Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belize. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belize. Pokaż wszystkie posty

22 kwietnia 2014

Kontynuujemy naszą filmikowo-piosenkową serię. Zobaczcie tym razem hit prosto z Meksyku: "Bo ja mam tylko jeden świat"


oraz "Moja mama jest wspaniała", który nakręciliśmy w Belize i północnej Gwatemali.


Ale się ten nasz Ignaś zmienia... Ciekawe, w którym kraju zrobi pierwsze kroki...?

Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

18 kwietnia 2014


W Belize, bardzo wyluzowanym kraju zieleni i hamaków, jest mała grupa osób, która jakby nie przystaje do reszty otoczenia. Grupa ta ma inny kolor skóry, mówi w innymi języku, kieruje się konserwatywnymi zasadami, w kontakcie z nieznajomymi jest raczej zdystansowana i, nie chcę być niesprawiedliwa, ale odważę się stwierdzić, że wyróżnia się pracowitością. Brzmi trochę jak przybysze z kosmosu? To bardzo ludzcy i sympatyczni menonici, wyznawcy protestanckiej religii.

Inny kolor skóry? Menonici są biali, mają niebieskie oczy i jasne włosy, ponieważ w ich żyłach płynie w 100% europejska krew. Religia ta powstała w XVI wieku na terenach Holandii. W wyniku prześladowań menonici emigrowali na wschód, osiedlili się na Żuławach i w Rosji, skąd w XIX i XX wieku część z nich przeprowadziła się do Stanów. A z USA niektórzy zdecydowali się przenieść na południe i tak właśnie znaleźli się między innymi w Meksyku i Belize. Trzeba tu dodać, że dzisiaj nie wszyscy menonici są pochodzenia europejskiego. Istnieje niewielka grupa Belizyjczyków, która przez obserwację i uczestnictwo w religijnych obrzędach zdecydowała się na dołączenie do menonickiego kościoła.

Inny język? Menonici zachowali język przodków - mówią w plattdeutsch, a więc języku dolnoniemieckim. Język ten wywodzi się z języka starosaksońskiego i posługują się nim dzisiaj niektórzy mieszkańcy północnych Niemiec i Holandii. W dolnoniemieckim mówi się nie tylko w menonickich domach, ale też w szkołach, w związku z czym z dziećmi nie sposób się dogadać. Znajomość innych języków - angielskiego lub też hiszpańskiego menonici nabywają z czasem poprzez kontakt z zewnętrznym światem.

Inne zasady, bardziej konserwatywne? Menonici żyją w założonych przez siebie osadach, z reguły z dala od innych ludzi. Ubierają się w skromne stroje, takie trochę jak z Dzikiego Zachodu :) Mężczyźni w prostych koszulach z długim rękawem, w paski lub kratkę, długich spodniach z szelkami, zabudowanych butach i zawsze z kapeluszem na głowie. Kobiety w sukienkach z bufkami, zawsze za kolano, z kapeluszem z kokardką, materiałowym czepkiem lub chusteczką na głowie. Zawierają wcześnie związki małżeńskie, rodzą wiele dzieci i restrykcyjnie przestrzegają przypisanych ról społecznych. Kobiety ogarniają dziecięcą ferajnę i prowadzą dom, a mężczyźni zarabiają na utrzymanie urodziny pracą w polu. Skala konserwatywności przestrzeganych zasad różni się pomiędzy osadami. I tak np.: w Lower Barton Creek menonici odrzucają wszystkie zdobycze cywilizacji. Poruszają się dorożkami napędzanymi siłą konia, domy oświetlają świeczkami, a w pracy na polu korzystają jedynie z własnoręcznie wydzierganych narzędzi. Młodzi mogą żenić się z kobietami pochodzącymi tylko i wyłącznie z tej samej osady. Generalnie obcy nie są tam mile widziani, wjazd zamyka brama z napisem "closed". Z kolei Spanish Lookout to najbardziej liberalna z menonickich osad. Menonitów pracujących tu łączy z innymi osadami kult ciężkiej pracy.

