Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolumbia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolumbia. Pokaż wszystkie posty

18 listopada 2014


Łódka motorowa średniej wielkości, z dwoma olbrzymimi silnikami z tyłu. Prędkość około 60km/h co przy tych falach robi wrażenie zasiadania w kolejne rollercostera. Na falach łódka wystrzeliwuje w powietrze, żeby po kilku sekundach wylądować twardo na wodzie. I tak przez ponad 2 godziny. Jest śmiech. Dużo śmiechu, szczególnie jak fale wlewają się do wnętrza łódki. Mniej radosne miny mają Brytyjki siedzące na dziobie. Nikt nie zdradził im tajemnej wiedzy, że na przodzie najbardziej rzuca i najłatwiej o chorobę morską. W połowie drogi musimy ścisnąć się z tyłu, żeby zrobić dla ich fioletowych twarzy miejsce. Śmiech przyspiesza wskazówki zegara, podróż mija "nie-wiadomo-kiedy". 

Takie wspomnienia mieliśmy z naszego ostatniego transferu do Capurgany / Sapzurro. Wszystko niby super tylko jak zniesie te turbulencje Ignaś? Oraz fakt, że musi siedzieć na kolanach w jednym miejscu tyle czasu? Mielismy trochę stracha.

Łódki zmieniły się. Są jeszcze większe niż były, zadaszone (super, bo poprzednio nas bardzo słońce spaliło), silniki niemniejsze. Bilety kupujemy dzień wcześniej i tak nadchodzi dzień naszego wyjazdu. Znamy tajemną wiedzę odnośnie zajmowania miejsc na łódce, bez problemu zdobywamy miejsce na tylnej ławie. Ławka wąska na pół półdupków, dosiadają się kolejne i jeszcze następne osoby, robi się coraz przytulniej, będzie milutko.

Ruszamy. Rollercostery działają na Ignasia usypiająco, dajemy radę wyskubać troszkę miejsca dla niego między naszymi brzuchami a oparciem kolejnej ławki. Pozostaje nam więc tylko zatroszczyć się o drętwiejące tyłki, uda, łydki i stopy. Przesuniecie ucisku o milimetr robi różnicę, jak się okazuje. Nie mamy co narzekać. Obok nas jedzie pani z dwójką dzieci, jedno śpi na kolanach, drugie stoi między nogami a oparciem, a mama gdzieś pomiędzy dała radę głowę oprzeć i też śpi. Da się ;)



Z łódki przesiadamy się do busów, długą podróż przedzielamy noclegiem i dojeżdżamy do Cartageny. Ostatniego miejsca w Ameryce Łacińskiej, które odwiedzimy tym razem. Naszym domem staje się chwilowo wielka chata Edwina, nie-zwykłego couchsurfera, który chyba non stop udostępnia kilka pokoi swoim gościom. W czasie naszego krótkiego pobytu przewijają się przez jego dom Argentyńczycy, Amerykanka, Szwajcarzy, Francuzka, przyjaciółka z dzieckiem, która właśnie rozstała się z mężem, ciocia przyjaciółki z córką, które mają akurat wolne, znajomi. To się nazywa otwarty dom, milion procent zaufania, gościnności, luzu, wspólne wieczory przy kolacji lub na mieście. Jest super.

Dni mijają nam na spacerach po mieście. Nie mamy dość. Cartagena jest najpiękniejszym miastem od Meksyku, w naszych oczach przynajmniej. Stare miasto żyje nocą, słychać muzykę, ludzie siedzą na placach, murkach, rozmawiają, śmieją się, sączą napoje procentowe, bawią się. Dawno nie czuliśmy się tak dobrze w mieście. W Getsemani plączemy się po małych uliczkach z grafiti na ścianach. Tu dzieci zablokowały uliczke basenem, chłodzą się bo upał ogromny. Tam panowie wystawili krzesła przed dom, siedzą i obserwują. Pan zachęca do kolejnego kubka soku z pomidora drzewiastego lub marakui, Pani oferuje arepy z serem.

Za murami starego miasta robi się bardziej dostojnie. Eleganckie kamienice, przy wielu z nich jaskrowo kwitnące drzewa. Od czasu do czasu ulicą przejedzie dorożka z turystami, natkniemy się na sprzedawcę saksofonu zrobionego z rur przemysłowych lub grupę amerykańskich turystów robiących zdjęcie Kolumbijki o kobiecych kształtach, pozującą w niby tradycyjnym stroju z koszem owoców na głowie. Jest w Cartagenie trochę nadmuchanego blichtru. I chociaż z reguły tego typu miasta nie są naszym pierwszym wyborem i raczej szybko z nich uciekamy do miejsc, gdzie ciszej, dobrze nam tu. Odpowiada nam aura Cartageny, zachodzimy pięć razy w te same uliczki i chcemy szósty. Nie wiem do końca z czego to wynika. Może przyczyna jest prosta - świadomość, że jesteśmy w ostatnim miejscu w Ameryce Łacińskiej sprawia, że staramy się cieszyć maksymalnie każdą chwilą. Liczy się tu i teraz i dostrzegamy tylko to, co piękne? A może trochę jednak stęskniliśmy się za miastem, w którym można czuć się dobrze, a taka właśnie jest Cartagena? Może znaczenie ma nasz duży sentyment do Kolumbii i dobre wspomnienia z poprzedniego pobytu? Może czujemy w Cartagenie klimat lubianych przez nas powieści Marqueza, to w końcu jego ojczyzna? A może chcemy go poczuć? Nie wiem. Wiem, że mamy rewelacyjny finisz!




















