Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uganda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uganda. Pokaż wszystkie posty

10 października 2012


Droga prowadząca z Parku Narodowego Królowej Elżbiety do Parku Narodowego Mgahinga - gdzie weszliśmy na wulkan Sabinyo, była przepięknym odcinkiem naszej podróży. 


Zanim wjechaliśmy w górskie tereny Bwindi - gdzie ogląda się słynne górskie goryle, jechaliśmy przez świat motyli. Trudno temu zjawisku zrobić odpowiednie zdjęcie, ale na przestrzeni kilkunastu kilometrów musieliśmy mieć zamknięte zęby by nie zadławić się tymi kolorowymi stworzeniami. Najlepsze było kiedy pierwsza osoba przejeżdżała blisko kałuży przy której było największe skupienie motyli - wtedy druga osoba musiała już bezmała przebijać się przez ścianę szalonych owadów - efekt podobny do kopnięcia w pień sosny pokrytej czapą śniegu :P

W górach spadła nam całkowicie średnia. Strome, kręte, oczywiście całkowicie  szutrowe drogi, piękne widoki, zmieniające się perspektywy. Pięknie było! 

W jednej z wiosek spędziliśmy sylwestra. Nawet szukaliśmy miejsca gdzie można by pójść na imprezę, ale ku naszemu wielkiemu zdziwieniu większość mieszkańców rozeszła się do swoich kościołów i wedle wyznania spędzali wieczór na nabożeństwie - trzeba przyznać że na niektórych z nich, pod gołym niebem, atmosfera była niemniej transowa niż w zachodnich klubach.


Rano wszyscy znów stawili się na pierwszej w tym roku Mszy Świętej, odświętnie ubrani. Tym razem siedliśmy sobie cichutku tuż pod ścianą, i nie wzbudziliśmy wielkiego zainteresowania. Nikt tam nawet nie zwrócił uwagi, że zgodnie z tradycją powinienem iść do prawej, męskiej nawy, zamiast siedzieć jako jedyny chłop z babami :)


Popadało, oj popadało. Na szczęście najbardziej pod koniec dnia - wieczorem.
Rano przyszło walczyć z błotem, ale chociaż na ciele sucho :)


Generalnie jednak jazda była przyjemnością podobnie zresztą co ja będę pisał:


Gdybyśmy tylko mieli więcej dni, z pewnością byśmy się tam pokręcili dużo dłużej, tymczasem przyszło nam wracać do Kampali.

Po wielu dniach tułaczki po prowincji powrót po asfaltowej drodze powinien był się wydawać pestką, tym czasem wcale taki nie był. Asfaltowa droga prosta droga byłaby co najwyżej nudna. Pędzące między Ugandą a Rwandą międzynarodowe autobusy co i rusz spychały nas niesamowicie na pobocze i Madziula się porządnie stresowała.

Postoje co, ciekawe, dziwnie zbiegały nam się z polskimi misjami katolickimi :)

Ale jak tu nie wstąpić. To jest po prostu  bezcenne uczucie wreszcie móc z kimś pogadać o tym co się dookoła wydarza - bo niestety z lokalnymi ludźmi taka możliwość jest ograniczona. Na misji w Rushooce akurat braci nie spotkaliśmy, bo wyjechali na zebranie do..., ale zastaliśmy wolontariuszke Anię z którą spędziliśmy bardzo miły wieczór. Rano polska siostra Andżelika pokazała nam swoją pracownię, w której daje zatrudnienie lokalnym kobietom, które szyją m.in. stroje dla uczniów. Aż się miło robi.
Madziuli się miło zrobiło szczególnie, bo w prezencie dostała taki hafcik:



Brata Teofila z Rushoki i tak spotkaliśmy, bo następnego dnia przejeżdżaliśmy przez Mbararrę, gdzie były obrady. Krótka przerwa na obiadek, podziękowanie za nocleg i znów w drogę. W pewnym momencie wielkie roboty drogowe, mega duzo kurzu wszedzie, Madziula ledwo zyje z soczewkami. Po całym dniu mięliśmy takie miny:


Im bliżej Kampali, tym gorzej, więc wzięliśmy sprawę sposobem. 
Na mapie Afryki tego nie zobaczycie, trzeba dobrze przyzoomować. Na Jeziorze Wiktorii znajdziecie niewielkie wyspeki Ssese - i na jedna taka da sie przyplynac promem od zachodu, a poplynac z drugiego konca prosto do Entebbe - gdzie miesci sie lotnisko pod Kampala. 
Na wysepkach wlasnie trwa masowa wycinka lasu naturalnego i zastepowanie go palmami uprawianymi pod olej - wiec niezbyt wesolo, ale poki co proceder dzieje sie z dala od miejsca gdzie przyjezdzaja pobyczyc sie turysci (zreszta i lokalni i zagraniczni). 

Zielona woda nie zachecila nas do plywania, ale klimat na kempingu prowadzonym przez niemieckiego podstarzalego hipisa byl odpowiednim zwienczeniem naszego pobytu w Ugandzie. Wybraliśmy sobie taki domek na nocleg:


Rano wielka mobilizacja! Przeprawa z wysepki do Entebbe to jak transfer w sekunde z Ustrzyk do centrum Warszawy.


Najważniejsze było jednak oddać motocykle i nie dopłacić do nich zbyt wiele - Madziula przecież po wywrotce na samym początku szutrowego odcinka podróży pokrzywiła reflektor i poobcierała w paru miejscach metalowe częsci. Na szczęście wszystko ułożyło się bezproblemowo: w jednym warsztacie udało się wymienić za pestki pokrzywione części na zupełnie nowe, jak i umyć na wysoki połysk obydwa Badziadzie.