No właśnie, bardziej pracowici? Menonici stanowią 3,6% społeczeństwa Belize, a odpowiadają za większość produkcji rolnej kraju. Większość sera, mleka i produktów drobiowych dostępnych w Belize pochodzi od menonitów. Wszystko dzięki ciężkiej pracy? Nie tylko. Pomimo że osady menonickie nie mają zwartej zabudowy i składają się z raczej rozrzuconych budynków, menonici blisko ze sobą współpracują. Na przykład w osadzie Nueva Salamanca, w Meksyku, ustalany jest co roku produkt, który będzie rósł na prawie wszystkich polach. Dzięki temu tańszy jest zakup ewentualnych nasion, a i sprzedając można uzyskać większe korzyści skali. Osada ma swoich przedstawicieli handlowych, którzy jeżdżą po kraju i organizują zbyt dla menonickich produktów rolnych. W Spanish Lookout z kolei są menonici, którzy ciężką pracą dorobili się milionów. Wjeżdżając do osady, a właściwie miejscowości, z daleka widać wielkie silosy na zboża. Droga, wybudowana własnoręcznie, imponuje jakością, podobnie jak domy, które na tle belizyjskiej średniej skromnością nie grzeszą.

I wreszcie, bardziej zdystansowani? Niełatwy jest kontakt z menonitami. Obserwujący, nie zagadujący, skupieni na swoim, bez uśmiechu. Na zadane im pytania odpowiadali miło, ale bez wylewności, no może za wyjątkiem takiego jednego menonita ze Spanish Lookout, który bardzo lubił opowiadać o sobie [ale jak wspomniałam wcześniej, Spanish Lookout to trochę inna bajka]. Najdziwniejsze wrażenie zrobiły na nas dzieci. Takie dziecięco ciekawe nowych przybyszy, ale i jednocześnie tak niedziecięco poważne. Nie widzieliśmy nigdzie bawiących się dzieci, nie słyszeliśmy nigdzie dziecięcego śmiechu, choć trzeba przyznać uczciwie, że nie spędziliśmy tam dużo czasu. Zazwyczaj przy rodzicach, posłusznie, bez słowa sprzeciwu i zawahania wykonujący kolejne polecenia. Widzieliście może film "Biała wstążka"? Nie mogłam przestać o nim myśleć widząc te menonickie dzieci, jakiś taki bardzo podobny klimat.

Wielkie przedsiębiorstwa w Spanish Lookout

Jedna z najbardziej konserwatywnych menonickich osad - Lower Barton Creek, nie wygląda zapraszająco z tą bramą wjazdową.

Poza rolnictwem menonici zajmują się również produkcją 
W osadzie Nueva Salamanca

W tym roku cała Nueva Salamanca uprawia sorgo


W pobliżu menonickich osad

Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

16 kwietnia 2014

W ogrodzie motyli koło Barton Creek
Okolice San Ignacio słyną z jaskiń, wodospadów, rzek do pływania, taki naturalny raj. Nakręciliśmy się trochę na to. Już widzieliśmy siebie w kolejnych jaskiniach, już pływaliśmy pod wodospadami. I pewnie by tak było, 20 lat temu. Dzisiaj Belize jest podbite przez amerykańskich turystów, którzy korzystając z tego, ze mówi się tu po angielsku i jest dzika dżungla dookoła, przyjeżdżają tu tysiącami, zostawiając grube dolary. Nie dziwię się wcale, że Belizyjczycy odkryli, że na turystyce można zarobić duże pieniądze, i starają sie z tego korzystać wprowadzając wszędzie opłaty. Za wejście do jaskini 10USD, za obowiązkowego przewodnika kolejne 10USD, za łódkę jeszcze 10USD. A przecież po jaskini chcielibyśmy jeszcze nad wodospad pojechać. A tam kolejne dolary, bo to przecież park narodowy. Większości ludzi tam przyjeżdżających to nie przeszkadza, a dla nas jest po prostu za drogo. I jakiś niesmak pozostawia tak dalekie skomercjalizowanie natury.

W pierwszym miejscy - Blue Hole National Park, płacimy. Cały dzień czekaliśmy w końcu na popływanie, nie możemy sobie tego odpuścić. Super to miejsce, głęboka na kilkadziesiąt metrów dziura w ziemi, wypełniona granatową wodą. Aż trudno dojść do porozumienia, kto pierwszy wskakuje. Najpierw ja, później Michał, ale z brzegu i Ignaś domaga się zanurzenia. Wodne z niego stworzenie, nie możemy mu tego odmówić. Moczymy się we trójkę! A po chwili w czwórkę, dołącza do nas jakiś pan.

- Z Czech jesteście - pyta po angielsku.
- Nie, ale bardzo blisko Pan jest, z Polski jesteśmy - odpowiadamy bardzo zdziwieni. Z reguły nikt nie potrafi zgadnąć skąd jesteśmy, słysząc nasz język. Pytają, czy my z Francji, Niemiec. Europejczycy z reguły też nie mają zielonego pojęcia, do jakiego miejsca na mapie przypisać naszą mowę. A tu taki prawie trafny strzał? - Jak Pan zgadł?
- Jestem dyplomatą, znam różne języki ze słyszenia
- Pływamy w niebieskiej dziurze z ambasadorem? - śmiejemy się
- Nie, nie ja tylko go pełnię chwilowo jego funkcję, jestem zastępcą ambasadora Brazylii.

I kto by pomyślał, że w granatowej sadzawce spotkamy brazylijskiego dyplomatę, skorego zresztą bardzo do rozmowy. Skończył właśnie pracę w Belmopanie i przyjechał popływać. Nie bez przyczyny wybrał, taki zawód, za biurkiem życia spędzać nie zamierza. W Brazylii dyplomaci biją się o placówki europejskie. Jego ta walka nie interesuje, woli jechać tam, gdzie po południu można pod wodospad wskoczyć. Ameryka Centralna to miejsce dla niego! Tylko na mundial musi koniecznie wrócić do Rio, w czerwcu i w lipcu nikt go z Brazylii nie wyciągnie. Wcale mu się nie dziwie, Brazylijczycy mają chyba serca w kształcie futbolówki. Jeśli ktoś miałby pojechać na jeden mundial w życiu, powinna być to Brazylia, lepszej atmosfery nie będzie nigdzie. Gdyby tylko zaproponował nam jakiś nocleg w Rio, skorzystalibyśmy pewnie... Aż tak się jednak w granatowej dziurze nie zakumplowaliśmy :P


Kolejnego dnia jedziemy dalej, tym razem czas na jaskinię. Słynną jaskinię ATM odpuszczamy, bo drogo i z wodą w środku, jedziemy do Barton Creek. Tam też chcą kupę kasy, trochę rozczarowani, odpuszczamy. Zagadujemy robotników poprawiających drogę, gdzie by pojechali popływać po pracy. Na pewno znają jakieś darmowe, fajne miejsce. Jedźcie do Big Rock! To jedziemy. Po drodze generalnie pustka, raz na jakiś czas pojedynczy dom, czyli typowe Belize. Choć nie, nie do końca typowe. W tej pustce trafiamy na luksusowe lodże i lotnisko. O kurde... To nic dziwnego, że drogo w tym Belize.

Big Rock jest strzałem w dziesiątkę. Wspaniale orzeźwiająca, chłodna woda, huk rozbijającego się o skały wodospadu i pustka. Belizyjska pustka.

W drodze do Barton Creek


Na stoliku wystawione arbuzy z doklejona cena, a obok skrzyneczka na pieniadze. Jak w Bawarii z kwiatami!

Big Rock
Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

15 kwietnia 2014


Puste jest to Belize. Na mapie wygląda znaczenie na bardziej zaludnione miejsce, z wieloma drogami, miastami i miasteczkami. Tymczasem jedziemy główną drogą łączącą północ z południem kraju, ruch prawie zerowy, na prawo łąka, na lewo łąka i pustka. Odbijamy w lewo, od razu kończy się asfalt, łąki i drzewa dookoła, czasami bardzo zielono i dżunglowo się robi, czasami jakiś dom się w tej zieleni zaplącze. Mniejszych miasteczek z mapy czasami nawet nie zauważamy, te większe wyglądają jak kilkadziesiąt luźno zbitych do kupy domów. W stolicy - Belmopanie trzeba się skupić wjeżdżając do miasta, jeśli szuka się czegoś konkretnego. ledwie przekroczysz granicę miasta już jesteś poza nim. Kilka skrzyżowań, osiem ambasad, kilka sklepów prowadzonych przez ledwo mówiących po angielsku Chińczyków, boisko, szpital, jakieś stacje benzynowe, luźno rozrzucone domy. I tyle.