Magda

Cartagena
Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

11 września 2014


Wybierając kierunki naszych wojaży ważnym kryterium jest "nowość". Jest tyyyle nieznanych nam jeszcze miejsc na świecie, tyle państw, regionów i zakamarków, których jesteśmy ciekawi, że nowe wygrywa nad odwiedzonym "starym". Możliwość odwiedzenia zakątka dalekiego domowi po raz drugi pojawiała nam się jednak w Panamie, po prawie pięciu latach. W Sapzurro, małej osadzie znajdującej się na kolumbijsko-panamskiej granicy, zaczęliśmy naszą południowoamerykańską przygodę pięć lat temu, było to pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy na kolumbijskiej mapie po załatwieniu motoru. Pierwsze zetknięcie z latynoską kulturą, pierwsze nurki po długiej przerwie, jedyne dni na rajskiej plaży w ciągu 8 miesięcy spędzonych w Ameryce Południowej. No co tu dużo mówić, duży sentyment.

Byliśmy ciekawi jak zmieniła się ta przygraniczna mieścina w ciągu ostatnich lat i jak my ją odbierzemy. Wiele miesięcy spędzonych w drodze od naszej ostatniej wizyty daje nam inną perspektywę patrzenia na świat. I wiecie co? Wnioski po naszym pobycie w Sapzurro mamy dwa i nie są one bardzo odkrywcze. Po pierwsze Kolumbijczycy stali się niemniej otwarci i serdeczni niż kiedyś, lubimy tych ludzi przeogromnie i dobrze czujemy się w tym kraju bardzo. A po drugie - jak chcecie zobaczyć miejsca dziewiczo piękne pakujcie plecak teraz a nie za 5 lat. Sapzurro zmieniło się w tym czasie zauważalnie. Rozrosły się hotele i restauracje, w panamskim La Miel wyrastają pierwsze ośrodki dla turystów, podniósł się znacznie poziom wody przez co plaże krótsze i mniej urokliwe, jakoś tak inaczej się zrobiło. Tylko cały transport odbywa się dalej motorowymi łódkami, skaczącymi na falach jak na dobrym rollercoasterze. I droga z Sapzurro do Capurgany jest dalej tak samo pusta i po deszczu robi się niemniej błotnista niż pięć lat temu. No i my nie zmieniliśmy naszego luźnego stosunku do tej ścieżki. 5 lat temu męczyliśmy się brakiem wody idąc w upale przez dżunglę, teraz dla odmiany wodę wzięliśmy, ale nasze klapeczki grzęzły w błocku, stopa wyjeżdżała z buta, a but z błota i skończyliśmy podejście na bosaka.

Fajną sentymentalną podróż mieliśmy w Sapzurro. Po tych kilku dniach stwierdzamy, że nowe nie musi być lepsze od starego. Bo stare przy kolejnych odwiedzinach daje nowe doznania wzbogacone o weryfikację wspomnień.  W naszą kolejną podróż wybierzemy się pewnie w nowe miejsca, ale kiedyś nadejdzie moment powrotu w znane już miejsca i już się na to cieszymy.

Basta zaparkowana w zatoce Sapzurro


Spacer przez Sapzurro



W drodze z Sapzurro do Capurgany

Kokos z papają



Na plaży w La Miel

Transport łódkowy Sapzurro - Capurgana

A tu już na bardziej zatłoczonej łódce z Capurgany do Turbo


Magda

Sapzurro / La Miel

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

5 listopada 2009



... i dalej łatwo nie jest.
Jesteśmy już w Ekwadorze. I narazie ciężko nam cokolwiek o pierwszych wrażeniach powiedzieć. Odpowiedż na pytanie dlaczego - za chwilę.

Z Popayanu wyruszyliśmy do Pasto. Miasta leżące na granicy Kolumbii i Ekwadoru uchodzą za niebezpieczne, nie chcieliśmy się więc zatrzymywać w nich na noc, Pasto miało być więc punktem wypadowym do Ekwadoru, a konkretniej do Otavalu w Ekwadorze. Droga między Popayanem a Pasto uważana jest ciągle za niebezpieczną, jest właściwie jedynym odcinkiem Panamericany W Kolumbii, na którym napady bandytów na przejeżdżające nocą autobusy zdarzają się dość regularnie. Z racji tej właśnie złej sławy i naszego porannego grzebania się, drogę Popayan - Pasto pokonywaliśmy znowu w pośpiechu, bez wielu przerw, żeby przed zmierzchem hotel znaleźć. I znowu wielka szkoda, że nie udało nam się nic na zdjęciach uwiecznić. Z wysokości prawie 2000mnpm zjechaliśmy do doliny na 400mnpm, po czym po naprawdę niesamowitych górach, z momentami totalnie pionowymi ścianami, wdrapaliśmy się na 3000mnpm, żeby zjechać do Pasto na 2500. Było mniej więcej tak:



Następnego dnia zebraliśmy się dosyć wcześnie. W planie był dojazd do granicy, zobaczenie spektakularnie położonej katedry w Las Lajas i dojazd do Otavalu. I pewnie wszystko wyszłoby zgodnie z planem gdyby nie problemy 3. Pierwszy - najbardziej przyziemny - pogoda. Kiedy podjechalśmy pod katedrę nadeszły chmury i zaczęło padać i tak padało już co chwilę do wieczora. Jazda na motorze w deszczu do przyjemności nie należy, a tym bardziej przyjemna nie jest, jak jeździ się na wysokościach w granicy 3000mnpm. Na początku stwierdziliśmy, że jedziemy, ale po kilku kilometrach tak przemokliśmy i zmarzliśmy, że pod dachem resztę deszczu przeczekaliśmy i zamarzniętymi rękami zdzieraliśmy z siebie mokre ciuchy, zamieniając je na nie-motocyklowe, ale - suche (które później znowu zamokły...). Drugi problemik - to nasz motor. W czasie jazdy po wybojach Parku Narodowego Purace nadwyrężyliśmy nasz tylny amortyzator, który ostatecznie padł w drodze do Pasto. Machencjusz lepiej by tu wytłumaczył, co dokładnie się stało, ja zrozumiałam (w uproszczeniu) - że padł tłok i została sama sprężyna. Na smoku jeździ się więc teraz jak na koniu, buja przy każdym zahamowaniu, dole, mocniejszym skręcie niemiłosiernie. W obawie przed awarią sprężyny musieliśmy więc ograniczyć prędkość przejazdu do Otavalu. Trzeci problem - mi doskwierający najbardziej - to mój żołądek, który postanowił przypomnieć mi jak to Syrii w Tartusie się czułam. A czułam się tak (dosłownie) gównianie, że tylko Karwas i Machencjusz, no i troche obserwująca nas Zuza są w stanie to zrozumieć :) Zatrułam się nie wiem czym, przypuszczam, że poraz kolejny świeżo wyciskanym sokiem. Chyba - to jedyna rzecz, której Michał ze mną nie pił/nie jadł. Dość, że zaczęło mnie mdlić, zaczęłam się czuć niezwykle słabo, wszystkie mięśnie bolały itd itp. Pod koniec dnia miałam już takie dreszcze na tym motorze, że zębami szczękałam Machencjuszowi do intercomu. Tak więc tak.

Mimo tych wszystkich przeciwności losu jechaliśmy do przodu. Po obejrzeniu katedry, którą tylko Michał widział, bo ja się NIE-czułam, i po przeczekaniu deszczu dojechaliśmy na granicę. I zaczął się stres. To był jedyny moment, kiedy troszkę cieszyłam się, że źle się czuję, bo ogólna beznadzieja samopoczucia nie pozostawiła dużo miejsca na stres. Stres tak naprawdę narastał już od jakiegoś czasu, a przyczyną jego były dokumenty, o których już wcześniej kiedyś wspomniałam. Sedno naszego problemu dokumentowego stanowił tzw. import permit, czyli dokument poświadczający, że importowaliśmy motor na czas określony do Kolumbii i dający nam prawo do poruszania się po tamtejszych drogach. Sanne i Wouter importowali smoka na granicy z Ekwadorem, oczywiście na swoje imie i nazwisko. Przy sprzedaży przerobili dla nas ten dokument w photoshopie, dzięki czemu Michał się na nim znalazł. Problem jednak polegał na tym, że miejsca wjzadu motoru do kraju (Ipiales - z Ekwadoru), nie zmieniliśmy, nie zgadzało się zatem nasze miejsce wjazdu do Kolumbii z miejscem wjazdu motoru. To już budzi podejrzenie. Jeszcze większe podejrzenie budzi fakt, że wydrukowaliśmy ten dokument w złym formacie, a każdy urzędnik jednostki odpowiedzialnej min za import/eksport pojazdów wie przecież jak jego dokument wygląda. Jeden z pierwszych policjantów, który zatrzymał nas w Kolumbii spytał o ten nieszczęsny dokument, a my postanowiliśmy, że już lepiej mówić, że go nie mamy, niż pokazać ten nieszczęsny - posiadany. Machencjusz wymyślił na poczekaniu, że nam go ukradli... Trochę to dziwne, że żadnego innego dokumentu nie ukradli, tylko ten jeden. Na co policjant - czy mamy dowód z policji, że nam go ukradli. A my że nie... Koledzy zawołali go jednak w tym momencie do samochodu, że już głodni są i na lunch chcą jechać, odpuścił więc nam... Powiedział jednak, żebyśmy załatwili tę sprawę w najbliższym mieście, czego oczywiście nie zrobiliśmy. Każda napotykana policja wywoływała później u nas ciarki, nie mówiąc już o granicy, przed którą po drodze było kilka patroli DIAN-u (tego urzędu od import permitu), a na samej granicy przejeżdżało się w korku pod ich okienkiem... Wszystko przebiegło na szczęście zgodnie z planem i zgodnie z tym co wielokrotnie tłumaczył nam Paul, Sanne i Wouter. Na granicach w Ameryce Południowej nie ma szlabanów. Podjechaliśmy do budynku, zaparkowaliśmy motor, zdjęliśmy z siebie wszystkie moto-podobne ciuchy i kask i poszliśmy (każdy osobno) po pieczątkę. Wsiedliśmy na motor, przejechaliśmy przez most i już byliśmy w Ekwadorze. Nic niczego nie sprawdzał, żadnego policjanta, żadnego szlabanu! Formalności w Ekwadorze trochę nam zajęły, importowaliśmy motor i rozpoczęliśmy naszą jazdę w stronę Otavalu. Za cel postawiliśmy sobie Ibarrę, choć wiedzieliśmy, że przed zmrokiem nie damy rady. Ostatnie kilometry były dla mnie przez mocno rosnącą gorączkę naprawdę traumatyczne. Znaleźliśmy hotel u przemiłego starszego pana, weszłam w dwóch swetrach i kurtce w mój puchowy śpiwór i dalej się trzęsłam. Zaczęło mnie to wszystko po mału doprowadzać do obłędu. Mam ze sobą 1/4 plecaka leków, ale co z tego, skoro nie wiem, co mi tak naprawdę jest. W tamtej chwili uciążliwości brzuchowe były marginalne - dużo bardziej męczyła mnie temperatura i ból mięśni. Postanowiliśmy więc pojechać do szpitala. W szpitalu wielki zamęt w izbie przyjęć, nie zamykały się właściwie drzwi, co chwilę ktoś przyjedżał, kogoś przywozili. I oczywiście nikt nie mówił po angielsku. Ze słownikiem w ręku wytłumaczyliśmy im co mi jest, zbadali, pobrali krew i kał do analizy w laboratorium i kazali czekać. Nie wiem jak długo czekaliśmy 1-1,5h. Wypisali trzy recepty, które okazało się, że są do zrealizowania w szpitalnej aptece (za darmo!!!!!), zrobili zastrzyk w tyłek i wypuścli do domu. Próbowałam się dowiedzieć, co mi jest, ale nic z ich tłumaczenia nie zrozumiałam... Mama pomogła po krótkiej analizie chemicznej przypisanych leków.

Następnego dnia zebraliśmy się prosto do Quito. Ja dalej czułam się źle i miałam ochotę tyko na łóżko, amortyzator mechanika potrzebował. Wylądowaliśmy w miłym hostelu, poleconym nam przez napotkanego na granicy Izraelczyka - z PYSZNYM śniadaniem. Ja wegetowałam, a Machencjusz sprawy motorowe pojechał załatwiać. Nic jednak nie załatwił, bo wczoraj święto było. O Quito i dalszej części historii - reanimacja smoka w następnym poście :) TBC :P

Kilka (dosłownie) zdjęć z przejazdu i Ibarry tutaj:

W drodze do Ekwadoru


Pozdrawiamy,
Madziula

P.S. Jest tak beznadziejny net, że zdjęcia dodamy następnym razem :)

1 listopada 2009

Po leniwym dniu w Salento nadszedł czas na dzień nieleniwy, dzień tranzytowy, dzień, w którym planowaliśmy pokonać największą jak dotychczas odległość na motorze i dojechać na pustynię Tatacoa. Wstaliśmy dlatego wcześnie nawet jak na nas, bo już o 5.30, dzięki czemu tuż po 8 czerwony smok był załadowany i gotowy do drogi.



W ciągu pierwszej godziny jazdy zatrzymała nas po raz pierwszy tego dnia policja, a właściwie cała grupa żołnierzy. Szef weryfikował wszystkie nasze dokumenty i próbował rozgryźć jak to jest, że jesteśmy Polakami, a motor ze Stanów, a reszta żołnierzy nas zagadywała. Pytali się jak zwykle, czy nam się Kolumbia podoba, czy w Salento pstrąga jedliśmy i gdzie na motorze zajechać planujemy. Mówili, że w Kolumbii jest bezpiecznie, że w Ibague tamal musimy zjeść i że 4 miesiące to naprawdę długo jak na wakacje. Szef w międzyczasie poddał się i oddał nam dokumenty, a żołnierze sami o zdjęcie się dopomnieli:



Droga wiodła przez Andy, musieliśmy się więc już po raz kolejny wdrapać na ponad 3000mnpm. Wiało na górze straszliwie, ciężko iść mi było, smok też pewne trudności odczuwał. Jeszcze dłuższy był jednak zjazd, musieliśmy się dostać na wysokość 400mnpm, jechało się więc i jechało. Mi w między czasie tak się spać zechciało, że ucięłam sobie mini drzemkę :) Wygodniej śpi się jednak w samochodzie. Najgorszy był jednak narastający upał. Ja wiem, że wy tam pewnie w jesiennej Polsce o upale marzycie, ale ten upał był naprawdę nie do wytrzymania. Lało się ze mnie totalnie, do tego stopnia, że aż po raz pierwszy zdecydowałam się na jazdę bez kurtki motocyklowej. A i tak w czasie jazdy gorąco mi było. Po długim odcinku jazdy na wprost (dotychczas wydawało się nam, że w Kolumbii nieznane jest pojęcie jazdy na wprost) dojechaliśmy do miejscowości leżącej dokładnie na przeciwległym brzegu Rio Magdalena w stosunku do miejscowości wypadowej na pustynię. Okropnie spragnieni pojechaliśmy więc mostu na rzece szukać. Mostu jednak nie znaleźliśmy. Był 40km dalej, czyli w sumie 80km w dwie strony. Lokalni ludzie powiedzieli jednak, że to nie problem, żeby motor na drugą stronę rzeki łódką przetransportować, postanowiliśmy więc im zaufać. I tak wsiadł młody Kolumbijczyk na rower i powiedział, że zaprowadzi nas do miejsca skąd odpływają łódki. Na początku trzeba było pokonać najtrudniejszą według nich przeszkodę - podjazd pod stromy, drewniany most. Machencjusz kilka razy rozbieg brał i po pokonaniu połowy podjazdu, turlał się w tył i w dół oczywiście. Coraz to większy rozbieg pozwolił mu jednak w końcu wyjechać, szczyt mostu zdobyty, przejazd to pestka :)



I tak zaczęliśmy naszą jazdą przez łąki, pola, pastwiska i nadrzeczne bagno-chaszcze. I nie mogło się to skończyć dobrze. Na początku zeszłam z motoru, żebyśmy się nie wywalili we dwójkę. Było mi jednak tak gorąco i tak chciało mi się pić, że każdy metr dłużył się niemiłosiernie. Dlatego Wsiadłam w końcu na motor i zaczęliśmy jechać za naszym przewodnikiem na rowerze we dwójkę. W czasie pokonywania jednego z zabagnionych rowów, tylna opona się poślizgnęła, Machencjusz motoru nie utrzymał i runęliśmy we dwójkę do rowu... Na szczęście chaszcze były na tyle wysokie, że znowu motor nie upadł zupełnie tylko się na nie położył, przez co swobodnie z niego zeszliśmy. Podnieśliśmy smoka i wypchnęliśmy go jakąś nadludzką siła z rowu. Machencjusz wkłada kluczyk, siadamy, rozrusznik rzęzi, a silnik nie odpala. Kolejna próba i jeszcze jedna i nic. Mieliśmy dwa wyjścia - pchać motor do brzegu rzeki lub pchać motor do drogi, co było dużo dłuższą odległością i musielibyśmy jeszcze raz pokonać masakryczny mostek. Ja byłam już w takim stanie przez upał i pragnienie, że nie miałam siły mówić, co o tym wszystkim myślę, Machencjusz, zsiadł z motoru i zaczął go pchać ... w stronę rzeki. Na brzegu zebrało się kilkanaście osób, które mocno chciały nam pomóc. Kobitki zadecydowały, że konieczne jest zdjęcie wszyskich bagaży z motoru. Każdy wziął coś do ręki, żebyśmy sami tego wszystkiego dźwigać nie musieli. Nawet małe dzieci choć po jednym kasku niosły. Ja ostatecznie z samym tankbagiem zostałam! Jak jednak zobaczyłam, czym będziemy przeprawiali smoka na drugą stronę, przerażenie moje sięgnęło zenitu! Drewniana łupinka czekała na nasz półtonowy monstrualny motor!! Żar leje się z nieba, a męska część pomocników zdejmuje buty chwyta motor i zaczyna wciąganie smoka na pokład. Trochę stęków i dali radę. Po załadowaniu łupinka wyglądała tak:



Do tego doszły nasze bagaże, Michał, Ja i jedna Kolumbijka. Po odpłynięciu może metra od brzegu kapitan łupinki zawrócił, mówiąc, że jesteśmy tak ciężcy, że nie ma szans, że dopłyniemy. Zaczęło się więc przemeblowanie bagaży i chwilę później odpłynęliśmy w takim samym składzie. Mnie posadzili koło przedniego koła i mocno trzymać kazali. Przeprawa była prawdziwą traumą. Przypomniała mi się niemniej traumatyczna podróż łódką na syryjską wyspę. Jedyne nad czym się zastanawiałam to jakiego gnata się chwycę, jak już się wywalimy. Ale się nie wywaliliśmy. Na brzegu jednak nikt nie czekał, a kapitan łupinki zaczął się denerwować, że czekamy na nic, a on po kolejną grupę chce płynąć. Machencjusz zaczął więc wypakowywać nasze bagaże i niechcący tak przechylił łódeczkę, że motor zaczął spadać do wody! Krzyk straszliwy i szybka reakcja Pelikana motor uratowała. W międzyczasie przybiegł jakiś nastolatek ze wsi, kapitan skonstruował dźwignię z kijów bambusowych i i we trójkę wywlekli smoka na ląd. Chwilę później znalazło się kolejnych dwóch pomocników, którzy pomogli motor wepchać na górkę, jeden pojechał nawet mechanika ściągnąć. Mechanik jednak przyjechać nie chciał. Machencjusz zaczął więc przymocowywać bagaże, cobyśmy na piętnaście rat wszystkiego nosić nie musieli, a ja poszłam ledwo przytomna czegoś do picie szukać. Jak ta woda w worku smakowała!!!! Podczas przywiązywania bagaży podjechał na motorze Kolumbijczyk. Spojrzał na silnik, przekręcił kluczyk i ... motor cudownie zapalił... 30 minut później byliśmy w sercu pustyni Tatacoa. Machencjusz namiot rozbijał a ja krajobrazy na zdjęciach uwieczniałam.



Dostaliśmy pyszną kolację, prysznic idealnie zimny na nas czekał i piwko schłodzone. Upał mimo panującej ciemności dalej doskwierał, ale to już tak bardzo się nie liczyło.

Następnego dnia przeszliśmy się po najbardziej spektakularnym fragmencie pustyni. Niesamowite formacje mocno przypominały nam Dolinę Śmierci. I te kaktusy... Obok Sapzurro nasza najbardziej ulubione miejsce w Kolumbii :)



Ok 13 wyruszyliśmy w stronę San Agustin, mieliśmy znowu prawie 300 km do pokonania. Droga wiodła przez piękne doliny, przez piękne sady z owłosionymi drzewami, wzgórza z kawą. Było przepięknie. Niestety tak nam się spieszyło, żeby przed zmrokiem dojechać, że zdjęć jakichkolwiek brak. W San Agustin znaleźliśmy bardzo przyjemny camping. Resztę wieczoru spędziliśmy na miłej rozmowie z parą Holendrów z ... Groningen :P

San Agustin znajduje się jeden z najważniejszych w Kolumbii zabytków archeologicznych - tajemnicze rzeźby wykute w skale przez prymitywną, przedinkaską cywilizację zamieszkującą te właśnie tereny. Niewiele wiadomo o niej wiadomo. Niektórzy przypuszczają, ze tereny mogą ukrywać gigantyczne piramidy podobne do piramid Majów i cywilizacja ta była powiązana w jakiś sposób z Majami. Szacuje się, że odkopano dopiero 10% rzeźb i ruin, prawdę możemy więc kiedyś jeszcze poznać.



I znowu o 13 zapakowaliśmy wszystko na motor i wyruszyliśmy w stronę Popayanu. I znowu przez Andy, tym razem po nieasfaltowej drodze. Prawdziwe ENDURO! Doły, kamienie wulkaniczne, żwirek, błotko, znaki ostrzegające przed niedźwiedziami i cały czas do pod górę. Mimo, że podskakiwaliśmy w górę niesamowicie i brak pompki w razie dziury w oponie przyprawiał nas o lekkie dreszcze humory mieliśmy naprawdę przednie. Wciśnięta między Machencjusza a bagaże, jak zgnieciony naleśnik, zaczęłam robić filmiki, żeby Wam pokazać, przez co jechaliśmy. Robiliśmy przerwy bagażowe, zdjęciowe. Kurz był niesamowity, co jakiś czas zepsuta ciężarówka, a poza tym non stop gęsty las i zero ludzi, wiosek, miasteczek. Cisza, zakłócana przez warkot smoka. I nawet jak już na płaskowyż wyjechaliśmy i doły zaczęły zmieniać się w kałuże przez padający deszcz, nie przestawaliśmy się śmiać do naszych mikrofonów. Obawialiśmy się tylko troszkę, że nie uda nam się przed zmrokiem dojechać. 30km przed Popayanem zaskoczył nas jednak nagły asfalt, który pozwolił nam zwiększyć prędkość z 15km/h do 70km/h!I zakwaterowaliśmy sie w hotelu idealnie o czasie!



Tutaj znajdziecie zdjęcia z pustyni i San Agustin:

Pustynia Tatacoa - San Agustin


Dzisiaj mamy kolejny dzień organizacyjny. Wizyta w warsztacie, u krawcowej, żeby torba zszyła, blog, fotki, telefony do PL, spacer po Popayanie i Halloween - hucznie tutaj obchodzony. Wszystkie dzieci cały dzisiejszy dzień paradowały po mieście poprzebierane we wszystko co możliwe. Jesteśmy oboje pod wrażeniem kreatywności rodziców. WOW! Nawet sami kupiliśmy dwie paczki cukierków i rozdawaliśmy dzieciom, słysząc w zamian: "Tricky trick, Halloween!". Na koniec dnia Machencjusz zorganizował na niewielkim placu dla lokalnych dzieci darmową karuzelę. Dzieci latały w górę i w dół, ręce się im wykrzywiały, czasami nogami w chodnik waliły, ale radocha była przy tym wielka.

Kilka zdjęć przebranych dzieci zamieściliśmy tutaj (wiele jest nieostrych, ale w ferworze poszukiwań dobrych kadrów, zapomniałam ustawienia zmienić ...:P):

Halloween


Następny wpis z Ekwadoru!
Madziula

28 października 2009


Magda opisala droge z Medellinu do Bogoty, ja opowiem co bylo dalej.
W Bogocie juz wczesniej bylismy, wiec nie myslelismy o zwiedzaniu. Przede wszystkim: znalezc nowa matryce do netbooka i zaopatrzyc sie w czesci zapasowe, a przy okazji naciagnac lancuch w motorze bo juz klekocze.
To byl piatek, wiec wiadomo ze trzeba bylo liczyc sie z faktem, ze moze nam sie nie udac wykonac planu - sprowadzenie czesci na nastepny dzien oznaczaloby spedzenie weekendu w Bogocie. No to ruszylem po sniadanku w miasto. I tuz kolo centrum handlowego, w ktorym mialem probowac kupic nowy ekran, zatrzymali mnie panowie policjanci. Ja oczywiscie poddenerwowany, bo to nigdy nie wiadomo co im przyjdzie do glowy, przekazuje kolejne dokumenty, liczac ze nie spytaja o te ktorych nie mam, a tu zatrzymuje sie cywil ktory mowi ze mi pomoze, bo widzi ze nie stad jestem. Okazalo sie ze zostalem zatrzymany za brak chaleco - takiej odblaskowej kamizelki, ktora kazdy - kierowca czy pasazer motocykla musi miec na sobie. Na kamizelce napisane sa numery rejestracyjne motoru. Policjanci wiec wiedza ze jedzie wlasciciel, no i latwiej im go spisac. A kierowcy ciezarowek noca latwiej motocyklistow moga dostrzec. OK. No to mandacik 600 000 COP- czyli na nasze 900 zl. Tlumaczylem ze u nas w stanach nie mamy takich kamizelek ale policjanci byli stanowczy. Chaleco musi byc. No to kolega kolumbijczyk pozyczyl mi swoje chaleco i pojechalismy do sklepu z kamizelkami. Wybralem jakas prosta, no i druga taka sama dla Madziuli. Tylko te numery rejestracyjne. 17G1377 - teraz juz pamietam na pamiec. W sklepie stoi od razu maszyna do szycia i babeczka literka po literce wyszywa na kamizelce. Z dwoch stron, dwie kamizelki. 28 znakow. Troche to trwalo. No coz. Kolega wciaz ze mna byl wiec sobie milo gaworzylismy, popatrzylismy "pod maske" motoru, a na moje pytanie gdzie tu mozna lancuch naciagnac, kolega zakasal rekawy i przy pomocy moich narzedzi raz dwa trzy wykonal robote. Super. Kiedy wreszczie kamiezelki byly gotowe, a i nakleilem te same znaki na tyl mojego kasku a i zabezpieczylem dla madziuli zestawik, skierowalismy sie w strone supermarketu z matrycami. Kilka metrow i znow postoj konieczny. Jednak cos z tym lancuchem nie gra, klekocze jeszcze intensywniej niz wczesniej. Ale to zaden problem, bo kolega ma znajomego co prowadzi warsztat, tyle ze po drugiej stronie miasta. Na szczescie dwie przecznice dalej akurat zauwazylismy warsztat, m.in. Kawasaki, no to przystanelismy. Szybko sie okazalo, ze prawdziwa przyczyna skrzypienia bylo wnetrze tylnego kola - lozysko totalnie zdezelowane. No to kolejna godzinka czy dwie czekania - rekonstrukcja czesci, szukanie zamiennikow itd. Kolega, ktory pracowal w administracji hotelu, pozegnal sie i pojechal do pracy. Wreszcie: gotowe.
No to super. Pojechalem wreszcie do tego centrum. Akurat pierwszy zapytany pan mial dusze hindusa i sam co prawda matrycy nie mial, ale zadzwonil gdzie trzeba i szybko przylecial z tym co trzeba bylo. Nawet nie byl swiadom ze bedzie pasowac do naszego komputera - bo akurat netbookow Samsung w Kolumbii nie sprzedaje. Zalatwione. Motor jest, komputer jest. Dumny wrocilem do domu Andrew, skoczylismy z Madziula zjesc posilek i kupic przewodnik po Ekwadorze (dopiero tydzien temu sie kapnalem ze nazwa tego kraju nawiazuje do rownoleznika przez niego przechodzacego). No to tylko linka do sprzegla i klocki hamulcowe i mozemy jechac. Ale dzis za pozno. No to jutro z rana. No dobra.

W sobote sniadanko u Andrew, mile pozegnanie, tym razem chyba juz na dluzej.

O matko!! Ile klockow hamulcowych moze nie pasowac do naszego motocykla. Tylne nawet jakies kolumbijskie sie znalazly, za to za przednimi jezdzilismy w kolko po Bogocie, tracac przede wszystkim czas i nadzieje. Wreszcie skonczylo sie na tym, ze wlascicielka jednego ze sklepow objechala ze mna kilka innych, az wreszcie udalo sie kupic brazylijskie klocki u jakiegos pana, ktory kiedys handlowal klockami, a teraz ma sklep z kuchenkami i piekarnikami. Ach Ci niespieszni Kolumbijczycy. Zanim przeszlismy do klockow, musielismy obejrzec i pochwalic co najmniej 20 roznych modeli kuchenek. No ale klocki sa. To jedziemy.
Humory nie najlepsze, mielismy w planach dojechac do Parku Narodowego Los Nevados, polozonego na zachod od Bogoty. Po drugiej strony doliny Rio Magdalena. Tymczasem tkwimy w korku w Bogocie kolo poludnia, pogoda nadal beznadziejna. Co prawda juz nie pada, samochody jadace przed nami podbijaja wode kolami i wszystko na klate musimy przyjmowac. Madziula w sumie jak nalesnik miedzy mna a bagazami nawet sucha zostaje w tej sytuacji. Jak pisalismy wielokrotnie, Bogota polozona jest na plaskowyzu. 2500 m npm. No to musimy z niego zjechac. Krawedz na 2800, potem juz tylko droga w dol. W miejscu gdzie przekracza sie Rio Magdalena, w miejscowosci o motocyklowej nazwie Honda, jest sie juz tylko na wysokosci 400 m. Ale to nie takie proste, bo po drodze wielokrotnie przekracza sie lanuchy gor. Brzydka pogode zostawilsmy na plaskowyzu i zrobil sie piekny dzien. I im blizej Hondy, tym cieplej i parniej. W koncu osiagamy taka temperature, przy ktorej jazda ponizej pewnej predkosci jest malo komforotwa w naszych strojach. Ale ogolnie fajnie sie jedzie. Piekne widoki, krete drogi, ciezarowki sunace 15 km/h w gore i 13 km/h w dol nie zatrzymujace nas na dlugo. Pieknie. Ale wszystko co piekne szybko sie konczy.
Zjezdamy z gory, do Hondy juz tylko z 18 km, kawalek prostej wiec chcemy przyspieszyc, a nie tylko silnikiem hamowac. A tu sie dlawimy, jakby benzyny nie bylo. Nizsze biegi, a tu zero reakcji, cos silnik nie chce zaskoczyc. A przed chwila tankowalismy. Zatrzymjemy sie. Zagladamy. Ale co my tu mozemy zobaczyc. Zaden kabelek sie nie odczepil, zeby go mozna latwo na nowo przylaczyc. Hmm. No to potrzebujemy mechanika. Akurat w zatoczce kolo zmienia pewien Pan w ciezarowce, no to zachecam zeby mi pomogl. A ten sie upiera ze jest wulkanizatorem a nie motomechanikiem. Zatrzymujemy wiec pewnego motocykliste. Zagladac do motoru nie chce bo sam sie nie dotyka sprzetu, tylko oddaje do swojego mechanika. Akurat z Bogoty jedzie do znajomych, wiec moze mnie podrzucic do nastepnego mechanika, to sobie wroce z nim i wszystko bedzie zalatwione. Nie za bardzo mi to pasuje, bo przeciez moze to cos prostego i nastepny motocyklista naprawilby to w minute albo dwie. Ale Madziula mowi zebym jechal, to sie potulnie stosuje do wskazania zony i jade. Biore kask i chaleco i wsiadam z tylu. O matko. Pseudosportowy motor made (and designed) in China, twardy. Siedzi sie na malutkim siedzonku, w pozycji ala Adam Malysz, z poczatku balem sie pochylac w zakretach, co utrudnialo prowadzenie naszemu wybawcy. Mechanik jakos nie stal przy drodze i do nas nie zamachal az do Hondy. 18 gorskich kilometrow. 16.30 w sobote nie jest najlepszym czasem na szukanie mechanika w zadnym kraju, ale na pewno nie w Kolumbii, zwlaszcza kiedy w miescie odbywa sie festiwal! Szybko nam doradzono, zeby zamiast mechanika poszukac kierowcy, ktory swoim pickupem pojedzie po motor i go przywiezie. No to poejchalismy po ten pickup i akurat wjechalismy w sam srodek festiwalu. Szkoly mialy jakies swieto i sie pieknie prezentowaly. Reprezentacja byla prowadzona przez przystrojonego pickupa, na ktorym zostal zainstalowana wielofunkcyjna mini scena. Za nia tlum tancerzy. Wszystko w takim tempie, ze ciezko stwierdzic czy stoi czy sie rusza.
Pieknie.
Tak wiec zaczynam sie powaznie niepokoic. Slonce zachodzi, Madziula czeka na gorze z motorem i nawet nie mam jak jej powiedziec kiedy bede. Czas mija i dopiero po przejsciu calosci defilady miasto zaczyna sie po malu na nowo ruszac. Lapie jakiegos pickupa, kierowca obiecuje przyjechac jak tylko odwiezie rodzine do domu. Wreszcie przyjezdza - teraz juz jest kompletnie ciemno. Jedziemy do Madziuli, widac gore na szczycie ktorej Madziula zostala, a na niej nitka swiatel ciezarowek. Kiedy dojezdzamy, Magda wcale nie jest zaplakana. Pakujemy manatki na pake, udaje nam sie znalezc sposób aby wtoczyc motor na pakę. I jedziemy. Kierowca naprawdę był niezwykle miły, pomijając że dobrze zarobił, podwiózł nas do swojego znajomego mechanika, który obiecał pomimo niedzieli zając sie chorym smokiem, po czym odwiozł nas do pobliskich hoteli.
Hotel niezbyt piekny, ale czysty - wszedzie tu jest czysto, chocby bylo skromnie lub ubogo. Rano staralismy sie znalezc jakas kafejke, jednak wszystkie byly pozamykane, wiec czas do umowionego spotkania z mechanikiem spedzilismy na przechadzce po tym tranzytowym miescie. Udalo nam sie przez przypadek dostac na hale targowa - takie miejsca sa zawsze dla nas uczta krajoznawcza. Az szkoda ze nie mielismy naszego porzadnego aparatu. O 10tej zapukalismy do mieszkania mechanika, ktory od razu ucieszony zakomunikowal ze motor juz gotowy do drogi. Okazalo sie ze w gazniku olej zatkal przeplyw benzyny, niestety nie udalo nam sie zrozumiec, co zrobic jakby sie to kiedys powtorzylo. Jako ze dzien wczesniej o tym wspomnialem, zona mechanika przygotowala dla Madziuli prezent w postacie koralików - bardzo sympatycznie z ich strony.
Ruszyliśmy w drogę. Czekał nas niedługi odcinek, lecz bardzo piękny. Z dna doliny rzeki Magdalena (400 m npm) mielismy dojechać do Parku Narodowego Los Nevados. Nie więcej niż 100 km drogi, lecz konsekwentnie pod górę. Krajobraz stopniowo ulegał zmianie, my zaś co raz cieplej ubieraliśmy się. Piękne widoki. I niby nie widać pionowych ścian, lecz pokryte bujną roślinnością wzgórza, jednak przed zachodem słońca dojechaliśmy na ponad 4000 metrów. Oj, tu już czuć wysokość. Motorowi nie łatwo już prężyć muskuły, bananowce zmieniły się w wysokogórskie krzewy, niemniej wszędzie otaczały nas chmury, więc szczytów wulkanów nie mogliśmy zobaczyć.
Zamierzaliśmy wjechać do parku i dojechać na pole kempingowe, jednak znów musieliśmy zmienić plany. Po pierwsze, byliśmy już zbyt późno - o tej porze niebezpiecznie przy takim zachmurzeniu iść do schroniska. Po drugie, motory nie mają prawa wjazdu. Można za to skorzystać z oferowanego przez nich transportu autobusem. Wartownik tłumaczył mi ze to ze wzgledu na srodowisko. Swietnie ze chca go chronic, ale wlasnie kiedy to mowil z parku wyjechaly 2 autobusy, jeep i 3 osobowe, po czym przyjechala grupa kolumbijskich turystów na 20 quadach. Wtedy mnie już baaaardzo wkurzyli! Za wejśćie do parku i podwózkę autobusem musielibyśmy łącznie zapłacić prawie 230 zł za naszą dwójkę.... Wrócilismy sie kilka kilometrów do gospody, w której zjedlismy sobie cieply posilek i poszlismy spac. To był dobry krok. Noc była bardzo chłodna, jednak na to jestesmy b. dobrze przygotowani - cieple puchowe spiwory zdaly egzamin. Jednak perełką był widok wokół. Szczyt wulkanu pokrytego śniegiem na wyciągnięcie ręki. Chłód poranka, chmury gdzieś tam daleko w dole doliny. Zjedliśmy śobie śniadanie i postanowiliśmy podjechać bliżej szczytu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy wyszlismy raz jeszcze z gospody, ubrani gotowi do drogi - wierzchołek wulkanu byl ukryty juz w chmurach! Kilka jeszcze minut i chmury zaslonily juz wszystko co tylko mogly. Zmienilismy wiec plany: nie bylo szans juz na to ze bedzie lepiej. Cieszylismy sie tylko, ze udalo sie sie nam choc przez chwile zobaczyc piekny szczyt El Ruiz - najsłynniejszego wulkanu Kolumbii.

Zjechaliśmy z góry i udaliśmy sie do słynnych wód termalnych koło miasteczka Santa Rosa. Byliśmy jedynymi zagranicznymi turystami obok kolumbijskich emerytów. Miejsce bardzo pięknie położone, u stóp dwustumetrowego wodospadu. Widać jednak, że ośrodek powstał już z 60 lat temu. Ciekawostka to osobne przebieralnie dla kobiet i mężczyzn, wspólne zaś prysznice. Byliśmy jedynymi, którzy z nich skorzystali. Wody nas bardzo ogrzały, niektóre baseny były wręcz ciężkie do wytrzymania. Największa niedogodność wynikała niewątpliwie z naszego środka transportu - cały bagaż musieliśmy poodczepiać i powierzyć przechowalni, po czym znów go dobrze umieścić - aby cały załadunek się dobrze trzymał na tych wszystkich podjazdach, zjazdach czy zakrętach, trzeba naprawdę się trochę wysilić. Na wieczór dojechaliśmy do miejscowości Salento, leżącej u stóp ciągle tego samego masywu wulkanów. Miejscowość ta leży w pobliżu Doliny Cocora - do której przewodnik kazał nam przyjechać obejrzeć palmy woskowe - najwyższe palmy na świecie - niektóre osiągają 60 m.

Dziś pojechalismy obejrzec te dolinke z palmami. Zamiast jakiejsc wielkiej wedrowki upatrzylismy sobie stanowisko obserwacyjne na lace i podziwialismy palmy. Wiele ich kolo siebie na zboczu wyglada naprawde efektownie, jednak pojedynczo taka palma wydaje sie dosyc nieproporcjonalna - zdecydowanie wolimy inne gatunki. Pogoda jak w zegarku przyniosla kolo 13tej burze, wiec udalo nam sie podziwiac zmieniajaca sie scenerie. Reszte dnia spedzilismy na rozmowach na skypie z Polską, a także spotkanymi tu turystami. Naprawdę ciekawe osoby się tu spotyka. Np. córkę Łotyszów wychowaną w Anglii, która dochodzac 60tki sprzedala i rozdala wszystko co miala i udala sie w podroz. Naprawdę podziwiamy jej odwagę w podjeciu tej decyzji. Zostawic wszystko po tylu latach, i wybrac sie w podroz ktora nigdy ma sie nie skonczyc. Nie miec miejsca, do ktorego sie ma zamiar wrocic. Z drugiej strony pod naszym hostelem stoi dzis wielki zabudowany amerykanski pickup. Pewna para z Washington przyjechała tutaj przez całą Amerykę Centralną. Rzucili prace w Stanach i jadą na południe, po czym zawrócą kiedy przejedzą 60% pieniędzy po czym wrócą spowrotem do Stanów. Po czym znów znajdą pracę w domu. Śpią i gotują w samochodzie, więc najwięcej pieniędzy wydają na paliwo - swoją drogą trochę musi takie monstrum benzyny wychłeptać.

Tak więc jutro z samego rana opuszczamy Salento i jedziemy na południe. Nie wiemy co dokładnie jeszcze się wydarzy, ale postaramy się wkrótce o tym napisać.

Tymczasem polecamy kolejny zestaw zdjęć.
Bogota - Salento


Pozdrawiamy!!

Michał i Madziula

P.S.: W następnym wpisie postaramy się opisać nasze kolumbijskie wrażenia kulinarne, skoro jest taka potrzeba :) Pamiętajcie ze jesli Was cos interesuje, a o tym nie piszemy, to chetnie sie o tym dowiemy. No i czekamy na jakies maila od Was z newsami. Nie mowcie ze nic sie nie dzieje i dzien do dnia podobny...