Właściciel motoru Magdy coś tak jakoś gadał pod nosem i widać że bacznie przyglądał się, czy aby naprawdę prosta ta kierownica, ale nie było co narzekać. Chłopaki zarobili cudownie.

Wszystko dobre co się dobrze kończy: nie pierwszy raz się przekonujemy, że ulga z bezproblemowego pozbycia się środka komunikacji potrafi być niemniejsza niż początkowa satysfakcja z jego posiadania i myślę że to nie ostatni raz :P
Po takim spotkaniu można pozwolić sobie na chwilę luksusu:



Naprawdę, na lokalne warunki ceny kawy i ciasteczka ogromne.
W Kampali nie pobawiliśmy dłużej niż było trzeba, zgiełk, chaos, smród spalin i palonych śmieci. Nie tego nam trzeba.

Ostanie kilkanascie godzin spędziliśmy już w Entebbe, koło lotniska.
Jeśli kiedyś tam będziecie, polecamy wizytę w zoo. To brzmi strasznie śmiesznie, iść do zoo w Afryce, ale inicjatywa jest naprawdę znakomita: w zoo znajdują się zwierzęta, które nie są samowystarczalne: odzyskane od handlarzy, którzy trzymali je w niewoli, uratowane z sideł zastawione przez kłusowników. Wyleczone, ale niezdolne już do walki o życie w naturalnych warunkach.

Nosorożcy na przykład w Ugandzie już w ogóle nie ma na wolności, więc warto się tam wybrać nawet jeśli zaliczy się wcześniej wyjątkowo udane prawdziwe safari



I wreszcie koniec opuszcamy Ugandę. Powrót męczący, bo przez z Ugandy do Polski lecieliśmy przez Dubaj i Kair. Zwłaszcza noc w Dubaju mało komfortowa, co jest o tyle dziwne, że w podobnym położeniu co noc jest milion innych ludzi: o 2giej w nocy dolatuje się z portów początkowych, po czym czeka na przesiadkę do portu docelowego gdzieś koło 6.30. Tysiące ludzi snuje się po korytarzach, kładzie za ławkami i próbuje jakoś zabić te godziny - które najchętniej choćby przespałby spokojnie na jakim rozkładanym fotelu a cenne rzeczy złożył w przechowalni. Nie tego się po wielkim Dubaju spodziewaliśmy. Madziulka oczywiście i tak odnalazła się w sytuacji: złożyła okularki i odleciała w swój świat...


Wracaliśmy do Polski jednak wielce zadowoleni z tego, co nas w Ugandzie spotkało. Czuliśmy, że właśnie tego chcieliśmy doświadczyć: nieśpiesznego przemieszczania się z miejsca na miejsce i chłonięcia  tego co nas otacza, niezwykłych spotkań inicjowanych dzięki zbiegom okoliczności, wycieczki w górach, zobaczenia nowych zwierząt. A dzięki Magdy zapałowi udało się nam przemierzyć kraj nie na jednym większym motorze, lecz na dwóch mniejszych. Madziulce się spodobało. Ja też potrafiłem mieć swoją przyjemność i jesteśmy na dobrej drodze by znaleźć rozwiązanie pasujące obu stronom.
Choć w turystycznych hotspotach wyraźnie zbyt droga by skorzystać ze wszystkich atrakcji, Uganda suma sumarum okazała się być perfekcyjnym miejscem na krótki 3 tygodniowy wyjazd.  I pomyśleć, że jest to jeden z najmniejszych krajów Afryki, a że i z jego terytorium widzieliśmy część. Chyba tylko w jeden sposób możemy poznać ją szerzej....

Na koniec ostatni pakiet albumów:

Jazda przez Ugandę

Sesse Islands

Kampala

Tym samym projekt Uganda na blogu zamykamy  - może obrobimy jeszcze materiał wideo w czasie długich zimowych wieczrów. Teraz jednak szybko zabierzemy sie za Gruzje - zanim nie wyleci kompletnie z glowy - bo zadnych notatek nie robiliśmy....

Pozdrawiamy!

Michał 

27 września 2012



OK, bądźmy szczerzy: My nie damy rady opisać już Ugandy dzień po dniu. Jakoś mamy tak pod górkę. Wy nie dalibyście pewnie rady przebrnąć przez kolejne posty. Robimy więc umowę: podgonimy trochę w jednym poście, skupiając się na najważniejszym.

Wiecie, że jak już wypożyczyliśmy motorki w Kampali byliśmy w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona, wiecie że Boże Narodzenie spędziliśmy u rodziny Teddiego, i zjechaliśmy nad Jezioro Alberta.
Wiecie nawet z ostatniego postu, że w jakichś sposób znaleźliśmy się w samym rogu Ugandy i weszliśmy na wulkan Sabinyo.


O czym do tej pory nie mówiliśmy?

Na przykład o tym jak się znaleźliśmy pod tym Sabinyo!

Jechaliśmy szutrowymi drogami w swoim tempie, robiąc przerwy w każdej wiosce, nocując w jakichś zapomnianych noclegowniach. Zieleń, pagórki, koleiny na drodze.

Gorzej jak w takiej sytuacji nagle jechał samochód z naprzeciwka i za bardzo nie było jak zjechać na pobocze. Generalnie na zdjęciu naszym szerokokątnym nie wygląda to na coś trudnego, niemniej Madziulka miała niezłą lekcję jazdy po nieasfaltowych drogach. Dobrze że nie padało.

Najgorsze że po wielu godzinach jazdy nie można było sobie dogodzić smacznym obiadkiem. Matoke mieliśmy po dziurki w nosie.
Miło za to, że nie do wymiany opon nie trzeba było za bardzo zakasywać rękawów:



Niedaleko miasta Fort Portal, z którego dobrze już widać góry Ruwenzori, wybraliśmy targ, na którym Madziula dokonała znacznych zakupów tekstylnych - trudno było się zdecydować, który to materiał przywieźć sobie do Polski na ciuchy:

Jak się pojawia okazja, to trzeba brać, prawda?

No i nam się pojawiła świetna okazja na ponowne zobaczenie afrykańskich zwierząt.

Nasza droga prowadziła przez Park Narodowy Królowej Elżbiety.
Starczyło by historii na ze dwa wpisy ale skracając: przez Park prowadzą normalne drogi, niczym nie ogrodzone, ale żeby zjechać na boczne, trzeba wykupić bilet wstępu i pozwolenia itd itp. Po 3 godzinach namawiania Madziuli udało mi się ją namówić na moto-safari, sprzedawca biletów przekazał nam bilety, ale kontroler 2 metry obok nas nie przepuścił: na motorach nie wolno jednak.
No to pojechaliśmy drogą ogólnodostępną. Niby tereny otwarte, spokojne, wydaje się że pusto, ale w brzuchu jednak ciepło: nie ma tu płotu przecież, więc możemy spotkać każde zwierzę. No i o ile wszelkiego rodzaju sarenki itd nie wyglądają na niebezpieczne, to jednak jak widzimy bawoły robi się ciekawiej (podobno wystarczy plackiem na ziemi się położyć i bawół nie nic nikomu nie zrobi - bo ma tak rogi wywinięte że nie ma jak nabrać na nie człowieka, a kopytem go nie dotknie - nie sprawdzaliśmy koniec końców). Kiedy jednak w drodze na kemping widzę na drodze ślady stóp i wielkie kupy słoni w miejscu gdzie droga się krzyżuje z codziennym szlakiem słoni do wodopoju, emocje wyczekiwania są już naprawdę na bardzo wysokim poziomie. No i wreszcie widać: 200 metrów przed nami, tuż koło drogi, zza krzaka wylatuje w górę wielka kupa ziemi. Przede wszystkim słychać jednak syk powietrza przelatującego przez trąbę słonia! Co tu robić? Dojechaliśmy do miejsca, z którego mieliśmy nadzieję że damy radę nawrócić i uciec, ale nie mamy pojęcia czy słoń nas może zaatakować. Przede wszystkim jednak do kempingu brakuje nam już tylko kilku kilometrów, słońce zachodzi, a i nie mamy pewności czy w drugą stronę jakiś inny słoń nie odetnie nam drogi. Nie było z resztą czasu na takie gruntowne analizy.
Słoń przeszedł w międzyczasie przez drogę i był już doskonale widoczny. Madziula odchodziła od zmysłów i chciała czym prędzej zawrócić i uciekać, ale na szczęście zjawił się busik z japońskimi turystami. Zatrzymałem kierowcę i poprosiłem żebyśmy mogli przejechać koło słonia mając busa jako tarczę. Madziulka schowała się po właściwej stronie busa, a tymczasem..... busik zaczyna się cofać! A Madziula bez wstecznego nagle zostaje niekryta.
Może z tym kontekstem będziecie mogli się lepiej wczuć w ten filmik:


Dlaczego busik się zaczął cofać? Nie, bynajmniej nie dlatego, że kierowca się bał ataku słonia. Po prostu to Japończycy poprosili kierowcę, żeby ciut cofnął, bo w ich wielkich obiektywach słoń się nie mieścił......

Koniec końców zjawił się lokalny dżip. Kumpel kierowcy dał się namówić, żeby zamienił się z Madziulą na miejsca. Madziula w samochodzie, Ugandyjczyk na motorze.

Ufff. Dojechaliśmy do biura parku na półwyspie Mweya - tam gdzie Kanał Kazinga łączy się z Jeziorem Edwarda. Spanie w domkach okazało się nie być tanie, ale na szczęście jest chroniony, nieco oddalony kemping. Cały wielki kemping dla nas, oprócz tego tylko jeden ugandyjski namiot wesołej rodzinki z Kampali.  Podobno dwa dni temu na kemping weszły lwy i to chyba sprawiło że wymiotło turystów nieco. No dobra, to jak generalnie wygląda ochrona? Pan strażnik wieczorem przychodzi, rozpala ognisko, po czym się żegna i życzy miłej nocy. Zwierzęta się boją ognia, więc będziemy bezpieczni.
Atmosferka ciekawa, ściemnia się, więc już od tego ogniska do rana nie odejdziemy. Oglądamy film przy otwartym namiocie, jak tu nagle przed północą zaczyna masakrycznie padać. Pal licho że nasz namiot przecieka, ognisko się gasi!!! Wyobraźnia pracuje na 150%. Wiemy, że lwy może i nie przyjdą, ale co noc wdrapują się na ten pagórek  na którym śpimy nosorożce i słonie. Co chwilę wyciągam głowę z namiotu i świecę jak latarnia w okół, czy może już któryś się do nas nie dobiera, Madziula za to chowa się w śpiwór i ani myśli wyłazić z namiotu. Jakby te ścianki były problemem dla słonia....
Po jakimś czasie burza przechodzi i staramy się wskrzesić ogień na nowo. Nawet się udaje, ale spokojni to nie jesteśmy. Czas się masakrycznie dłuży. Dopiero przyjazd rodzinki do ich namiotu luzuje napięcie. I piwko, którym częstują.
Wstajemy jak jest jeszcze ciemno. Czyli wciąż pora zwierząt obowiązuje, ale my musimy podjechać do bramy parku.
Chytry plan wypada i udaje nam się znaleźć turystów, którzy wynajęli minibusa by wyjechać na poranne safari, i którzy podzielili się z nami miejscem w samochodzie w zamian za udział w kosztach.
Safari numer 2 z natury rzeczy jest mniej ekscytujące od safari numer 1. Niemniej do tej pory pamiętamy 3 widoki: lwa, który niespiesznie szedł przez sawannę (przydałby się teleobiektyw lub lornetka jednak - nawet nie wstawiamy zdjęcia bo żal), stado słoni, które majestatycznie przechodziły przez naszą drogę:
 i hipopotama, który jeszcze nie zdążył schować się w wodzie - do tej pory widzieliśmy je tylko właśnie taplające się w jeziorach i tylko musieliśmy sobie wyobrażać, jak wielkie są i jak właściwie wyglądają na żywo.


Po powrocie zdecydowaliśmy się jeszcze pojechać w miejsce, gdzie można zobaczyć szympansy, do wąwozu Kyambura. Gdyby goryle nie kosztowały 10 razy więcej, to pewnie właśnie je byśmy zobaczyli, ale jak najbardziej polecamy tę aktywność. Piękny spacer po dnie wąwozu, do którego schodzi się po stromym zboczu. Udało nam się szybko zlokalizować szympansy, a potem już przez 2 godziny zadzierać wysoko do góry głowę, by je sobie podglądać:

Szympansów jest wiele i to w różnych rolach: matki, ojcowie, dzieci. Przewodnik uczy nas, w jaki sposób znaleźć najlepsze miejsce do obserwacji i wyjaśnia ich zachowania. Bawią się, odpoczywają, przeraźliwie głośno nawołują, skaczą po drzewach. W pewnym momencie na trzy cztery wszystkie opuszczają się zwinnie po pniach drzew, i biegnąc po ziemi (u nas konsternacja czy zaraz wyskoczą zza krzaka na nas czy może biegną w odwrotnym kierunku) oddalają się w nowe miejsce. Fajnie!


Z trudem, ale udało nam się znaleźć miejsce na spanie w lokalnym standardzie, bo tubylcy odsyłali nas do gesthałsu za 230 usd i nie mogli się nadziwić, że jesteśmy biali a mówimy że nas nie stać :)

Następnego dnia ruszyliśmy wzdłuż Jeziora Edwarda w kierunku Sabinyo.
Znów napotkaliśmy słonie na drodze, lecz tym razem stały ze 200 metrów od drogi, więc nawet Madziula pozwoliła sobie foteczkę na ich tle zrobić:

Tak, to ten szary punkt nad mniej więcej na wysokości prawego nadgarstka Magdy :)

Obiecałem, że będzie to ostatni post, ale zmieniam zdanie. Kończę w tym miejscu, a co było dalej dowiecie się z kolejnego wpisu.

Tymczasem zamieszczam nasz skromny katalog ze zdjęciami z Parku Narodowego Królowej Elżbiety:

Queen Elisabeth National Park


A tu kilka ujęć z drogi, czyli od Jeziora Alberta do Edwarda (polecam!)

Od Alberta do Edwarda


Pozdrawiam

Michał

14 września 2012

Do Ugandy przyjeżdża się przede wszystkim dla goryli. A precyzyjniej, dla goryli górskich, bo te nizinne można zobaczyć w innych częściach Afryki i jest ich tysiąc razy więcej niż górskich, które żyją jedynie w dwóch miejscach: w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi i w górach Wirunga. Oba te miejsca są w południowo-zachodniej Ugandzie, z czego góry Wirunga ciągną się jeszcze do Rwandy i Konga.

Goryle żyją w rodzinach, a ich odwiedzanie jest ściśle reglamentowane: jedną rodzinę może dziennie zobaczyć jedynie jedna grupa kilku turystów. Generalnie to świetnie dla goryli i świetnie dla budżetu Państwa - bo cena jaką płaci turysta za dzień spędzony na poszukiwaniu goryli i 60-minutowej ich obserwacji to 500 USD. Przepraszam - od kiedy kupiliśmy ceny już skoczyły i w Rwandzie płaci się obecnie już 700 USD. Co nie ma wpływu zasadniczo na zmalenie popytu.

My z tej przyczyny odpuściliśmy sobie tę przyjemność, choć zwłaszcza Madziula chętnie by sobie te zwierzęta poobserwowała. Podobnie wcześniej odpuściliśmy sobie czterodniowy treking w Ruwenzori ( bo to już by wyniosło koło 3000zl od łeba).

Chcieliśmy jednak w Ugandzie doświadczyć choć trochę gór i zdecydowaliśmy się na jednodniową wycieczkę w Wirundze. Łańcuch górski stanowi kilka wulkanów rozrzuconych po trzech krajach (Uganda, Rwanda i Kongo). W Ugandzie można wejść na Muhaburę (4127m), Gahingę (3474m) i Sabinyo (3674m). Oczywiście najchętniej by się weszło na najwyższy, ale zdecydowaliśmy się wejść na Sabinyo - to taki tutejszy Krzemieniec: na nim spotykają się granice trzech państw. Za bardzo tego pewnie nie czuć, ale można choć też rzucić okiem na wioski rwandyjskie i kongijskie.

Już przyzwyczailiśmy się, że w Afryce w góry od tak się nie chodzi. Trzeba wykupić bilet wstępu, jak również mieć ze sobą przewodnika wskazującego drogę i skauta chroniącego nas przed dzikimi zwierzętami. 60 usd od osoby.

Stopień trudności szlaku zmienia się proporcjonalnie do wysokości npm i wynika z naturalnej krzywizny stożka wulkanicznego.
Początek trasy to płaski spacer przez nieregularny las - dobrze można obserwować przybliżający się szczyt. Dostaliśmy specjalne gumiaki, w których dobrze się idzie przez rozmiękłe łąki. W pewnym momencie Madziula robi krok i gumiak zostaje w błocie, a Magda próbuje złapać równowagę by nie stanąć skarpetą w ciemnej mazi.

Stopniowo zwiększa się nachylenie i w pewnym momencie zamieniamy gumiaki na nasze buty górskie. Gumiaki ukrywamy w krzakach, a sami zaczynamy zasadnicze podejście. Wysokość nabieramy mozolnie błogosławiąc wysokie krzaki, dzięki którym idziemy w słońcu. Cieszymy się oczywiście, że trafił nam się prześliczny dzień bez jednej chmurki. Przez dziury w krzakach widać co raz dokładniej szczyt na który chcemy wyjść.
Gałęzie oblezione są przez pięknie wyglądające porosty - przewodnik tłumaczy nam że występują one tylko w miejscach, gdzie powietrze jest niezanieczyszczone. Oddychamy więc pełną piersią. W pewnym miejscu krzaki się kończą i wchodzimy na szczyt. Ale nie ten główny. Bo Sabinyo ma w zasadzie trzy szczyty. Po pierwszym z nich trzeba nieco zejść, by wdrapać się na drugi, po czym znów po lekkim obniżeniu atakuje się ostatni, trzeci szczyt, gdzie właśnie jest granica trzech państw. Trzy małe szczyki ustawiają sie w linię, której przedłużeniem są dwa pozostałe ugandyjskie wulkany. Przełęcze pomiędzy nimi są całkiem niskie i dla goryli nie stanowią żadnej bariery. Przewodnik tłumaczy, że goryle swobodnie przemieszczają się między państwami i akurat teraz wszystkie z tego obszaru są w Rwandzie. Pytam, czy kraje nie starają sie zwabiać do siebie goryli - bo przecież w innym wypadku ucieka im zarobek - ale przewodnik poważnie zaprzecza. Co ciekawe, on nigdy jeszcze w Rwandzie nie był. W miejscu w którym stoimi wioski rwandyjskie są równie blisko jak te ugandyjskie, z któych przyszliśmy. Nie mamy lornetki, ale tak na pierwszy rzut oka wyglądają porządniej. Blaszane dachy domów odbijają się w promieniach słońca - w Ugandzie wciąż nie są powszechnym standardem. Kiedyś musimy tam wpaść.
Podczas rozmowy o zwierzętach z przewodnikiem okazuje się, że można tu zobaczyć kameleony. Madziuli rozpalają się oczy, zaś przewodnik ze skautem zaśmiewają się z nas - jak to, nigdy nie widzieliście kameleona???

Póki co po krótkiej przerwie kanapkowej czeka nas podejście na 2 ostatnie szczyciki Sabinyo. Każdy wyższy 100 metrów od poprzedniego, problem jednak jest w nachyleniu. Zwłaszcza wejście na ostatni jest tak strome, że w zasadzie przewyższenie pokonuje się w całości po skleconych z gałęzi krzaków drabinach. Pode mną raz po jakiś czas załamuje się kolejny szczebelek owej drabinki. Muszę motywować nieco Madziulę, żeby wdrapała się dla pięknego widoku.

Na górze uzyskujemy panoramę 360 stopni. Teraz możemy rzucić okiem i na Rwandę i na Kongo. Przede wszystkim zaś na wulkany, które dalej się ciągną wzdłuż granicy rwandyjsko-kongijskiej.
Bardzo lubimy wulkany.
Pamiątkowe zdjęcie, łyki wody i w sumie musimy się zbierać. Przewodnik delikatnie pospiesza, bo według jego harmonogramu powinniśmy być już w połowie zejścia na dół.
Jak wiadomo jednak, wejście na szczyt to połowa sukcesu, drugim jest dotarcie do bazy.

Pierwsze schody to te na drabinie. Nieco łatwiej po niej wchodzić niż schodzić. Pojawia się problem znany jako "nie mam oczu z tyłu głowy", znany tutaj jako "nie mam oczu na łydkach". Tak samo jak czasem się zastanawiamy, jak koń stawia tylne łapy idąc po trudnym terenie, tak tutaj nie tak prosto schodzić po drabinie nie widząc gdzie są poszczególne szczebelki. Madziulka była więc nieco wystraszona, ale dzielnie i spokojnie pokonała trasę w dół i wkrótce wróciliśmy byliśmy już na pierwszym szczycie. Tam czekał na nas skaut, który z braku niebezpieczeństw na samej górze nie towarzyszył nam we wspinaczce na samą górę. W miedzy czasie jednak nie nudził się bardzo: postawił sobie na ambicję zaskoczyć nas i znalazł kamelona!

Słońce już tak nie pali, a wręcz schowało się za górą, jednak dopiero teraz widzimy, ile wcześniej się na maszerowaliśmy pod górę. Schodzimy, schodzimy i wciąż w dół. W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie ukryliśmy gumiaki. Zejście zakończone, ale wciąż jeszcze kilka kilometrów po tych łąkach do końca szlaku.
Zamiast tysiąca słów niech przemówi to zdjęcie.

Jako że czasem gramy w totolotka, to i teraz liczyliśmy, że może a nuż przypadkowo trafimy na goryla. Oczywiście go nie spotkaliśmy, podobnie jak dzikich słoni, przed którymi miał strzec nas pan skaut. Przez radio przewodnika dotarła do nas jednak informacja, że goryli nie zobaczyła też tego dnia grupa turystów w lesie Bwindi. Powód? Goryle trzeba odszukać. Wiadomo, gdzie się znajdowały poprzedniego dnia, więc nie jest to wielka tajemnica, niemniej żeby się do nich dostać, trzeba iść przez niełatwy teren. I tego dnia właśnie w grupie turystów jedna osoba już nie miała sił. W konsekwencji cała grupa musiała zawrócić Zwrot pieniędzy by im się należał tylko w przypadku, jakby to przewodnicy nie rady znaleźć goryli. To nam, wstyd przyznać, poprawiło nieco humory - jak dobrze, że zdecydowaliśmy się na Sabinyo, a nie te goryle!

Wycieczka na Sabinyo dała nam choć trochę możliwości spędzenia czasu poza siodełkiem motoru w górach. Nie spotkaliśmy tego dnia żadnych innych turystów na tej trasie i zastanawiamy się w sumie, czy to wynik małego zainteresowania tą trasą turystów, czy jednak również poniekąd stawek - nawet osoby z zachodniej europy się dziwiły cenom. Kwestia ta oczywiście ma wiele aspektów i chyba nie miejsce tu na nią.
W tamtym momencie byliśmy po prostu szczęśliwi, że 100 metrów od końca szlaku czekało na nas wygodne łóżeczko.

Polecamy zdjęcia!

Mgahinga NP - Uganda

A tutaj relacja filmowa:


Pozdrawiamy

Michał

P.S.:  Nasz szlak w everytrail:

Mount Sabinyo Trek

>

22 czerwca 2012


Jest Boże Narodzenie 2011, po dwóch dniach spędzonych u rodziny Teddiego żegnamy się tuż po bożonarodzeniowym obiedzie by zdążyć dojechać przed nocą nad Jezioro Alberta. Madziula po dwóch dniach przerwy motocyklowej jedzie nadzwyczaj ostrożnie, by uniknąć nieprzyjemnych spotkań z ziemią. Kierujemy się do Butiaby - niewielkiej rybackiej wioski nad Jeziorem Alberta. Po drodze chcemy zobaczyć miejscowość Nyabyeya - a raczej polski kościół i cmentarz, które sie tam znajdują
Wrażenie jest niezwykłe. Jedziemy na motorkach po środku zielonych pagórków, przejeżdżamy przez wioski składające się z drewnianych chat, nagle ni stąd ni z owąd polskie miejsce.

Podobnie jak poznani przez nas Polacy mieszkający w Nowej Zelandii, do Ugandy w czasie drugiej wojny światowej trafili Polacy, wywiezieni na Syberię, a następnie uwolnieni, którzy chcieli dołączyć do Armii Andersa. Cywile zaś poprzez Iran trafili do Meksyku, Nowej Zelandii a i do Afryki.
Wspierani przez rząd brytyjski przetrwali czas wojny i wrócili do kraju. W międzyczasie jednak zdążyli wybudować wielki (jak na okoliczne standardy) kościół, niektórzy zdążyli umrzeć, inni się narodzić.




Co ciekawe, i kościół, i cmentarz wyglądały na bardzo zadbane - zastanawialiśmy się, kto to taki o nie dba.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w dalszą drogę. Przejazd o tyle ciekawy, że atmosfera we wioskach była niezwykle radosna. Podczas kiedy w Polsce chronimy się od zimna za stołami i na ulicach wiele się nie dzieje, tam wioski były pełne ludzi, koło lokalnych kościołów powystawiane specjalne namioty. Każdy ubrany w najlepsze ciuchy jakie miał.
Jezioro Alberta jest jednym z Wielkich Jezior Afrykańskich, wypełniające Wielki Rów Afrykański. I rzeczywiśćie do jeziora trzeba zjechać z pagórkowatego płaskowyżu. Przepiękny moment warto uwiecznić to na fotce. Madziula więc jedzie swoim tempem, ja co chwilę przystaję, robię zdjęcie i doganiam Madziulę. Wszyscy zadowoleni. Do czasu. Za jednym zakrętem zaskakuje mnie Madziula, która zatrzymała się przed stadkiem małp. Na sypkim żwirku motor hamuję zbyt mocno i motor kładzie się  w sekundę. No to mamy 1:1 w wywrotkach. Madziula trochę się przejmuje drobnymi ranami, ale widzę, że w gruncie rzeczy jest bardzo ukontentowana.

Zachód słońca za pasem, więc jedziemy bezpośrednio nad jezioro. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że udało nam się bez przeszkód dojechać w to piękne miejsce i staramy się uchwycić ten niezapomniany moment. Szum fal wody, gdaczące wielkie ptaki, śmiech młodych chłopaków przyglądających się umorusanym od kurzu drogi białym.



Dowiadujemy się, że z samego rana przypływają rybacy ze świeżo złowionymi rybami i decydujemy się być świadkami tego wydarzenia.Wracamy do centrum wioski i instalujemy się w jakiejś upadającej gospodzie, choć tego dnia jest to najlepszy pub w mieście i świętujący mieszkańcy są już mocno wstawieni, a końca muzycznej imprezy nie spodziewamy się.


Idąc po ciemku przez wioskę udaje nam się znaleźć jakieś miejsce na jedzenie.
Mimo huczącej muzyki nie mamy żadnych problemów ze snem i rano wstajemy zgodnie z planem by zdążyć zobaczyć rybaków.
Pomimo wczorajszej imprezy, nad brzegiem Jeziora pełno ludzi. Przede wszystkim rybacy, którzy wyciągają swoje łódki na brzeg i z miejsca zabierają się do sortowania rybek. Mniejsze przesypują do mis, które kobiety potem niosą na głowach gdzieś dalej - do wioski. Większe są od razu nad brzegiem jeziora bardzo sprawnie obrabiane.

Oprócz tych pracujących jest jeszcze liczniejsza grupa gapiów, którzy po prostu przyglądają się pracy innych i między sobą komentują. Wśród nich my. Zastanawialiśmy się, jakież to reakcje będą na nasze osoby. Powiedziałbym że neutralne. Ani przesadnie się nami nie interesują, ani też nie wypraszają nas ze swojego towarzystwa. Z niektórymi udaje nam się nawiązać kontakt i zdobyć zgodę na zrobienie zdjęć, jednak staramy się nie czynić tego zbyt natarczywie.


Kiedy już dochodzimy do momentu, że wyczerpaliśmy naszą ciekawość, wracamy do centrum w otoczeniu gromadki dzieci, których nie uda nam się pozbyć do końća naszej wizyty w wiosce.

Kiedy idziemy, nagle jeden chłopczyk robi gwiazdę, co nagradzamy naszym podziwem i śmiechem. Nie trzeba długo czekać, a zaraz mamy koło siebie gromadkę gwiazd, które nie chcą przestać świecić.
Idziemy jeszcze na śniadanko do wczorajszej jadłodajni, która otoczona jest bambusowym płotem. Płot ma jednak dziury, jak i drzwi. Zobaczcie tę sytuację sami:



Nic nadzwyczajnego ta Butiaba. I oto chodziło. Tego własnie chcieliśmy.


Nad Jeziorem Alberta

Pozdrawiamy

M.

8 kwietnia 2012



W drodze niezwykle jest to jak wiele zależy często od jednego słowa, spojrzenia, uśmiechu do nieznajomego. Jak jedno pytanie, wskazówka, wypowiedziana wątpliwość, wykazane zainteresowanie, czy jakakolwiek inna interakcja z drugim człowiekiem jest w stanie zmienić nasz szlak, kierunek, nasze dni i doświadczenia. Efekt motyla. Tym razem zaczęło się od banalnego: „Możesz zrobić nam zdjęcie?” – zadanego zajętej fejsbukiem blondynce w Kampali. Byliśmy już gotowi do drogi, w pełnym, po-naszemu sklejonym moto-rynsztunku. Pierwsza fota ważna jest – rozpoczyna się historia :D Tak poznaliśmy Sienę, która po wymianie dwóch zdań i ustaleniu, że jedziemy w tym samym kierunku zaprosiła nas do domu swojego chłopaka pod Masindi na noc. Mieliśmy się odezwać jak tylko wrócimy z safari.

Krótki telefon, opis wskazówek dojazdowych, bo to jakaś kompletna beznazwowa osada 20km do Masindi. Było już co prawda ciemno, a my po ciemku nie jeździmy, ale taka okazja… nie można nie skorzystać… Generalne napalenie trochę zakleiło zdroworozsądkowość. Bo nie prowadzi tam asfalt a szuterek, ja nigdy na szutrze sama nie jechałam, a więc będę miała przed sobą jakąś godzinę jazdy, której zupełnie określić przez nieświadomość nie potrafiłam. Rozpisywać się tu za bardzo w tej materii nie będę, dość że dość szybko zorientowałam się że łatwe to to nie będzie. Kurz w oczach, korekcja soczewek wzmocniona Micha okularami z cylindrami na nieposiadany przeze mnie astygmatyzm, zaciśnięte zęby i przed siebie. Na półmetku nawet przez chwilę dumna z siebie byłam że na ślepaka do przodu sunę, może bardziej pełzając i skacząc niż jadąc, ale do przodu to do przodu! I może minutę po tym jak się sama w mózgu pochwaliłam, leżałam. Micho zebrał mnie z ziemi, wspólnie ustaliliśmy że nic mi nie jest i rozpoczęliśmy oględziny motka, coby straty oszacować. Silnik odpalił, hamulce działały, wygięła się tylko kierownica i tak jechałam dalej przed siebie na jeszcze większego ślepaka bo reflektor oświetlał od tej chwili głównie prawe korony drzew… Jechaliśmy więc w odstępie metrowym cobym cokolwiek z oświetlenia motorka Michowego korzystała. Później do korowodu dołączył Teddy – chłopak Sieny i tak dosunęliśmy do domu.

W pierwotnym planie mieliśmy już następnego dnia wyruszyć dalej, miły wieczór szybko jednak zmodyfikował nasze założenia – dostaliśmy propozycję spędzenia świąt w ugandyjskim domu na pięknej prowincji!



Z perspektywy czasu możemy spokojnie stwierdzic ze były to jedne z naszych najlepszych dni w Ugandzie, o ile nie najlepsze. Z co najmniej trzech powodów.
Pierwszy to oczywiście sam fakt mieszkania w ugandyjskiej rodzinie, doświadczanie niesamowitej gościnności, ciekawe rozmowy i możliwość obserwacji relacji jakie panuja pomiedzy członkami niestandardowej rodziny Teddiego. Pisze niestandardowej, bo naprawde niecodzienna jest historia jaka kryje się w tych niepozornych czterech scianach 20 km za Masindi. Teddy jest najstarszym synem swojej mamy Milly. Po wojnie domowej w Ugandzie załapał się na program stypendialny i tak wylądował w Stanach jako 9 letnie dziecko, rzucone z afrykańskiej prowincji w gąszcz betonu, pogoni, możliwości i samotności tego wielkiego, niby „lepszego” świata. Przez kilkanaście lat w Stanach przez brak kontaktu z domem zapomniał lokalnego języka, zdobył wykształcenie, przyswoił zachodni styl życia. Po czym odwiedził Ugandę i pojechał do domu. Od tej pory wraca regularnie, z USA się pewnie nie wyprowadzi jednak wykorzystując swoją wiedzę, umiejętności i znajomości stara się zrobić coś dla swojego kraju, dla swojej wioski. Nie wiemy do końca jak to się stało że wyjechał, ani co sprawiło że zaczął wracać. Jakiekolwiek pytanie dotyczące tego fragmentu jego historii rodziło jakiś ciężki do opisania grymas na twarzy, blokadę, niechęć do dzielenia się. Odpowiadał lakonicznie, wymowne milczenie pokazywało dobitnie trud doświadczenia. Wieczorami siadaliśmy przy ognisku, jedynym oprócz latarek źródle światła w domu. Tata siedział na klepisku pod ścianą przy radiu na baterie. Mama z siostrami uwijały się w kuchni gotując na ogniu wodę i matoke. Teddy wykorzystywał każdą przerwę w rozmowie na sprawdzenie maila w iPhonie, czasem poszedł właczyć maca żeby zadzwonić na skajpie do Stanów, po czym wracał rozstawić na klepisku swój wyposażony w kilka poziomic statyw z wypaśnym aparatem i arsenałem obiektywów, żeby zrobić zdjęcie siedzącej na ziemi mamie, rozgniatającej prymitywnymi narzędziami orzechy ziemne. Zderzenie światów.
Niesamowita była obserwacja relacji panujących w domu. Mama była ta najwazniejsza. Nikt nie odważył się jej sprzeciwić. Serdecznie i bardzo stanowczo wydawała kolejne polecenia swoim dzieciom, a te bez słowa zająknięcia, w totalnym posłuchu, ze spuszczoną głową szły je wykonać. Nawet jeśli w ich oczach pojawił się zalążek buntu, znikał szybciej niż się zrodził. Podobnie traktowany był Teddy. Jego cieple gesty i rozmowy ze starszym rodzeństwem i mama kontrastowały z lodowatym chłodem w kontakcie z tymi najmłodszymi. Jakby konsekwentna dyscyplina i brak spoufalania się miało być wychowawcze i pokazujące im ich jedyne właściwe miejsce. My natomiast traktowani byliśmy iście po królewsku. Rano pyszne herbatki z trawą cytrynową, jajka, matoke, zawsze miejsce do siedzenia, gdzieś w kącie siostra gotowa do zabrania naczyń i ich umycia, gorąca woda w misce do kąpieli i wielka serdeczność mamy, ciekawej nas, naszej historii, gotowej oddać wszystko dla naszej dobrego samopoczucia.



Drugi powód to uwielbiane przez nas życie na wsi. W Wigilię przeszliśmy się m.in.:na 5 godzinny spacer po okolicznych wzgórzach. Teddy jako przewodnik szedł na przodzie, waląc w trawę, żeby przestraszyć węże. Zrywaliśmy trzcinę cukrową, obieraliśmy ją zębami i wysysaliśmy słodki sok. Jedliśmy orzeszki ziemne, prosto z ziemi, ostatnie mango na drzewie znaleźliśmy. Micho zaliczał drzewa, była przy tym kupa śmiechu i zabawy.



Najlepsze było jednak samo Boże Narodzenie. 24. wzięliśmy sprawę w swoje ręce i zorganizowaliśmy namiastkę Wigilii gotując barszcz z torebki! Smakował jak nigdy!! Niestety tylko nam, dla reszty był za kwaśny… Z wielkim bólem wylewaliśmy go później w krzaki… Domowe przygotowania do Bożego Narodzenia zaczęły się rano. Miotły, żelazka na węgiel, szmaty, gary poszły w ruch zaraz po wschodzie słońca. Wszyscy uwijali się super szybko, żeby zdążyć na najważniejsze – mszę w kościele Zielonoświątkowców, w którymi to mama Milly była pastorem. Pastor wiadomo – najważniejszy, msza zaczęła się więc dopiero wtedy jak dzieci skończyły sprzątać i gotować. Reszta wiernych cierpliwie czekała śpiewając. W kościele stanęliśmy w samym kącie. Wiedzieliśmy że wioska nigdy nie widziała naraz trzech muzungu w kościele, nie chcieliśmy więc szokować, dekoncentrować, zwracać na siebie uwagi. Po chwili przyszedł jednak do nas brat Teddiego i wskazał miejsce dla nas przeznaczone – kanapę wyniesioną z domu, która została postawiona na ołtarzu  To co działo się później ciężko opisać słowami.
Zacznijmy więc od filmiku. Przez trzy kolejne godziny dominował śpiew. Tzn ja stałam i klaskałam, Michał próbował coś tam nucić a cała reszta jak w transie śpiewała, tańczyła, czasem krzyczała, a w przerwach i modlitwy były.


Było też przedstawienie z Marią i Józefem w roli głównej, przy czym aktorami były dzieci Mamy Milly :D Było ponadgodzinne kazanie wygłoszone przez syna Mamy Milly, specjalnie dla nas tłumaczone na angielski przez córkę Mamy Milly. No i świadectwa były, kiedy to każda osoba kierowała od Boga swoje podziękowania za miniony rok. Co ciekawe, najczęściej pojawiało się: Thank you for the visitors :D. My też musieliśmy przemówić. Jak powiedzieliśmy że pochodzimy z kraju Bońka, Laty i Szczęsnego, w którym niedługo odbędzie się euro, a obecnie jest mróz, gwizdom i radości nie było końca. Nie mówiąc już co się działo jak powiedzieliśmy, że to czego właśnie doświadczamy jest dla nas co najmniej nie-zwykłe i zapamiętamy to na zawsze….



Po kościele zebraliśmy się wszyscy przed domem na matach, jedliśmy dla odmiany – matoke w wersji odświętnej czyli z mięsem i podzieliliśmy się opłatkiem. Po doświadczeniach z barszczem każdy sięgał po niego z dużą rezerwą i obawą. Smak, a może raczej smaku-brak, podobny jednak do matoke – każdy więc schrupał ze smakiem!


Boże Narodzenie / Uganda


Madziula