Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty

22 kwietnia 2014

Kontynuujemy naszą filmikowo-piosenkową serię. Zobaczcie tym razem hit prosto z Meksyku: "Bo ja mam tylko jeden świat"


oraz "Moja mama jest wspaniała", który nakręciliśmy w Belize i północnej Gwatemali.


Ale się ten nasz Ignaś zmienia... Ciekawe, w którym kraju zrobi pierwsze kroki...?

Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

18 kwietnia 2014


W Belize, bardzo wyluzowanym kraju zieleni i hamaków, jest mała grupa osób, która jakby nie przystaje do reszty otoczenia. Grupa ta ma inny kolor skóry, mówi w innymi języku, kieruje się konserwatywnymi zasadami, w kontakcie z nieznajomymi jest raczej zdystansowana i, nie chcę być niesprawiedliwa, ale odważę się stwierdzić, że wyróżnia się pracowitością. Brzmi trochę jak przybysze z kosmosu? To bardzo ludzcy i sympatyczni menonici, wyznawcy protestanckiej religii.

Inny kolor skóry? Menonici są biali, mają niebieskie oczy i jasne włosy, ponieważ w ich żyłach płynie w 100% europejska krew. Religia ta powstała w XVI wieku na terenach Holandii. W wyniku prześladowań menonici emigrowali na wschód, osiedlili się na Żuławach i w Rosji, skąd w XIX i XX wieku część z nich przeprowadziła się do Stanów. A z USA niektórzy zdecydowali się przenieść na południe i tak właśnie znaleźli się między innymi w Meksyku i Belize. Trzeba tu dodać, że dzisiaj nie wszyscy menonici są pochodzenia europejskiego. Istnieje niewielka grupa Belizyjczyków, która przez obserwację i uczestnictwo w religijnych obrzędach zdecydowała się na dołączenie do menonickiego kościoła.

Inny język? Menonici zachowali język przodków - mówią w plattdeutsch, a więc języku dolnoniemieckim. Język ten wywodzi się z języka starosaksońskiego i posługują się nim dzisiaj niektórzy mieszkańcy północnych Niemiec i Holandii. W dolnoniemieckim mówi się nie tylko w menonickich domach, ale też w szkołach, w związku z czym z dziećmi nie sposób się dogadać. Znajomość innych języków - angielskiego lub też hiszpańskiego menonici nabywają z czasem poprzez kontakt z zewnętrznym światem.

Inne zasady, bardziej konserwatywne? Menonici żyją w założonych przez siebie osadach, z reguły z dala od innych ludzi. Ubierają się w skromne stroje, takie trochę jak z Dzikiego Zachodu :) Mężczyźni w prostych koszulach z długim rękawem, w paski lub kratkę, długich spodniach z szelkami, zabudowanych butach i zawsze z kapeluszem na głowie. Kobiety w sukienkach z bufkami, zawsze za kolano, z kapeluszem z kokardką, materiałowym czepkiem lub chusteczką na głowie. Zawierają wcześnie związki małżeńskie, rodzą wiele dzieci i restrykcyjnie przestrzegają przypisanych ról społecznych. Kobiety ogarniają dziecięcą ferajnę i prowadzą dom, a mężczyźni zarabiają na utrzymanie urodziny pracą w polu. Skala konserwatywności przestrzeganych zasad różni się pomiędzy osadami. I tak np.: w Lower Barton Creek menonici odrzucają wszystkie zdobycze cywilizacji. Poruszają się dorożkami napędzanymi siłą konia, domy oświetlają świeczkami, a w pracy na polu korzystają jedynie z własnoręcznie wydzierganych narzędzi. Młodzi mogą żenić się z kobietami pochodzącymi tylko i wyłącznie z tej samej osady. Generalnie obcy nie są tam mile widziani, wjazd zamyka brama z napisem "closed". Z kolei Spanish Lookout to najbardziej liberalna z menonickich osad. Menonitów pracujących tu łączy z innymi osadami kult ciężkiej pracy.