Małe jest to Belize. Po Stanach i Meksyku trzeba nauczyć się zupełnie inaczej patrzeć na mapę. W jeden dzień można bez większego wysiłku przejechać kraj z północy na południe.

Zielone jest to Belize. Intensywnie wracają wspomnienia z Laosu, tam też tak zielono było. Zieleń w Belize kipi swoimi najbardziej intensywnymi odcieniami. Droga przeciska się czasami przez dwie zielone ściany dżungli, otwieramy okna w samochodzie i słyszymy tyle cykad, ptasich ćwierków, pohukiwań.


W związku z powyższym, po postoju w pierwszym mieście o wdzięcznej nazwie - Orange Walk w miastach się nie zatrzymujemy, bardzo szybko przenosimy się na samo południe do pagórowatego dystryktu Toledo, w którym dużo tego co w Belize najpiękniejsze - zieleni! Mijamy kolejne indiańskie wioski i chętnie się w nich zatrzymujemy, na krótkie spacery. Proste domki kryte suszonymi liśćmi palmowymi, zadbane obejścia, przeróżne kwiaty, w kolorach przeróżnych i taaaacy sympatyczni ludzie, Poza wioskami, takimi do-poplątania-się dużo w Toledo jest jaskiń, wodospadów i rzek, w których można zapomnieć o gorącym powietrzu dookoła. Jest tylko jeden problem - w zdecydowanej większości miejsc płaci się sporo za wstęp, bo to park narodowy, rezerwat lub prywatna własność.

Zdecydowanej większości - ale nie wszędzie! Taką jaskinią, którą można odwiedzić bezpłatnie jest na przykład Blue Creek. Piękne miejsce, wielka, wysoka jama w skale, z której wypływa rzeka. Latarka na głowę, hop do wody i żabką w ciemne czeluści jaskini...? Byłoby super, tylko ... jest Ignaś. Na plecy żabką go nie weźmiemy, z pontonu by zaraz wyraczkował (a i tak go oczywiście nie mamy), można by na zmianę, ale ja bez Michała się boję. No właśnie, podróżowanie z dzieckiem jest piękne, ale inne. Nie wszystko się da "po staremu". I dobrze! Tyle mamy nowych wrażeń dzięki Ignasiowi, że ani przez chwilę nie tęsknimy za tym, co kiedyś i niemożność odwiedzenia jaskini przyjmujemy za oczywistą część nowego układu. Przy wejściu do jaskini też jest pięknie i dla samego zanurzenia stopy warto tam się przejść.







Na noc zatrzymujemy się w kolejnej indiańskiej wiosce. Jeden z domów został tam przygotowany specjalnie dla przyjezdnych. Bez światła, w drewnianej chałupie z palmowymi liśćmi na dachu i baniakiem wody na zewnątrz - bardzo klimatyczna to noc. Wieczorem ludzie z okolicy gromadzą się przed naszym domem. Ignaś przeszczęśliwy, że ma towarzystwo - zasuwa po trawie, gania za psem, zaczepia dzieci radośnie pokrzykując. My rozmawiamy z rodzicami, o życiu w wiosce na południu Belize, o tym, że dobrze im tutaj, w prostym życiu w zgodzie z naturą. Nie chcą tej asfaltowej drogi, którą rząd przy pomocy funduszy z Tajwanu buduje właśnie przez środek wioski, żeby utworzyć nowe przejście graniczne z Gwatemalą. Nie chcą odwiertów ropy, bo zasoby niewielkie, pieniądze dla społeczności żadne, a wpływ na przyrodę ogromny. A po zachodzie słońca, kiedy każdy udał się już do swojego domu, siadamy we trójkę, przy małym stole i w świetle świeczki wcinamy kolejne pomarańcze. I żeby dopełnić Ignasiowi szczęścia urządzamy mu kąpiel w znalezionym wiadrze. Idealny byłby to nocleg, naprawdę idealny, gdyby nie gniazdo mrówek, ukryte w trawie, tuż przed domem. Cały wieczór obchodziliśmy je dookoła, zupełnie nieświadomi. Rano jednak nasz odkrywca wiedział, gdzie pomaszerować, żeby znaleźć coś nowego. Tyle ukąszeń w życiu nie widziałam na jednym człowieku. Lokalni ludzie mówią jednak, że ugryzienie mrówki to zdrowie, a tylu mrówek to wielki zdrowotny kopniak [pewnie chcieli nas pocieszyć, podziałało!]. A na bąble najlepszy aloes. Wysmarowaliśmy więc Ignaśka aloesem i pojechaliśmy dalej, zobaczyć, co słychać w regionie o jakże pieknej nazwie - San Ignacio.


Przed naszym "domem" 


Kąpiel w wiadrze

Po spotkaniu z mrówkami

Więcej zdjęć:
Belize


Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

10 kwietnia 2014


- Dzień Dobry! Opuszczacie Meksyk, paszporty poproszę – powiedział celnik na przejściu granicznym. Normalna procedura. Nic o czym pisać warto.
- Proszę bardzo. 3 paszporty, bo jest nas trójka, mamy jeszcze małe dziecko z tyłu – przekazujemy paszporty i opuszczamy naszą tylną przyciemnianą szybę, żeby zademonstrować śpiącego Ignasia, w nadziei, że nie będą kazali nam go budzić i wyciągać z fotelika. Sen dziecka jest jak złoto, za cenny by skracać go choć o krótką chwilę. Celnik wertuje strony w paszporcie, zatrzymuje się dłużej nad Ignasiem. Duma, cmoka, wertuje kartki raz jeszcze.
 - Mamy problem. Dziecko nie ma stempla wjazdowego w paszporcie, jak się tu znalazło?
 - Jak to jak? Normalnie, przekroczyło granicę razem z nami, w Tecate. Celnicy powiedzieli nam tam jednak, że w Meksyku jest taka zasada, że dziecko do roku przynależy do rodziców i nie wbija się mu pieczątki do paszportu. Nie słyszał Pan o tej „zasadzie”? – pytamy. Trochę zdziwieni, a trochę świadomi, że za dobrze wszystko do tej pory szło. Bez sensu wydawała nam się ta ich zasada w Tecate. Dlatego kilka razy prosiliśmy o pieczątkę w paszporcie Ignasia. Niech chociaż na pamiątkę ją tam wbiją. Ale uparcie nie chcieli, w imię „zasady”.
- O niczym takim nie słyszałem. Każdy musi mieć stempel, bez dowodu wjazdu, dziecko nie może opuścić Meksyku. Proszę zaparkować samochód na poboczu, muszę porozmawiać z szefem.

I zaczęło się, wyjaśnienie, tłumaczenie 13 razy tego samego, różnym osobom. Mówimy im, niech zadzwonią do Tecate i pogadają ze swoimi kolegami po fachu. Na co oni zadają nam pytania – a jaki jest numer do Tecate? A z kim mam tam rozmawiać? Taka rozmowa. Proponują nam zapłatę mandatu albo powrót do najbliższej miejscowości do urzędu, żeby negocjować zmniejszenie jego wysokości. Ciśnienie skacze, bo my oczywiście żadnego mandatu płacić nie zamierzamy, ani wracać się do meksykańskiego urzędu też nie będziemy. 14. Tłumaczenie przynosi w końcu oczekiwany rezultat, jesteśmy jedną nogą w Belize!

Żeby znaleźć się tam drugą nogą musimy przejść jeszcze przez belizyjskie formalności. Łatwo nie jest, bo samochód trzeba legalnie wwieźć, a żeby go wwieźć trzeba przejść przez dezynfekcję, a żeby go zdezynfekować trzeba mieć belizyjskie dolary. Poza tym wszystkie bagaże trzeba zanieść do budynku na kontrolę, czego udaje nam się uniknąć, po tym jak błagającym tonem pokazujemy bogatą zawartość naszego bagażnika. Wszystko załatwione, zostaje ostatni temat - stempelki. Idziemy więc we trójkę do ogienka i problem paszportu Ignasia powraca jak bumerang. Ignaś nie może wjechać do Belize bo nie ma dowodu, ze wyjechał z Meksyku. Mamy wrócić się do celników meksykańskich i wyjaśnić sprawę. Tłumaczymy po raz 15, 16 i 17, skąd ten brak stempelka, zrozumienia jednak po drugiej stronie brak. Zostajemy odesłani do okienka obok. Podajemy paszporty przez okienko nic nie mówiąc tylko miło się uśmiechając, a super wyluzowany Pan, którego każdy ruch ręką trwa minutę, wbija stemple wjazdowe każdemu z nas, nie analizując niczego. Welcome to Belize! Juhu!


Nie zawsze jest tak, że zmieniając kraj widzi się od razu różnice. Tu od razu wszystkie nasze zmysły mówią, że jesteśmy w innym, nowym świecie. (1) Nowy jest język. Mnóstwo ludzi mówi i rozumie po hiszpańsku, ale dominuje angielski. Większość ludzi jednak mówi tak niewyraźnie, że w anglojęzycznym kraju dogadujemy się gorzej niż w Meksyku. (2) Nowi są ludzie. Wielka kulturowa mieszanka Kreoli (połączenie brytyjskich piratów z niewolnikami z Afryki), Garifuna (połączenie Indian z Ameryki Południowej z niewolnikami z Afryki), metysów (połączenie krwi europejskiej z lokalną indiańską), Indian, białych expatów, Chińczyków i Hindusów. (3) Nowa jest muzyka. Słyszymy ludzi grających na bębnach, w samochodach i sklepach rozbrzmiewa reagge, a nie latynoski reggeaton. America Latina opuszczona, jesteśmy w karaibskim kraju.

W Belize w powietrzu wisi luz. Latynoska „manana” to tyko namiastka belizyjskiej. Pośpiech to słowo zdecydowanie nie istniejące. Nie to, żebyśmy się gdzieś spieszyli albo żeby nam to przeszkadzało. Takiego spowolnienia nie widzieliśmy jeszcze nigdzie, więc nas to po prostu fascynuje. Ile może trwać prosta czynność… Wow… Na wolnej Magdzie Belizyjczycy robią wrażenie. Jest gorąco, to nie dodaje energii i nie zachęca do żywiołowego życia. Ale żeby aż tak wolno… Belizyjczycy powinni otworzyć ośrodki z turnusami leczniczymi dla pracoholików. Jakby tylko to zgrabnie sprzedali, fortuna gwarantowana. Bo ta wszechobecna powolność, ta urocza belizyjska prowincjonalność obezwładnia i zaraża. Tu nie da się inaczej.

I nam udziela się belizyjski klimat bardzo szybko, naszym pierwszym celem staje się więc nadmorskie, karaibskie Hopkins. Sporo mieliśmy plaży ostatnio, ale najwidoczniej nie wystarczająco. Jedziemy na nasze ostatnie w najbliższym czasie dni w hamaku i na piasku. Świetne 3 dni mamy w Hopkins. Marlon, Gwatemalczyk, pracownik hostelu, w którym się zatrzymujemy, wynajduje coraz to nowe atrakcje dla Ignasia. Ignaś dostaje swój prywatny, dmuchany basen i całą kupę zabawek po Marlona córce. Ale radość! W tym samym hostelu poznajemy też czwórkę polskich plecakowców, na co dzień młodych lekarzy. Uspokajają moje matczyne serce, zmartwione ciągłym kaszlem Ignasia, dzielą się smarowidłami na moje zgryzione przez pluskwy, meszki i komary nogi, ale przede wszystkim stanowią super towarzystwo w ciągu dnia i na długie wieczory. Aneta, Grynka, Piotrek i Władek – dzięki za ten wspólny czas i do zobaczenia w Polsce!

W drodze do Hopkins zatrzymujemy sie w Belize Zoo, miejscu, do ktorego trafiaja ofiary klusowników i handlu zwierzętami





Ignaś i wujek Marlon



Więcej zdjęć:
Belize


Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

24 listopada 2013

Wracając z Ignasiem z Barcelony (sierpień 2013)

Zacznijmy wprost – ruszamy! Po powrocie z Ameryki Południowej zaspokajaliśmy naszą chęć poznawania oraz aktywnego spędzania wolnych chwil dłuższymi i krótszymi wyjazdami. Naciągaliśmy kalendarz jak się dało, żeby powydłużać weekendy, rozciągnąć wakacje kilkoma dniami bezpłatnego urlopu, wykorzystywaliśmy każdą okazję stwarzaną przez wypadający w danym roku układ świąt i weekendów. Każde ruszenie się poza Warszawę było super. Niezależnie od tego, czy jechaliśmy poszwędać się po Górach Świętokrzyskich, Bieszczadach, czy były to żaglówki na Mazurach, wypady do europejskich miast, narty, ładzina w Gruzji, czy motorki w Ugandzie, wracaliśmy wzdychając, jak świetnie było i dumaliśmy, gdzie by tu następnym razem. Jednocześnie cały czas chodziła nam po głowie myśl o wyjeździe na dłużej. Chcieliśmy, nawet bardzo, ale codzienne życie, obowiązki i zobowiązania, i inne zewnętrzne czynniki, jakoś nie składały się w całość pozwalającą ruszyć. Praca moja, praca Michała, oszczędności, mieszkanie, ciąża, dziecko, wypadek itd. itp. A zresztą. Sami wiecie jak to jest. Byle daleje mówią, że podstawa o wyznaczyć datę. I coś w tym jest. Nam to jednak nie wychodziło. Impulsem do decyzji była jedna z wielu promocji lotniczych na Daleki Wschód.  
Krótki telefon:
– Michał, widziałeś…? A może by tak pojechać, jak skończysz projekt w połowie listopada na miesięczny urlop…?
- … Pewnie! Tylko dlaczego na miesięczny?
I machina ruszyła. Przeczytaliśmy internet wzdłuż i wszerz, kilka blogów, pogadaliśmy z ludźmi różnymi, pozmienialiśmy kierunki kilka razy i ostatecznie wstępny plan się zarysował.

Przez piaski Helu (lipiec 2013)

3. grudnia wylatujemy do USA, konkretnie do San Francisco. Tam zatrzymujemy się na chwilę dłuższą, bliżej nieokreśloną. Przyzwyczajamy się do nowego czasu i zachęcamy Ignasia do nowych godzin pobudek, poznajemy miejsce, dokupujemy to i owo, ruszamy na poszukiwania samochodu. Jak już uda nam się wszystko podopinać i poczujemy, że czas jechać, ruszymy! Na początku pokręcimy się po Kaliforni, na tyle na ile pozwoli nam „zimowa” pogoda. Później zjedziemy do Meksyku na sam koniuszek Półwyspu Kalifornijskiego, promem przemierzymy Zatokę Kalifornijską, dojedziemy na południe, a dalej… zobaczymy. Może zaniesie nas dalej na południe, a może uznamy, że lepszym pomysłem jest powrót do Stanów. Za dużo planować nie chcemy, bo za dużo nie wiemy. Nie wiemy przede wszystkim jak nam tam we trójkę będzie, jak odnajdziemy się w podróżowaniu w nowej konfiguracji i jak Ignaś będzie to znosił. Przetestowaliśmy już wypady na krótkie odległości. Miesięczny Ignaś był nad morzem, dwumiesięczny w górach i w Hiszpanii. Próbowaliśmy couchsurfingu, hosteli, prywatnych kwater, jechalismy samochodem, autobusem i pociagiem, lecielismy. Wszystko działało sprawnie. Nigdy nie było jakoś niewiadomo jak trudno, żebyśmy uznali, że w trójkę jeździć się nie da. Żadna z wcześniej zasłyszanych zmor wczesnego rodzicielstwa się nie sprawdziła. Trafiło nam się złote dziecko, z którym podróże są możliwe? Może. Choć bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że nie mamy barier w naszych głowach, które każą siedzieć w domu i nie pozwalają spełniać marzeń. Zdajemy sobie sprawę z tego, że z dzieckiem wszystko jest dynamiczne i żadna faza nie jest stała. Może za miesiąc / dwa okaże się, że jest za trudno...? Nie wiemy. Jeśli cokolwiek nie będzie grało, wracamy odrazu. Wierzymy jednak podskórnie, że wszystko się uda i będzie „super”! Że Ignaś będzie szczęśliwy, bo będzie miał szczęśliwych rodziców poświęcających mu cały czas, każdego dnia, 24 godziny na dobę. I że od maleńkości będzie uczył się otwartości, różnorodności i elastyczności.

Magda

O konfrontacji naszych wyobrażeń z rzeczywistością będziemy pisali regularnie tutaj. Zaglądajcie, komentujcie, piszcie jak będziecie mieli pytania. Stay tuned :)

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS