Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Honduras. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Honduras. Pokaż wszystkie posty

5 czerwca 2014


"Plan: omijać duże miasta - Tegucigalpę i San Pedro Sula wielkim łukiem", z takim zamierzeniem wjechaliśmy do Hondurasu. Nigdy nie mów nigdy, a już na pewno nie w podróży. Do San Pedro Sula wjechaliśmy trochę z przymusu, szukaliśmy dostępu do dużego supermarketu, więc gdzie jak nie w najbogatszym mieście Hondurasu. Do Tegucigalpy też wjechaliśmy i zostaliśmy na dwa bardzo niecodzienne dni. Hubi, nasz kumpel, napisał nam, że mieszka tam aktualnie jego koleżanka i chętnie by się z nami spotkała. Trudno nie skorzystać z możliwości poznania i rozmowy z osobą, która dobrowolnie przeprowadziła się do stolicy Hondurasu i poświęca cały swój czas dzieciom ulicy, mieszkańcom faweli i więźniarkom.

Tegucigalpa na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od innych latynoskich dużych miast, choć może jeszcze bardziej rzucają się tu w oczy ogromne różnice społeczne, Honduras jest w końcu w pierwszej dziesiątce państw pod względem nierównej dystrybucji dochodu. Są dzielnice lepsze, z domami zawsze za wielkimi murami. Są centra handlowe, których rozkład i styl przypomina do bólu Wielką Amerykę, nawet niektóre marki są te same - Wendy's, Starbuck's. Bogactwo nie dominuje jednak krajobrazu miasta. Bardziej dostatnie rejony przechodzą płynnie w bardziej powszechne dzielnice biedy, również większej i mniejszej. Przed Tobą parkuje Porsche, za Tobą człowiek w poszarpanej koszulce niesie na głowie cały swój handlowy dobytek. Na prawo i lewo od drogi dominuje wielki architektoniczny chaos i straszna brzydota. Reklamy, banery, szyldy, plakaty, znaki - przestrzeń upstrokacona jest do granic możliwości. Za ścianą kolorowych nawoływaczy do zakupu mieszkają ludzie. Domy - cienkie wieżyczki, wyrastające jeden obok drugiego, a czasami jeden nad drugim, pokrywają wszystkie pagóry. Te gorsze bazują na najprostszych budulcach - blachach, folii, znalezionym drewnie, sznurkach. Te lepsze zbudowane są z cegieł, czasami nawet pomalowane są, tworząc z daleka tęczową mozaikę. Pamiętam jak pierwszy raz, po wylądowaniu w Bogocie zobaczyłam takie wzgórze usiane kolorowymi domkami. Mieszkaliśmy wtedy u kolegi, zapytałam go więc:
 - Andrew, jak to ciekawie wygląda, przejdziemy się tam?
 - To jest fawela, tam się nie wchodzi - odpowiedział.
No właśnie, "tam się nie wchodzi...". W oczach nieświadomego człowieka Tegucigalpa wygląda na miasto normalnie funkcjonujące. Ulice zatłoczone, codziennie ponad milion ludzi przemieszcza się tu do szkół, prac, sklepów, knajp, na lotniska, dworce itd. Niektórzy pokazują publicznie swoja dostatnią kieszeń, śmieją się, spotykają ze znajomymi, jedzą na ulicy. Świadomy człowiek wie jednak, ze jest w jednym z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie, biorąc pod uwagę kraje nie znajdujące się w sytuacji konfliktowej. Wie, ze miastem rządzą gangi nie tylko narkotykowe, którym wszyscy taksówkarze i właściciele nawet najmniejszych biznesów w postaci stoiska z owocami płacą regularnie haracze. Wie, ze policja jest tu słaba i często skorumpowana. Świadomość powyższego nie do końca współgra z tym co widza w Tegucigalpie oczy. I tak sobie myślę ze to jest chyba największe zagrożenie. Przebywając w mieście, w którym toczy się wojna wyobrażam sobie, że wszystkie zmysły człowieka nastrajają go na przetrwanie. Tu wojna się nie toczy, przynajmniej nie otwarcie, wszystko działa ¨normalnie¨ ludzie są mili, pomocni, uśmiechają się, więc skąd może nadejść niebezpieczeństwo...? Każde miejsce ma swoja renomę, przez płynność granic i wzajemne przenikanie się światów przybyszowi trudno jest jednak czasami ocenić, kiedy robi jeden krok w niewłaściwą stronę. Granicą jest czasami skrzyżowanie ulic, czasami strumyk, a innym razem nawet jedna ulica potrafi mieć swój lepszy początek i gorszy koniec. Istnieje niepisany zbiór zasad ¨jak unikać niebezpieczeństw¨, wiele z nich nam pamiętającym czasy nie najbardziej bezpiecznej Polski jest znanych. Dobrze orientować się w tej dżungli ¨przepisów¨potrafią jednak tylko ci, którzy mieszkają w Tegucigalpie. I taką naszą ¨wtyką¨ była właśnie Kasia.

Kasia jest najbardziej w świecie sympatyczną blondynką, której usta lubią produkować słowa i nie potrafią przestać się uśmiechać. A swoim pięknym uśmiechem zarażają wszystkich dookoła. Ma serce ogromne jak stąd na koniec świata i chyba właśnie dlatego zrodził się w nim pomysł na `przyjazd do Hondurasu. Jej pobyt nie jest umotywowany turystycznie, Kasia jest wolontariuszką w honduraskim Domu Serca - katolickiej organizacji, której celem jest wspieranie potrzebujących poprzez modlitwę, obecność i rozmowę. Organizacja buduje i tworzy fizyczne domy, bardzo często w dzielnicach biedy, do których przyjeżdżają wolontariusze z całego świata na rok lub dłużej. Założenie jest takie, ze wolontariusze maja żyć na takim samym poziomie jak otaczający ich ludzie. Kupują więc proste składniki w sklepie, piorą ręcznie, żyją bardzo skromnie, ale i utrzymują swoją przestrzeń życiową w dużym porządku, żeby pokazywać sąsiadom że można inaczej. Mnóstwo czasu poświęcają na proste przebywanie z ludźmi. Chodzą po colonii (osiedlu), odwiedzają ludzi w domach, bawią się z dziećmi na ulicy, zapraszają dzieci do siebie, graja z nimi w piłkę lub malują. Starają się też pomagać w ramach swoich skromnych możliwości. Nie maja w tym celu żadnego zaplecza finansowego, dużo się jednak uśmiechają i rozmawiają, a to często wystarczy żeby znaleźć lekarza, który w wolnej chwili pomoże ubogiemu choremu w faweli, czy żeby znaleźć mamę, której dziecko wyrosło już z ciuszków i chętnie się nimi podzieli. Dodatkowo, raz w tygodniu odwiedzaj kobiety z wiezienia i osoby z domu starców.

Niezapomniane były nasze dni w Tegucigalpie. W Domu Serca nie ma oczywiście internetu, niemożliwością było więc szybkie skontaktowanie się z Kasią. Przez internet znaleźliśmy jednak adres kościoła, przy którym działa Dom Serca i się tam po prostu rano zjawiliśmy. Znaleźliśmy ludzi, którzy znają Kasię i mają do niej numer na komórkę, zadzwoniliśmy i okazało się że jest 5 minut od nas, ma cały dzień wolny i w ogóle to zostańcie i gdzie idziemy / jedziemy... No i zostaliśmy. Poza wycieczką do urokliwych kolonialnych miejscowości pod Tegucigalpą spędziliśmy trochę czasu na spacerach z Kasią po kolonii (naszym osiedlu). Dzieci namierzały ją przez kraty w oknach, szpary w drzwiach, wybiegały na ulice i biegły w jej kierunku, krzycząc "Kasza, kasza!". I podbiegały się po prostu przytulić. A ona każdemu z osobna poświęcała chwilę uwagi, zadawała osobiste pytania, nosiła na rękach, tuliła, rozśmieszała. Po czym jak odchodziliśmy na bok, tłumaczyła nam, kogo spotkaliśmy. Mama tej dziewczynki uciekła miesiąc temu do Stanów i zostawiła ją i jej brata z babcią. Mówi że po nią wróci, ale kto wie, jak się to skończy, jest tam przecież nielegalnie. Mama tamtej dziewczynki spędza całe dnie z chłopakami z gangu, pije, śmieje się, a wieczorem przychodzi do Domu Serca i prosi o jedzenie dla dzieci. Ci ludzie mieszkają w 11 osób w jednym 15 metrowym pokoju. Ten chłopiec nie poszedł znowu do szkoły bo poszedł pracować jako pomoc mechanika itd. Nic wielkiego nie robią wolontariusze z Domów Serca, a jednak w tych uściskach, zindywidualizowanej uwadze i zabawie jest tyle dobrego i w pewnym sensie wielkiego.

 W czasie spacerów po "osiedlu" zaszliśmy tez do domu Doni Alma. Jego dostatniość jest ukryta za murami, lepiej dla ich bezpieczeństwa, bardzo wyróżnia się z otaczającego go biedoty. Mąż Pani Almy jest prawnikiem, mają piękny dom, który jednak jest trochę jak twierdza. Jak to się stało, że mieszkają w takim miejscu, a nie w jednej z "lepszych" dzielnic? Odpowiedz jest prosta - wybudowali się zanim rozrosła się fawela i nabrała swojego gangsterskiego charakteru. Dwójka ich dzieci wyemigrowała do Hiszpanii. Syn jest od ponad 1,5 roku bezrobotny, ale woli być bez pracy w bezpiecznej Hiszpanii niż z pracą w Tegucigalpie. Ciekawa jestem, ile jeszcze osób marzy o ucieczce z tego miasta?

Smutna jest sytuacja w Hondurasie. Jestem pewna, ze skrywa on tyle piękna i przekonałam się, że ludzie mają tam takie serdeczne serca. Rosnąca przestępczość tak jednak dużo bezpośrednio i pośrednio zabiera. Oby lepsze czasy nadeszły tam jak najszybciej.




Na drugą stronę rzeki "się nie idzie"


W domu Doni Almy

Stol w domu serca z laurkami dzieci na scianie

Ze wszystkimi wolontariuszami i bardzo waznym samochodzikiem

Kuchnia. Owoce i warzywa suszą się po moczniu w Cloroxie, ktory ma zabijac zarazki

Na obiedzie w pupuserii
Magda

Tegucigalpa


Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

1 czerwca 2014


Byliście kiedyś na Erasmusie? Duża grupa z ludzi w podobnym wieku, każdy z innego zakątka Europy. Dużo trunków różno-procentowych i bardzo dużo zabawy. Dużo rozmów, śmiechu, beztroski, wschodów słońca widzianych na przystanku tramwajowym w drodze do domu, bynajmniej nie w drodze powrotnej z biblioteki. Dużo lokalnego folkloru, mieszkanie wynajmowane w kilka osób, wspólne gotowanie, wymiana międzynarodowych doświadczeń, krótsze i dłuższe męsko-damskie znajomości. I do tego mało stresu, ograniczającego się do kilku egzaminów na zakończenie semestru. Wyobraźcie sobie, że uczelnią jest szkoła nurkowa na karaibskiej wyspie. Jedyny egzamin jaki macie jest z umiejętności dopłynięcia do boi i z powrotem. A największy „stres” wywołany jest wpuszczeniem wody do maski lub wyjęcie ustnika z tlenem kilka metrów pod powierzchnią, wszystko w ramach nurkowych ćwiczeń. Takie miałam bardzo generalne wrażenie z Utili.

W bakpakerskim światku są dwa miejsca na świecie, które słyną z taniego nurkowania. Koh Tao w Tajlandii i Utila w Hondurasie. Oczywiście można zanurzać się jeszcze taniej, wszystko pod warunkiem posiadania własnego sprzętu i nurkowego doświadczenia pozwalającego na samodzielne nurkowanie z plaży lub za pomocą rybaka, który wywiezie na rafę. Dla nurkowych żółtodziobów nie ma jednak tańszych miejsc do uprawiania tego nietaniego „sportu”. Na Koh Tao zrobiliśmy kurs, pojechaliśmy i na Utilę nabierać nurkowych sprawności i podziwiać ten nieziemski świat.

Klimat Utili
Utila jest jedną trzech wysp Bay Islands. Pozostałe dwie to Roatan – wyspa znacznie większa, z ładniejszymi plażami i większą możliwością ucieczki od tłumów, ale i droższa. Oraz Guanaja – najdziksza z całej trójki, z podobno najbardziej nieskażoną rafą i przyrodą, ale i skomplikowanym transportem i wysokimi cenami na miejscu. Kusiły nas dwie pozostałe wyspy bardzo, ostatecznie jednak poszliśmy na łatwiznę i wylądowaliśmy tam, gdzie „wszyscy”. Czy dobrze? To mogą powiedzieć nam tylko Ci, którzy na Guanaję dotarli nocnym towarowym promem z dzieckiem i zajrzeli pod powierzchnię wody. Utila podobnie jak sąsiadujące z nią wyspy była pod wpływem brytyjskim, a nie hiszpańskim, przez co dominującym językiem jest angielski, a może raczej „broken English” - kreolski. Korzystają z tego faktu Amerykanie, kupując tam ziemię i budując wielkie domy, korzystają i plecakowcy, nie zawsze mówiący po hiszpańsku. Utila nie została może jeszcze tak wykupiona przez bogatych sąsiadów z północy jak południe Baja California, w połączeniu jednak z przemysłem nurkowym niewiele pozostało na niej z lokalnego klimatu. Amerykańscy emeryci mieszają się tam z erasmusowym tłumem nurków, a mieszkańcy zajmują się obsługą turystycznego biznesu. Z naszej perspektywy miejsce nie najbardziej wymarzone pod słońcem, wciąż jednak na tyle ciekawe, że spędziliśmy tam dobrych kilka dni, nie nudząc się ani przez sekundę.

Logistyka
Na Utilę można dostać się na dwa sposoby – samolotem, który przez ceny odpadał i statkiem – motokatamaranem Utila Princess przewożącym pasażerów w godzinę. Transport łódką był więc super szybki, tematem pozostało tylko bezpieczne przechowanie samochodu. Ponieważ La Ceiba, z której odchodzą statki ma bardzo słabą reputację, pojechaliśmy do hoteliku nad położoną kilka kilometrów od miasta rzekę Cangrejal, tam zapakowaliśmy się do dwóch plecaków i ruszyliśmy na wyspę. Przed wejściem na statek spotkaliśmy Maję, która zakochała się w Utili i podobnie jak niejeden plecakowiec po zrobieniu certyfikatu, kontynuowała nurkową edukację i w ciągu czterech miesięcy doszła do poziomu divemastera, który uprawnia ją do prowadzenia nurków certyfikowanych osób. Dzięki temu, że zna Utilę od podszewki poleciła nam tanie miejsce do spania i bazy nurkowe warte rozważenia. Zdradzimy i Wam, gdzie najbardziej warto – jakość szkół jest generalnie bardzo porównywalna, najlepiej nurkować więc z tymi, którzy pływają na północną stronę wyspy. Formacje koralowe nie są tam co prawda tak rozbudowane i kolorowe, ale większe są szanse na spotkanie dużych morskich stworzeń – płaszczek, rekinów, w tym największych ryb na świecie – rekinów wielorybich. A na północ pływają – Altons i Captain Morgan. Zanim jednak wskoczyliśmy w pianki i założyliśmy butle, musieliśmy znaleźć opiekę dla Ignasia. I to okazało się największym wyzwaniem, znacznie większym niż na Cozumelu czy w Playa del Carmen, gdzie wypoczywają również dzieciaci nurkowie. Gringo na Utili jest mnóstwo, ale nikt z 20+latków nie przyjechał tam dzieci niańczyć. Jedni lecą nurkować, inni biegną do nurkowej pracy, a pozostali nie są tematem zainteresowani. Wśród mieszkańców jest oczywiście wiele doświadczonych mam, żadna jednak obcymi dziećmi się nie zajmowała. Poza tym w ciągu dnia pracują – w sklepie, w kuchni lub hotelu i czasu nie mają. Na pierwszy nurkowy dzień udało nam się zorganizować siostrzenicę właścicielki naszego „apartamentu” [wielki cudzysłów]. Miała wrócić z pracy zaraz po 12 i przejąć od nas Ignasia. Zegarek działał jej w czasie latynoskim, nie wróciła do domu po pracy. I już mieliśmy odwoływać naszego nurka, gdy z pomocą przyszedł nam Sony, gwatemalski chłopak Mai. Sprawdził się super! Zajął się Ignasiem przez godzinę, po czym przekazał go Cindy. Nasze cygańskie dziecko nie zauważyło za bardzo naszej nieobecności, po raz pierwszy jednak przymaszerowało do nas jak tylko nas zobaczyło. Na kolejne nurkowe dni postanowiliśmy poszukać innej opiekunki, którą stała się po wielu rozmowach kucharka ze szkoły Captain Morgan. Przesympatyczna mama trójki i super niezawodna!

Pod wodą
Przejdźmy do rzeczy – nurki! Musimy przyznać otwarcie, że my nurkowanie po prostu kochamy. Miłość obiektywna nie jest, nam się każde zejście pod wodę bardzo podoba, choć oczywiście potrafimy powiedzieć czy coś było turbo super, turpo hiper super, czy tylko super :) Zeszliśmy pod wodę sześć razy i wszystkie „razy” były tak różne. Były koralowe ściany, tunele, były nurki proste i ze sporym prądem. Widzieliśmy różne płaszczki, moreny, mnóstwo ryb kolorowych, krabów, homarów, krewetek, ławice duże i małe, ryb małych i dużych. Nie udało nam się niestety spotkać rekina wielorybiego, z którego obecności słynie Utila. Kolejnym razem! Na ostatnie dwa nurki zdecydowaliśmy się rozdzielić i Michał zaliczył swój pierwszy wrak statku, a ja na jednego nurka zeszłam na tyle płytko, że wzięłam ze sobą aparat. Nie są te zdjęcia satysfakcjonujące, bo i „spot” nurkowy był najgorszy z sześciu i aparat nie robi zdjęć prawdziwie oddających piękno podwodnego świata. Mam nadzieję jednak, że pomogą Wam one wyobrazić sobie, jak cudnie tam było.

W wolnym czasie
Poza nurkowaniem mieliśmy sporo czasu na szwendaniu się po wyspie, gdzie tylko prowadziła ścieżka tam doszliśmy lub … dojechaliśmy. Nie, nie mieliśmy na Utili samochodu, na jedno popołudnie wypożyczyliśmy motocykl, tak żeby przypomnieć sobie jak to jest, gdy od świata nie odgradza cię szklana szyba i wiatr wieje prosto w twarz. Pomalutku, małymi ścieżkami pokonywaliśmy kolejne kilometry na wyspie i choć wiemy, że było to troszkę powiedzmy … „szalone”, mieliśmy bardzo niezapomniane popołudnie.









Najladniejsza plaza - Water Cay


Główna ulica na Utili





Wieczorem na koncercie

Magda


Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

27 maja 2014


Jadąc z Salwadoru w kierunku Panamy nie ma innego wyjścia niż wjechać do Hondurasu. Różne myśli z tym związane były w naszych głowach. W Hondurasie przestępczość osiąga rekordowo wysokie poziomy, podobnie jak w Gwatemali i Salwadorze wszystko jest za kratami i nawet transport koli porusza się po kraju w obstawie ludzi z wielkimi spluwami.

Z jednej strony mieliśmy więc wewnętrzne przekonanie, że nie jest to najlepsze miejsce do rodzinnego podróżowania. Ludzie odgradzają się tu od świata jeszcze bardziej niż w dotychczas odwiedzonych przez nas krajach. Nie tylko domy są obmurowane, samochody też się tu stają twierdzami. Wszystkie szyby obklejone są folią przyciemniającą, najciemniejszą z możliwych, z przednią szybą włącznie. Trochę dziwne wrażenie, jak spotykasz się z takim na światłach i nie widzisz w środku nic, bo szyby zlewają się z karoserią. Ci, którym czarna przednia szyba utrudnia za bardzo jazdę, wymyślili na to sposób. Wycinają w szybie dziurę na twarz, na honduraskich drogach można więc spotkać każdego dnia czarne zombie z przeręblem na twarz w kształcie koła, serca, lub cienkiej szpary na oczy. Nie tylko przyciemnianie szyb ma na celu zwiększanie poziomu bezpieczeństwa, podobną funkcję ma zdejmowanie lub fałszowanie rejestracji. Zdecydowana większość samochodów, szczególnie tych lepszych, jeździ po Hondurasie bez jakiejkolwiek rejestracji, a niektórzy szpanerzy montują sobie samoróbki, na przykład z Niemiec, czy USA. Ma to niby utrudniać identyfikację samochodu, ot taki lokalny folklor. Sytuacja w Hondurasie odstrasza turystów, przez co się ich prawie nie spotyka. Wyjątek stanowią trzy miejsca - Utila, karaibska wyspa słynąca z najtańszych obok Koh Tao w Tajlandii kursów nurkowych, Copan, kolejne ruiny Majów, do których ludzie wpadają na sekundę z położonej rzut kamykiem Gwatemali, i Jezioro Yojoa, dogodne miejsce na przerwę w drodze z Utili do Nikaragui. I to by było na tyle.

Z drugiej strony, wiemy, że statystyki napędzają duże miasta, wpływając na reputację całego kraju i krzywdząc wiele jego regionów. A niewielka liczba turystów sprawia, że niezwykle serdeczni Honduraszczycy [przy okazji - wiedzieliście, że tak nazywają się mieszkańcy Hondurasu? My, nie :) ] z wielkim ciepłem i radością witają spotykanych przybyszy z zagranicy. Cieszą się, uśmiechają i powtarzają wielokrotnie: Bienvenidos a Honduras! [Witamy w Hondurasie!] albo Dziękujemy, że do nas przyjechaliście! Podobnie jak w Salwadorze można więc mieć tu niezwykle pozytywne ludzkie doświadczenia, a i przyroda popisała się tu swoją bujnością.

Konfrontując powyższe "strony" ze sobą zdecydowaliśmy się wjechać do Hondurasu na dłużej niż dzień tranzytu w stronę Nikaragui. Plan: omijać duże miasta - Tegucigalpę i San Pedro Sula wielkim łukiem i jechać pomału prowincją w stronę Utili. Dużo dni upłynęło nam w Hondurasie na takim prostym, miłym przemieszczaniu się do przodu. Żadnego zdobywania szczytów, czy wulkanów, żadnych jaskiń, wodospadów, trekingów ani indiańskich targów, takie normalne, serdeczne dni w drodze mieliśmy w Hondurasie. Dni kręciły się wokół obiadu w małym comedorze w lokalnej wsi, gdzie Pani kucharka na zapleczu skubała właśnie wysuszoną kawę, opowiadając jak to mało opłacalna jest jej uprawa i narzekając, że jej finca (plantacja) z kawowymi krzakami jest aż 5 godzin drogi na piechotę. A okruchy z naszego jedzenia i rozrzucaną przez Ignasia tortillę wyjadał nie pies, a papuga, której dla dziwnej ludzkiej przyjemności podcięto skrzydła, żeby nie uciekła. Kolejnego dnia z kolei dzień kręcił się wokół spaceru nad jezioro. Prosta ścieżka, przez pola, łąki, zalesiony fragment, nad miły brzeg z rybakami wyruszającymi na połów ryb. I nie byłoby w tym nic co zapamiętalibyśmy na długo, gdyby nie historia z szalonym bykiem. Idziemy sobie spokojnie nad jezioro, żywego ducha dookoła nie ma i w pewnym momencie przejeżdżają koło nas chłopaki na rowerach, po czym jeden z nich zawraca do nas, zatrzymuje się i ostrzega. Nad brzegiem jeziora biega dziki, szalony byk, który atakuje ludzi. Jest biały, uważajcie. I co tu robić? W połowie drogi jesteśmy, zawracać nie lubimy, ale z drugiej strony ostrzeżeń lokalsów lepiej nie ignorować. No więc idziemy dalej przed siebie z zamiarem dopytania najbliższej spotkanej osoby o byka i spotykamy mamę idącą znad jeziora z piątką dzieci. Na szaloną mamę zabierającą dzieciaki do domu niebezpiecznego byka nie wygląda, więc pytamy ją, czy słyszała o nim, na co ona odpowiada, że owszem. Byk grasuje na lewo od grobli, po której idziemy, przed jeziorem musimy więc skręcić w prawo i wszystko będzie dobrze, bo byk grobli nie przekracza. W miejscu, gdzie musimy skręcić stoi strażnik i powie nam, gdzie iść. I rzeczywiście spotykamy dziadka strażnika, siedzącego na stołeczku i patrzącego gdzieś daleko przed siebie, który wskazuje nam ścieżkę. Tutaj na pewno ominiemy byka. Mało mnie to przekonuje bo grobla nie wygląda na przeszkodę nie do pokonania. Po przejściu może 10 minut z trawy metr przed nami wybiega byk... I mielibyśmy pewnie pełne gacie, gdyby nie to, że nie był biały :) Ot, takie mieliśmy dni i "przygody" w Hondurasie.

Typowa pocztówka z Hondurasu

W drodze nad jezioro Yojoa

Honduraskie miasteczko, z tych ładniejszych

Wielkie świętowanie Dnia Mamy na dziedzińcu naszego hotelu. Za darmo słodycze z tej okazji rozdawali to i kolejka wielka się ustawiła. Tylko jak my stąd wyjedziemy?

W klasztorze franciszkanów w Nueva Ocotepeque

Lokalny rarytas. Podobno super zdrowe, w smaku coś pomiędzy spleśniałym serem a zepsutym orzechem

Największą odwiedzoną przez nas "atrakcją" były ruiny w Copan, ostatnie pozostałości miasta Majów w tej podróży. Zupełnie inaczej się po nich chodziło z jednego bardzo zasadniczego powodu - do Ameryki Środkowej przyszła długo wyczekiwana [przez lokalsów] pora deszczowa i oglądaliśmy je w mokrych okolicznościach. I choć normalnie mało nas cieszy brak słońca, fajnie było zobaczyć ruiny skąpane w tak soczystej zieleni. Zadziwiająca była pustka Copan, w wielu miejscach nie było dosłownie nikogo, a jest to flagowa atrakcja turystyczna Hondurasu, o którą zahaczają nawet jeżdżący tylko po Gwatemali. Może to przez deszcz? A może przez Honduras? Niezależnie od powodu, super były nasze pierwsze dni w Hondurasie, same pozytywne doświadczenia.





Nad głowami w Copan latają całe stada papug ara



Magda

Copan


Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

24 listopada 2013

Wracając z Ignasiem z Barcelony (sierpień 2013)

Zacznijmy wprost – ruszamy! Po powrocie z Ameryki Południowej zaspokajaliśmy naszą chęć poznawania oraz aktywnego spędzania wolnych chwil dłuższymi i krótszymi wyjazdami. Naciągaliśmy kalendarz jak się dało, żeby powydłużać weekendy, rozciągnąć wakacje kilkoma dniami bezpłatnego urlopu, wykorzystywaliśmy każdą okazję stwarzaną przez wypadający w danym roku układ świąt i weekendów. Każde ruszenie się poza Warszawę było super. Niezależnie od tego, czy jechaliśmy poszwędać się po Górach Świętokrzyskich, Bieszczadach, czy były to żaglówki na Mazurach, wypady do europejskich miast, narty, ładzina w Gruzji, czy motorki w Ugandzie, wracaliśmy wzdychając, jak świetnie było i dumaliśmy, gdzie by tu następnym razem. Jednocześnie cały czas chodziła nam po głowie myśl o wyjeździe na dłużej. Chcieliśmy, nawet bardzo, ale codzienne życie, obowiązki i zobowiązania, i inne zewnętrzne czynniki, jakoś nie składały się w całość pozwalającą ruszyć. Praca moja, praca Michała, oszczędności, mieszkanie, ciąża, dziecko, wypadek itd. itp. A zresztą. Sami wiecie jak to jest. Byle daleje mówią, że podstawa o wyznaczyć datę. I coś w tym jest. Nam to jednak nie wychodziło. Impulsem do decyzji była jedna z wielu promocji lotniczych na Daleki Wschód.  
Krótki telefon:
– Michał, widziałeś…? A może by tak pojechać, jak skończysz projekt w połowie listopada na miesięczny urlop…?
- … Pewnie! Tylko dlaczego na miesięczny?
I machina ruszyła. Przeczytaliśmy internet wzdłuż i wszerz, kilka blogów, pogadaliśmy z ludźmi różnymi, pozmienialiśmy kierunki kilka razy i ostatecznie wstępny plan się zarysował.

Przez piaski Helu (lipiec 2013)

3. grudnia wylatujemy do USA, konkretnie do San Francisco. Tam zatrzymujemy się na chwilę dłuższą, bliżej nieokreśloną. Przyzwyczajamy się do nowego czasu i zachęcamy Ignasia do nowych godzin pobudek, poznajemy miejsce, dokupujemy to i owo, ruszamy na poszukiwania samochodu. Jak już uda nam się wszystko podopinać i poczujemy, że czas jechać, ruszymy! Na początku pokręcimy się po Kaliforni, na tyle na ile pozwoli nam „zimowa” pogoda. Później zjedziemy do Meksyku na sam koniuszek Półwyspu Kalifornijskiego, promem przemierzymy Zatokę Kalifornijską, dojedziemy na południe, a dalej… zobaczymy. Może zaniesie nas dalej na południe, a może uznamy, że lepszym pomysłem jest powrót do Stanów. Za dużo planować nie chcemy, bo za dużo nie wiemy. Nie wiemy przede wszystkim jak nam tam we trójkę będzie, jak odnajdziemy się w podróżowaniu w nowej konfiguracji i jak Ignaś będzie to znosił. Przetestowaliśmy już wypady na krótkie odległości. Miesięczny Ignaś był nad morzem, dwumiesięczny w górach i w Hiszpanii. Próbowaliśmy couchsurfingu, hosteli, prywatnych kwater, jechalismy samochodem, autobusem i pociagiem, lecielismy. Wszystko działało sprawnie. Nigdy nie było jakoś niewiadomo jak trudno, żebyśmy uznali, że w trójkę jeździć się nie da. Żadna z wcześniej zasłyszanych zmor wczesnego rodzicielstwa się nie sprawdziła. Trafiło nam się złote dziecko, z którym podróże są możliwe? Może. Choć bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że nie mamy barier w naszych głowach, które każą siedzieć w domu i nie pozwalają spełniać marzeń. Zdajemy sobie sprawę z tego, że z dzieckiem wszystko jest dynamiczne i żadna faza nie jest stała. Może za miesiąc / dwa okaże się, że jest za trudno...? Nie wiemy. Jeśli cokolwiek nie będzie grało, wracamy odrazu. Wierzymy jednak podskórnie, że wszystko się uda i będzie „super”! Że Ignaś będzie szczęśliwy, bo będzie miał szczęśliwych rodziców poświęcających mu cały czas, każdego dnia, 24 godziny na dobę. I że od maleńkości będzie uczył się otwartości, różnorodności i elastyczności.

Magda

O konfrontacji naszych wyobrażeń z rzeczywistością będziemy pisali regularnie tutaj. Zaglądajcie, komentujcie, piszcie jak będziecie mieli pytania. Stay tuned :)

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS