dodatkowo, żeby zminimalizować czas przejazdu serwowane jest śniadanie i kolacja w wersji typowo samolotowej, które można popić kawką prosto z ekspresu znajdującego się na drugim piętrze. Bus Cama jest lepszy. Siedzenia są znacznie szersze - w każdym rzędzie znajdują się zaledwie 3, i rozkładają się jeszcze bardziej. Camę suite widziałam tylko na zdjęciach - właściwie łózka zupełne.

Kupiliśmy bilety na opcję najtańszą - stwierdziliśmy, ze to i tak niezły luksus. Ku naszej wielkiej radości przypadły nam miejsca nad kierowcą na piętrze - piękna perspektywa!!!!

Do Puerto Iguazu przyjechaliśmy po 18 godzinach jazdy ok 8 rano. Mieliśmy więc chwilę na znalezienie hotelu i na zorientowanie się na temat możliwości dojazdu do Rio już z Puerto Iguazu. Oferowane nam bilety wydawały nam się jednak dosyć drogie, ustaliliśmy wiec, że Micho pojedzie wieczorem do Brazylii kupić nam bilety do Rio, a w międzyczasie ja zajmę się kolacją.

Z dworca autobusowego w Puerto Iguazu autobusy do wodospadów odjeżdżają co ok. 20 minut. Pogoda zupełnie nie zachęcała do przebywania na świeżym powietrzu, a tym bardziej zwiedzania, ale tym razem nie mieliśmy wyjścia - albo tego dnia albo w ogóle. Nasza podróż dobiega (niestety!) końca, wszystko musi odbywać tak jak w grafiku zaplanowano...



Ciężkie chmury spowijały całe niebo, deszcz czuć było w powietrzu. I było zimno. Bardzo przejmujące, wilgotne zimno. Szok. Wydawało nam się w tak tropikalnym miejscu jest zawsze ciepło, tymczasem my wybraliśmy się na zwiedzanie w swetrach, kurtkach i jeszcze żałowaliśmy, że czegoś nie dołożyliśmy... Sweter, kurtka i dżungla.

Nigdy wielką fanką wodospadów nie byłam, wodospady Iguazu są jednak takim przykładem cudu natury, że nie podobać się nie mogą. Dochodząc do każdego kolejnego punktu widokowego słyszy się dobiegające ze wszystkich stron językowo uniwersalne odgłosy ochów, achów i łałów. I samemu, chcąc nie chcąc, dołącza się do tego masowego zachwytu.



Większa część wodospadów znajduje się po stronie argentyńskiej. Platformy widokowe są tak perfekcyjnie poustawiane, że w wielu miejscach można podejść pod sam wodospad. W niektórych miejscach - szczególnie po deszczu, a my byliśmy tam właśnie niedługo po deszczu, spadająca woda tworzy taką bryzę, że nie sposób pozostać suchym. W innych z kolei można podejść do samego progu i obserwować ten ułamek sekundy, w którym każda kropla wody rozpoczyna swoje spadanie.

Po przejściu dwóch ścieżek pod i nad wodospadami pojechaliśmy mini kolejką do ostatniego wodospadu - Garganta del Diablo. Tony wody spadające ze wszystkich stron. Huk. Tumany wzbijającej się bryzy. Potęga nie do opisania słowami.



W czasie powrotu zaczęło się rozpogadzać, wyszły pierwsze promienie i w ciągu zaledwie pół godziny niebo zrobiło się zupełnie błękitne... Mimo, że po całej nocy jazdy i prawie całym już dniu łażenia mieliśmy już trochę dość, chęć zobaczenia tęczy przy wodospadach zwyciężyła.



Przemieszczaliśmy się pomiędzy kolejnymi punktami biegiem nie wierząc, że może być jeszcze piękniej! Czy nie mogło być tak od rana...? W słonecznym dniu wszędzie lata podobno masa kolorowych motyli i ptaków, my zobaczyliśmy zaledwie jednego ptaka. Motyle gdzieś się zaszyły, sporo było natomiast ostronosów. Nie można mieć wszystkiego, ważne, że udało nam się zobaczyć wodospady w lepszej pogodzie choć przez chwilę.





Po powrocie z wodospadów Michał pojechał do Brazylii kupić bilety. Wrócił po trzech godzinach z pustymi rękami. Autobusami pomiędzy Puerto Iguazu a Foz do Iguazu jeżdżą głównie lokalni ludzie. Nie przechodzą oni przez żadną kontrolę migracyjną, przez co jeśli autobusem jedzie jakiś obcokrajowiec, kierowca wysadza go na granicy i każe czekać na kolejny. A czeka się godzinę, o czym oczywiście nie informuje. Dojechanie do Foz do Iguazu zajęło więc Michałowi 2h. Na miejscu natomiast okazało się, że autobus nie zatrzymuje się na dworcu autobusowym, jedzie przez jedna z głównych ulic miasta do mostu na granicy z Paragwajem. I tak wysiadł Micho w centrum miasta, biegał w rozpadających się klapkach szukając dworca autobusowego i nie mogąc z nikim się skomunikować - bo portugalski w wymowie naprawdę NIJAK się ma do hiszpańskiego. W końcu przez to, że za chwilę miał odjechać ostatni autobus do Argentyny, wrócił zrezygnowany na przystanek, żeby się na niego załapać.

Bilety musieliśmy więc kupić następnego dnia rano. Spakowaliśmy plecaki i we dwójkę z całym dobytkiem pojechaliśmy do Foz do Iguazu. Scenariusz z porzuceniem nas na granicy się niestety powtórzył. Czekanie w tym przenikającym zimnie dłużyło się niemiłosiernie. Nie było gdzie się schować, nie było gdzie usiąść, staliśmy więc tuż koło plecaków, chodziliśmy dookoła nich i coraz bardziej się wkurzaliśmy.

Po ponad godzinie autobus przyjechał, zawiózł nas na przystanek komunikacji miejskiej w centrum Foz, a tam z wielkim wysiłkiem dowiedzieliśmy się, co na dworzec jedzie. Dworzec okazał się być położony poza miastem, na zupełnych obrzeżach, nic więc dziwnego, że trudno go było dzień wcześniej Michałowi znaleźć. Tam lekkie zdziwienie - do Rio jadą zaledwie dwie firmy przewozowe i obie oferują bilety w cenie równej tej z Puerto Iguazu - czyli jedyne 350 zł od osoby - dwa razy tyle co z Buenos do Puerto Iguazu, odległość ta sama, standard bez porównania niższy... EH. Gdybyśmy to wcześniej wiedzieli, kupilibyśmy bilet na samolot. W TAMie lub GOLu można znaleźć bez większego problemu bilety w cenie niewiele przekraczającej 100USD. A jeśli nie samolotem, to już lepiej z Argentyńskiego Puerto Iguazu pojechać z firmą Crucero del Norte za mniejsze pieniądze i w wyższym standardzie.

Bilety kupiliśmy na wieczór, mieliśmy więc wciąż ok 6 godzin. Michaśkowi bardzo zależało na zobaczeniu wielkiej tamy Itaipu, ja skłaniałam się bardziej ku zobaczeniu raz jeszcze wodospadów Iguazu - tym razem od strony brazylijskiej. Jako że jednak w Brazylii trzeba znowu wejście do wodospadów jest bardzo drogie, pojechaliśmy zobaczyć tamę. Nie dało się jednak zobaczyć jej w prosty sposób. Micho uparł się, żeby zobaczyć ją od strony paragwajskiej, a ja miałam jakiś wyjątkowo bierny dzień i nie miałam ochoty na jakiekolwiek próby przekonywania i argumentacji. Pojechaliśmy więc autobusem do Paragwaju. Korek do granicy masakryczny. Godzina w autobusie. Na granicy bałagan nieziemski. Znowu musieliśmy wysiadać i iść przez granicę na piechotę, autobus pojechał dalej. W Ciudad del Este, czyli pierwszym mieście Paragwaju tuż za mostem, strefa wolnocłowa. Wracają wspomnienia azjatyckie. Miliony handlarzy, brud, chaos, sklepy z drogą elektroniką, pod którymi jedzą żebracy, cinkciarz garście banknotów trzyma i krzyczy, Brazylijki przeciskają się z kupionymi właśnie w hurtowych ilościach chińskimi kocami, ktoś ulicę zamiata, inny na nią sika, policjant się przeciąga i wszyscy gadają po portugalsku - mimo, że w hiszpańskojęzycznym Paragwaju jesteśmy!!!



Zanim dogadaliśmy się, skąd odjeżdża autobus do Itaipu, zanim swoje odczekaliśmy i do tamy dojechaliśmy minęły conajmniej 2h. A tam okazało się, ze tamy nie można tak po prostu zobaczyć, trzeba na tour poczekać, który będzie dopiero o 14.30, a że w Paragwaju przestawia się zegarek o godzinę w tył, oznaczało to dla nas, że musimy czekać 2,5 godziny i prawdopodobieństwo jest spore, że spóźnimy się na autobus do Rio. Nie nasz dzień.

Powrót zajął nam znowu bardzo długo. Komunikacja z ludźmi w Brazylii jest bardzo trudna. Dopiero po opuszczeniu Argentyny uświadomiliśmy sobie jak łatwo podróżowało nam się, jak swobodnie czuliśmy się w pytaniu o cokolwiek, ile łatwiejsze jest podróżowanie jak można o wszystko spytać i wszystko mniej lub więcej się rozumie. Wiadomo - bez języka też się da, przećwiczyliśmy to już nie raz w Azji, ale możliwość rozmowy zarówno prostej - czysto informacyjnej jak i tej bardziej skomplikowanej - kulturo-poznawczej jest wielkim plusem Ameryki Południowej jako destynacji podróżniczej.

Tymczasem dojechaliśmy na dworzec, odebraliśmy bagaże z przechowalni i wsiedliśmy do Rio de Janeiro, ostatniego miejsca naszej podróży.

Wodospady Iguazu


Pozdrawiamy serdecznie

Madziula