No właśnie, bardziej pracowici? Menonici stanowią 3,6% społeczeństwa Belize, a odpowiadają za większość produkcji rolnej kraju. Większość sera, mleka i produktów drobiowych dostępnych w Belize pochodzi od menonitów. Wszystko dzięki ciężkiej pracy? Nie tylko. Pomimo że osady menonickie nie mają zwartej zabudowy i składają się z raczej rozrzuconych budynków, menonici blisko ze sobą współpracują. Na przykład w osadzie Nueva Salamanca, w Meksyku, ustalany jest co roku produkt, który będzie rósł na prawie wszystkich polach. Dzięki temu tańszy jest zakup ewentualnych nasion, a i sprzedając można uzyskać większe korzyści skali. Osada ma swoich przedstawicieli handlowych, którzy jeżdżą po kraju i organizują zbyt dla menonickich produktów rolnych. W Spanish Lookout z kolei są menonici, którzy ciężką pracą dorobili się milionów. Wjeżdżając do osady, a właściwie miejscowości, z daleka widać wielkie silosy na zboża. Droga, wybudowana własnoręcznie, imponuje jakością, podobnie jak domy, które na tle belizyjskiej średniej skromnością nie grzeszą.

I wreszcie, bardziej zdystansowani? Niełatwy jest kontakt z menonitami. Obserwujący, nie zagadujący, skupieni na swoim, bez uśmiechu. Na zadane im pytania odpowiadali miło, ale bez wylewności, no może za wyjątkiem takiego jednego menonita ze Spanish Lookout, który bardzo lubił opowiadać o sobie [ale jak wspomniałam wcześniej, Spanish Lookout to trochę inna bajka]. Najdziwniejsze wrażenie zrobiły na nas dzieci. Takie dziecięco ciekawe nowych przybyszy, ale i jednocześnie tak niedziecięco poważne. Nie widzieliśmy nigdzie bawiących się dzieci, nie słyszeliśmy nigdzie dziecięcego śmiechu, choć trzeba przyznać uczciwie, że nie spędziliśmy tam dużo czasu. Zazwyczaj przy rodzicach, posłusznie, bez słowa sprzeciwu i zawahania wykonujący kolejne polecenia. Widzieliście może film "Biała wstążka"? Nie mogłam przestać o nim myśleć widząc te menonickie dzieci, jakiś taki bardzo podobny klimat.

Wielkie przedsiębiorstwa w Spanish Lookout

Jedna z najbardziej konserwatywnych menonickich osad - Lower Barton Creek, nie wygląda zapraszająco z tą bramą wjazdową.

Poza rolnictwem menonici zajmują się również produkcją 
W osadzie Nueva Salamanca

W tym roku cała Nueva Salamanca uprawia sorgo


W pobliżu menonickich osad

Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

6 kwietnia 2014


50 000 ludzi zginęło w latach 2006-2011 w ramach wojny wypowiedzianej przez prezydenta Felipe Calderona gangom narkotykowym. Patrząc na tą liczbę i śledząc newsy dobiegające z polskich / europejskich mediów można się Meksyku naprawdę przestraszyć. Jak to jednak ze wszystkimi newsami bywa, media pokazują tylko wycinek rzeczywistości, niekoniecznie budując w naszych głowach obiektywny obraz. A statystyki są suchymi liczbami i niech pozostaną narzędziem pracy statystyków, a nie podstawą naszych osądów, jeśli nie mamy innych zmiennych. Czy rzeczywiście jest w tym Meksyku niebezpiecznie?

Meksyk to wielki kraj, mówiąc o bezpieczeństwie trzeba o tym bardzo pamiętać, bo region regionowi nie jest równy. Mieszkaniec Kabat jeżdżąc codziennie metrem do pracy w centrum nie odczuwa na własnej skórze mało przyjemnej Brzeskiej na Pradze Północ. Co tu dopiero mówić o Meksyku, który jest 14 największym krajem na świecie z powierzchnią równą prawie 2 000 000 m2. Za najbardziej niebezpieczny region uważana jest szeroko pojęta północ, pogranicze ze Stanami z Ciudad Juarez na czele. Nienajlepiej dzieje się również w okolicach Acapulco i Michoacanie, czyli generalnie tam gdzie najsilniejsze są gangi narkotykowe. To głównie walki narkotrafikantów tworzą ponure statystyki przestępczości w Meksyku. Walki te nie są z reguły skierowane w zwykłych obywateli, choć oczywiście można mieć pecha i znaleźć się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwej chwili. Sytuacja jest płynna, warto więc śledzić rozwój sytuacji na bieżąco. Sytuacja w Michoacanie pogorszyła się na przykład stosunkowo niedawno. Ludzie powołali tam własną armię do walki z gangami, na co armia meksykańska zareagowała natychmiastowo, wkraczając do stanu. Konflikt przybrał tam więc formę trójstronną: ludzie – gangi – państwo. Wiedząc powyższe nie zapuszczaliśmy się w zakamarki północy, odpuściliśmy sobie Michoacan i Acapulco. Na ile doniesienia medialne przekładają się na odczuwane tam przez lokalnych mieszkańców bezpieczeństwo nie wiemy. Pewnie znowu zależy od miejsca i regionu, jeden stan Meksyku potrafi odpowiadać powierzchni połowy Polski. Z Michoacanu, czy północy nie mamy doświadczeń, nie będziemy wiec się wypowiadali. Napiszemy jak odczuwaliśmy bezpieczeństwo w reszcie kraju, tam, gdzie spędziliśmy 2,5 miesiąca.

Wjechaliśmy do Meksyku z dużą dozą ostrożności. Wielu Amerykanów odradzało nam Meksyk, budując swoje przekonanie na podstawie przeczytanych newsów, a nie własnego doświadczenia. Granicę przekroczyliśmy wcześnie, żeby tego samego dnia jak najdalej od niej odjechać. W każdym możliwym miejscu pytaliśmy ludzi, czy bezpiecznie, na co uważać, gdzie nie chodzić, żeby nie ryzykować. Trochę paranoiczne było nasze nastawienie, przyznajemy. Kiedyś byłoby inaczej, ale teraz, od kiedy odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za siebie samych, nie chcieliśmy zrobić o jeden krok za dużo.

 Nasze oczy mówiły, że do zachodnioeuropejskiego rozumienia słowa bezpiecznie jest nam daleko. Okna okratowane, domy za murami ozdobionymi ciasno drutem kolczastym. Na drogach kontrole policyjne i wojskowe. Siedzą sobie tacy ubrani na czarno komandosi za stertą opon i worków z piachem z wielką bronią i tylko nos im wystaje. Albo jeżdżą po autostradach turbo-hamerami, uzbrojeni dosłownie po zęby, z lufami skierowanymi w cały świat. Wielka demonstracja siły. W hotelach ludzie mili, ale i z ograniczonym zaufaniem. Pilot do telewizora wydawany na recepcji pod warunkiem zostawienia depozytu, klucz do pokoju przekazywany dopiero po zapłaceniu za pokój. Czasami nawet nie chcieli dać nam klucza, żeby Ignasia położyć, mimo, że obiecywaliśmy, że za sekundkę wrócimy i zapłacimy. Najpierw formalności i zapłata, potem klucz.

 Z drugiej strony jednak widzieliśmy, że ulice tętnią życiem po zmroku. Na głównych placach zabawa trwa do późna, ludzie żyją i bawią się zupełnie normalnie. Nasz samochód stał zazwyczaj zaparkowany w nocy na ulicy, często z bagażnikiem wypchanym po brzegi. Za każdym razem, gdy pytaliśmy ludzi o bezpieczeństwo, widzieliśmy na twarzy uśmiech i zdumienie [co za pytanie!], po którym przychodziło zapewnienie, że jest tu bardzo spokojnie i nie ma powodów do zmartwień. Nigdy nas nikt przed niczym nie ostrzegł, nigdy, ani przez sekundę nie byliśmy świadkami choć wątpliwej sytuacji. Identyczne doświadczenia mieli inni spotkani po drodze podróżujący.

Wieczorami życie kwitnie na zocalo - głównym placu
Za sprawą Ignasia nie mamy pojęcia o życiu nocnym w Meksyku. Nie jeździliśmy po nocach samochodem ani nie poznawaliśmy pustych rewirów miast po ciemku. Zachowując jednak podstawowe zasady bezpieczeństwa, żyliśmy i podróżowaliśmy normalnie i przez cały nasz 2,5 miesięczny pobyt w Meksyku czuliśmy się bezpiecznie. Początkowa lekka paranoja zbudowana na zasłyszanych opiniach bladła każdego dnia dzięki otaczającym nas ludziom i codziennym doświadczeniom. Przestaliśmy z czasem myśleć w kategoriach bezpiecznie / niebezpiecznie. Widzieliśmy piękny rozwijający się szybko kraj, z siecią autostrad której Polska, proporcjonalnie do swojej powierzchni, za 50 lat się nie dorobi. Widzieliśmy kraj, z wielkim potencjałem rozwoju i wielkim bogactwem. Kraj, którego nigdy (!) nie nazwalibyśmy trzecim światem, jak to wielu spotkanych przez nas Amerykanów twierdziło. Kraj, w którym dostatniość, wszechobecne centra handlowe, hipermarkety, dobre samochody, wcale nierzadkie najlepszej klasy komóry mieszają się z elementami trzecio-światowości – konikami ciągnącymi powozy, ludzi z chrustem na plecach i prostymi domkami otoczonymi bananowcami. Widzieliśmy kraj z przeuroczymi ludźmi, śmiejącymi się, otwartymi, gościnnymi, zawsze chętnymi do potrzymania i rozbawienia Ignasia, podrygującymi w rytm wszechobecnej muzyki, często granej na żywo.


Meksyk to świetny kraj, rewelacyjny na pierwszy kierunek podróżniczy z dzieckiem, żeby spokojnie, w bezpiecznych, przyjaznych i ciekawych realiach przekonać samego siebie, że podróżowanie z dzieckiem jest możliwe i może być wspaniałe. Każdemu polecamy Meksyk, my tam na pewno jeszcze wrócimy!


Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

4 kwietnia 2014


W drodze są takie miejsca, w których z do końca nieokreślonych przyczyn zostajemy na dłużej. Choć wcale tak nie planowaliśmy, choć często wcale nie są „nasze”. Tym razem takim miejscem stała się Playa del Carmen, stolica bakpakerska meksykańskiej riwiery.

Wybrzeże karaibskie Jukatanu to takie drugie Los Cabos. Nadźgane hotelami i resortami poprzecinanymi parkami przygody, aquaparkami, prywatnymi rezydencjami. Plaże, owszem piękne. Jak z pocztówki prosto z Karaibów. Biały piasek, drobny jak mąka. Woda turkusowa. Niebo intensywnie niebieskie. Do tego wszystkiego intensywna zieleń palm. Niby bajka, ale trudno tu o intymność, ceny z kosmosu, zupełnie nie przystające do reszty Meksyku, a dookoła słychać więcej angielskiego niż hiszpańskiego. Playa del Carmen to dodatkowo wielka imprezownia, z główną ulicą przypominającą bardzo tajskie Khao San Road. To jak to się stało, że zatrzymaliśmy się tam na dłużej? Zaczęło się od prozaicznych tematów. (1) Ignasiowi trzeba odświeżyć garderobę, bo przymałe już wszystko na niego. (2) Czas kupić mu pierwsze buty. Intensywnie podnosi się na wszystkich napotkanych murkach, słupkach, skrzynkach, krzesłach i próbuje robić pierwsze kroki z podpórką, niedługo przyda się więc podeszwa dla jego małych stópek. (3) Słoiczki z dziecięcym jedzeniem – kierujemy się dalej na południe i nie wiemy czy będą tam tak powszechnie dostępne jak są w Meksyku, trzeba więc zrobić zapasy. (4) Zapasy nasze – musimy odwiedzić aptekę, supermarket, jakieś sklepy z częściami samochodowymi. Wszystko drobiazgi, niby nic bez czego nie możemy dalej jechać, ale przez to, że w meksykańskiej rzeczywistości zaczęliśmy już czuć się trochę jak u siebie, łatwiej nam pozałatwiać rzeczy tu niż będzie dalej. Na te wędrówki pomiędzy sklepami nałożyły się oczekiwania na dwie paczki ze Stanów – jedną z reklamowanym aparatem a drugą z dostawą jedzenia dla dzieci… Tak, tak, DHL miał przywieźć nam tubki z papkami dla dzieci, z USA do Playa del Carmen. Chyba każda mama może pozwolić sobie na jakieś szaleństwo w stosunku do swojego pierwszego dziecka, prawda? Te meksykańskie Gerbery śmierdzą jak tania polska mielona. Niech więc Ignaś choć co drugi dzień ma smakowitą ucztę :)
Największy wpływ na nasz przedłużony pobyt w Playa miała jednak choroba Ignasia, pierwsza w jego 9 miesięcznym życiu. Zaczęło się od gorączki, później kaszel, katar i dużo marudzenia. Holenderka z bazy nurkowej na Cozumelu poleciła nam jakiegoś pediatrę w Playa, żeby jednak w pełni zapanować nad sytuacją musieliśmy zostać na trochę w jednym miejscu.

Zatłoczona plaża w Playa del Carmen ma swoje plusy, jest więcej towarzyszy zabawy!

Część nocy spędziliśmy na campingu pod Playa


U pani doktor

Kupujemy pierwsze buty - okazało się, że stopa Ignasia jest taka gruba, że z 70 par na stopę wchodziła tylko jedna ;)

Zapasy, zapasy...
Znaleźliśmy w Playa del Carmen nasze miejsca. Hotel oddalony od wybrzeża w bardzo przyzwoitej cenie. Knajpkę z pysznym i tanim menu obiadowym. I kawiarnię z najlepszą w Meksyku kawą serwowaną przez Paula. Zakumplowaliśmy się z Anglikiem Paulem. Wpadaliśmy do niego codziennie nie tylko na kawę, ale i pogadać. O tym, jak Ignas i co z nurkowaniem w cenotach. O życiu i o tym co dalej. A Paul, kiedyś menedżer w londyńskiej firmie, opowiadał jak to się stało, że teraz kawę serwuje w Playa del Carmen i jakie jest życie expata w Meksyku.

W odwiedzinach u Paula
Najlepsza kawa w Playa del Carmen jest u Paula! I jakie ciastko czekoladowe ma!
Cieszyliśmy się jak znowu przyszło nam pakować samochód do drogi. Co prawda niedalekiej, ale zawsze do przodu. Kolejny stop – Tulum, chyba najładniej położone ruiny Majów w Meksyku. Rozbiliśmy namiot na plaży koło ruin i bladym świtem poszliśmy je zobaczyć. Majowie z głębi Półwyspu musieli zazdrościć tym z Tulum widoków. Bo raczej nie okazałości miasta. Tulum ogląda się dla położenia, same ruiny ustępują świetności zarówno tym z Palenque jak i Yaxchilanu. Biały piasek, palmy, skały i piramidy Majów na nich wyglądają pięknie, jest jednak jeszcze jeden element, który dopełnia obrazek – iguany! Ile ich tam! Jak spotkaliśmy pierwszą, wisieliśmy nad nią ze 20 minut, robiąc zdjęcia z różnych stron i obserwując jej ruchy. Chwilę dalej okazało się jednak, ze jest kolejna i kolejna, a dalej 5 koło siebie, 7 na skałach, 6 w trawie. Niesamowite. Iguany traktują to miejsce jak swój dom, niewzruszone, bez obaw, pewnie przekraczają ścieżki i patrzą z góry z kamieni na gapiących się na nie turystów. 







Po wizycie w upalnych ruinach mieliśmy ochotę na jedno – dać nura i nie wychodzić na powierzchnię do zmierzchu. Nury najciekawsze są tam, gdzie jest jakieś życie pod wodą nawet przy brzegu. Pojechaliśmy więc do Akumalu, zaraz przy plaży można tam podobno pływać z żółwiami morskimi. Nie my jedni oczywiście o tym usłyszeliśmy. Plaża przepełniona ludźmi, woda aż kolorowa od wystających z niej płetw i rur. Wiele osób przyjeżdża tam na toury. Klimat jak z Cozumelu, snorklowanie za przewodnikiem, tym razem w poszukiwaniu żółwi :) Założyliśmy więc nasze wal-martowe płetwy i maskę i na zmianę wskakiwaliśmy w wodę, żeby gdzieś między tymi grupami i tourami znaleźć żółwia. Spotkaliśmy niejednego! Zobaczcie sami, oto one! Super sprawa, takie pływanie tuż za żółwim ogonem.



W nocy namiot został poddany pierwszemu testowi wodoodporności. Prawdziwa tropikalna ulewa, taka, w której trudno rozmawia się w środku, bo nie słychać drugiej osoby. Namiot fruwał we wszystkie strony, Michał co chwilę wyskakiwał z namiotu, żeby wypadające z piasku szpilki przymocować. Odchodziła jedna burza, przychodziła następna. I tak przez całą noc. Ignaś spał jak zabity, po pierwszej burzy dołączył do niego tata i tylko mama i jej wielka głowa czuwały płytko śpiąc całą noc.

Więcej zdjęć:
Riviera Maya


Magda

1 kwietnia 2014


Matka Natura popisała się na Jukatanie. Plażami i najbardziej turkusowym kolorem wody...? Tak, tym też. Najbardziej jednak popisała się cenotami.

Cenoty to naturalne studnie, znajdujące się w wapiennych skałach, połączone z systemem wód podziemnych. Czasami posiadają lustro wodne na powierzchni ziemi, czasami światło dzienne wpada jedynie przez wąskie otwory, zdarza się też, że nad wodą jest zupełnie ciemno. Wapienne skały znakomicie filtrują wodę, przez co jest ona krystalicznie czysta. Jak szkło. Woda bardziej przejrzysta niż w cenocie być po prostu nie może. Nie tylko woda jest w cenotach niezwykła. Otaczają ją piękne formacje skalne. Stalaktyty, stalagmity, kryształy. Czasami w skałach znaleźć można skamieniałości. 

Wyobraźcie sobie teraz, że jesteście na Jukatanie, na którym żar leje się z nieba przez większość dni w roku. I w tym żarze jest ponad 6000 cenot, z przyjemnie chłodną, krystaliczną wodą, w której można pływać. Wskakujecie do wody, unosicie się na wodzie na plecach, i patrzycie jak migają przed oczami kolejne stalaktyty i otwory w suficie, wpuszczające do środka wiązki światła. Wspaniałe te cenoty!

W drodze na Cozumel zanurzyliśmy się w dwóch cenotach - w okolicach Cuzama i Valladolid (cenote Samula). Pierwsza mało popularna, z pięknymi stalaktytami i drewnianym podestem, idealnym do pluskania się przez Ignasia. Druga przez swoją bliskość do Chitchen Itza zrobiona na wielką turystyczną atrakcję. Wciąż jednak zaraz po otwarciu można mieć ją całą dla siebie. Bardzo wiele cenot znajduje się na prywatnych terenach, przez co w wielu miejscach płaci się za wstęp. Symboliczna opłata nie boli, przy niektórych cenotach ludzie przeszli jednak samych siebie. Na przykład w Cuzama. Tam do najbardziej znanych cenot można dojechać tylko drezyną napędzaną siłami konia za równowartość jednego wcale nie najtańszego noclegu.


Cenote Samula


Na Jukatanie obok cenot są też jaskinie. Tu schodzimy po drabinie do świetnych Grutas de Calcehtok




Najfajniejsze w tych cenotach jest jednak to, że niektóre nadają się do nurkowania. Wiele wiele lat temu czytałam artykuł o ciekawych miejscach do nurkowania na świecie i jednym z nich były właśnie cenoty na Jukatanie. Te zdjęcia... Wryły się w moją pamięć na zawsze i jak tylko zdecydowaliśmy, ze tym razem Meksyk odwiedzimy, wiedziałam, ze nurkowanie w cenotach musi znaleźć się na naszej drodze. Obczytaliśmy Internet i wybraliśmy dwie cenoty w okolicach Playa del Carmen na nasz jaskiniowy pierwszy raz - Chac Mool i Kukulkan. Ale wybrać i zapłacić zaliczkę to jeszcze nie zanurkować. Ci, co mnie znają wiedzą, że ja cykor jestem :) Bliskość nurkowania w cenotach, mimo że wymarzonego, uruchomiła lawinę lęków. Bo ciemno tam. Bo dach nad głową. Z pomocą przyszła pierwsza gorączka Ignasia. Priorytetem stało się znalezienie lekarza i wyjaśnienie o co chodzi, nurkowanie odwołaliśmy więc w ostatniej chwili. Po dobie jednak Ignasiowi przeszło, wtedy Micho musiał wziąć się do roboty i zawalczyć z moją głową. Niełatwo miał, ale wiecie, z niego twarda sztuka, on się łatwo nie poddaje. Wygrał i tym razem, za co byłam mu zaraz po wynurzeniu najbardziej w świecie wdzięczna! Za słabo władam słowem, żeby opisać jak pięknie tam było. Krystalicznie czysta woda jest w czasie nurkowania po prostu niewidoczna. Patrzysz na ludzi dookoła siebie i wydaje Ci się, że wiszą w powietrzu. Latarkami oświetlasz sobie drogę, ale tylko głębiej w jaskini. Przy wejściu, pod wodą, światło dzienne przecina wodę jak laser. A właściwie mnóstwo wiązek lasera. Widoku "wiszących" nurków na tle tych wiązek promieni słońca nie zapomnimy nigdy. Schodzisz głębiej, robi się ciemniej, ale latarka dobrze oświetla skały przed Tobą. Widzisz stalaktyty, stalagmity, wszystko zalane wodą. Na ok. 12 metrach drastycznie pogarsza się widoczność. Jakbyś nagle ktoś oleju do wody nalał. To haloklina, warstwa, w której woda słodka miesza się ze słoną. Schodzisz 20 cm niżej i znowu jest przejrzyście. Nie tak jak na górze w słodkiej wodzie, ale znacznie lepiej niż w oleju. W czasie nurkowania w Chac Mool wynurzyliśmy się w jednym miejscu w trakcie nurkowania. Mała dziurka na powierzchnię sprawia tam, że można normalnie oddychać. Tuż nad głową milion stalaktytów. Drobniutkich, jak igiełki, gęsto utkanych. A pomiędzy stalaktytami konary drzew, które szukają wody do picia. Zobaczcie na to! [Nie mamy zdjęć własnych, dlatego udostępniamy Wam kilka zdjęć udostępnionych na Flickr w ramach licencji Creative Commons. Wybraliśmy zdjęcia najlepiej przypominające nam to co zapamiętaliśmy]
 
Źródło: Flickr.com, użytkownik Lance Gardner
Źródło: Flickr.com, użytkownik Lance Gardner
Źródło: Flickr.com, użytkownik Pavel Yudaev
Źródło: Flickr.com, użytkownik Pavel Yudaev
A Ignaś? Tym razem zostawiliśmy go pod opieką Irmy poleconej nam przez szkołę Scuba Libre. Ignaś tak dobrze bawił się z nią na plaży, że wyciągał do niej ręce jak mu machała na do widzenia... 

Ignaś z drugą opiekunką, a w tle Samuel nasz cenotowy przewodnik.
Więcej zdjęć:
Cenoty


Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

28 marca 2014


Zanurkowaliśmy! Po raz pierwszy od czterech lat, razem, zobaczyliśmy, co słychać pod powierzchnią morskiej wody. Nie mniej nam się to podobało niż za pierwszym razem. A może nawet bardziej, bo jeszcze nigdy nie widzieliśmy tyle stworzeń i tyle różnego korala na raz.

Ale po kolei. Z Chiapas pojechaliśmy na karaibskie wybrzeże Jukatanu, zahaczając po drodze o kolejne kolonialne miasta - Campeche, Meridę i Valladolid. Z Playa del Carmen wzięliśmy prom samochodowy na Cozumel i to ta właśnie wyspa stała się naszą mini bazą do poznawania tego, co pod wodą. Cozumel uznawany jest za jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania na świecie. Jest tam w związku z tym wielka baza nurkowa stworzona w dużej mierze pod Amerykanów, a więc idealne miejsce dla nas. Piękny koral, piękne życie podwodne, a przy tym wysokie standardy bezpieczeństwa i dobrzy instruktorzy psycholodzy - rzecz konieczna przy mojej spanikowanej głowie i małym doświadczeniu.

Tylko jak wybrać szkołę, tą jedną ze stu? Opinie mają wszystkie raczej bardzo dobre. Kryterium mieliśmy dlatego jedno - znaleźć szkołę, która pomoże nam w zorganizowaniu godnej zaufania opiekunki dla Ignasia. Pomógł wszystko wiedzący google i tak trafiliśmy na Dive Choice, szkołę prowadzoną przez meksykańsko - holenderską parę. Karen i Ricardo mają 4- letniego synka, który swego czasu miał opiekunkę Luzmę. Ignaś został więc na prawie 6 godzin z Luzmą w domu z miliardem zabawek i psem. Wielki pies to wielka atrakcja. Mimo wszystko zastanawialiśmy się jak to będzie, Ignaś po raz pierwszy w życiu zostawiony w ciągu dnia z opiekunką, Ignaś po raz pierwszy w ciągu dnia bez nas. Jak zaśnie, skoro zasypia zawsze u mnie na rękach w czasie karmienia? Będzie tęsknił / płakał? Normalnie uwielbia ludzi i każdy jest jego kumplem, ale i czy tym razem tak będzie? Wiecie, takie rodzicielskie rozkminy :) Luzma nie podzielała naszego przejęcia. Trójkę swoich dzieci wychowała, w niejednym domu pracowała, to też sobie poradzi.

Poznajcie Luzmę

Po dniu z Luzma Ignaś znalazł nowe towarzystwo na plaży
Ile my ryb, rybeczek i rybsk widzieliśmy pod wodą! Wszystkie kolory tęczy i to jeszcze jakie jaskrawe. Ławice i pojedyncze sztuki. 5 żółwi morskich, jeden jedzący z dna. 3 rekiny, wielka płaszczka, do tego wielgaśne homary, jakich talerze nie widziały, stadko ryb najeżkowatych, gatunki endemiczne dla Cozumelu. Nie mamy niestety zdjęć z naszych nurkowań, jedyne co więc możemy Wam pokazać, żeby choć trochę przybliżyć Wam tamten świat to te dwa linki. Pierwszy ze zdjęciami ze spotu Palancar Garden, drugi z albumem ryb. Przepięknie, mógłby się ten tlen w butli tak szybko nie kończyć... :)

A Ignaś? Ignaś przywitał nas z tak samo niewzruszoną miną jak nas pożegnał. Bardziej interesowało go to dokąd właśnie idzie pies. I nie był przyklejony do nas resztę dnia, tylko po południu na plaży pomaszerował do meksykańskiej rodziny i przesiedział w ich towarzystwie cały nasz plażowy czas.


Rafa koralowa przy samej plaży na Cozumelu






Sam Cozumel, poza nurkowaniem, nie jest jakimś miejscem do polecenia. Codziennie rano gigantyczne wycieczkowce wypluwają tam tysiące amerykańskich turystów. Zdarza się, że do brzegu zawija kilkanaście promów naraz. Możecie wyobrazić sobie, co się dzieje, jak na małym wakacyjnym terenie znajdzie się tłum Amerykanów korzystających ze swoich kilku dni bardzo pracowicie zbieranego cały rok urlopu. Wokół portu ustawiają się ludzie oferujący samochody do wynajęcia. Mają Ci Meksykanie nosa, Amerykanin bez samochodu - google powiedziałby "podana fraza nie została odnaleziona". Są więc do wynajęcia małe chevrolety, większe nissany, terenowe jeepy (które szutrów na Cozumelu nie widzą), samochody domoróbki, motorki, skuterki, segwaye itd itp. I całe to towarzystwo jeździ jedyną drogą dookoła wyspy, zatrzymując się na co ładniejszej plaży. Niektórzy jeżdżą autobusami lub większymi taksówkami z przewodnikami. Mają briefing przed wejściem na plażę, przewodnik pokazuje im, w którym miejscu wejść do wody. Jeśli zatrzymują się w miejscu, w którym możliwy jest snorkeling, przewodnik wchodzi do wody razem z nimi i oprowadza ich po rafie. Ceny z kosmosu. Nie trochę wyższe, średnio 2-3 razy wyższe niż w Meksyku, zazwyczaj podawane w dolarach.

Trudno było nam znaleźć w tym wszystkim miejsce dla siebie. Tak, żeby zostać na kilka dni i cieszyć się naszym byciem na Karaibach. Częściowo nam się to udało. W supermarkecie kupiliśmy zestaw do snorkelingu, dzięki czemu ominęliśmy drożyznę w wypożyczalniach. Na obiad znaleźliśmy pyszną tanią knajpę z "menu del dia". A na noc rozbiliśmy namiot na plaży po tej bardziej dzikiej, wschodniej stronie wyspy. Trochę musieliśmy się pouśmiechać, żeby się udało, bo generalnie wschód wyspy jest "zamykany" przez wojsko na noc, nie ma tam hoteli i nikt tam wstępu po ciemku nie ma. Na jednej z plaż poznaliśmy jednak sympatycznego Guillermo, który strzegł w czasie nocy posesji z restauracją. Pokazał gdzie rozbić namiot i gdzie postawić samochód, żeby jak najmniej rzucać się w oczy. A jakby w nocy policja szukała właścicieli samochodu, Guillermo miał powiedzieć, że padł nam akumulator i po samochód wrócimy dnia następnego.  Pierwsza noc była cudowna. Drugiej nocy już zbieraliśmy się do spania, gdy na mikro zakręcie przed knajpą para miejscowych nastolatków rozbiła się na motorze o barierkę. Motor padł, dziewczyna w szoku i poobijana, musieliśmy im jakoś pomóc. Michał chciał ich zawieźć do szpitala, ale Guillermo powiedział, że wojsko w życiu nie wpuści go z powrotem. A w namiocie spał już Ignaś. Jedyną osobą z działającą komórką był Michał, a jedynym miejscem z zasięgiem dach restauracji. A więc Michał wdrapał się na dach i zadzwonił po pogotowie. Byliśmy pod wrażeniem jak szybko przyjechali, a razem z nimi policja, która zaczęła dopytywać się o właścicieli samochodu i o to, gdzie jest osoba, która zadzwoniła na pogotowie. Guillermo powiedział im lojalnie historię z akumulatorem i przyznał, że to on dzwonił na pogotowie. A my kryliśmy się w tym czasie w namiocie i ratowaliśmy wymiotującego Ignasia. Poranek za to i po drugiej nocy był przepiękny.









Więcej zdjęć:
Cozumel


Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS