Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boliwia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boliwia. Pokaż wszystkie posty

13 marca 2010



Rano w Uyuni poszliśmy do mechanika usłyszeć prawde – czy udalo się reanimowac akumulator, czy tez musimy czekac az skonczy się strajk w La Paz, minie weekend i będą mogli sprowadzic nowy akumulator. Wieczor wczesniej stwierdziliśmy, ze choćbyśmy mieli czekac na nowy akumulator tydzień czy dwa, nie odpuścimy i nie pojedziemy oglądać laguny jeepem.

Akumulator odratowac się udalo. Odpowiedzi na pytanie jak dlugo wytrzyma jednak nie uzyskaliśmy. Powiedzieli nam jedynie, ze do Chile powinno udac nam się dojechac. Nie wiedzieli jednak, jak chcemy to wszystko zobaczyc. A zalozenia nasze były następujące. Jedziemy pomalu, nie do konca bezposrednio – zbaczamy z głównego szlaku, jak tylko cos nam się podoba. Zatrzymujemy się duzo, nigdzie się nie spieszymy, szanując jednak przy tym wszystkim czas, rano wstawajac. Cieszymy się kazda chwila i nie martwimy czy cos stanie się z motorem. Carpe diem. Z zalozenia wiec już wiedzieliśmy ze zajmie nam to duzo dłużej niż standardowym wycieczkom w ten region. Jak dlugo? - mialo się dopiero okazac. I mimo ze z tyłu naszych glow był ten wątpliwej jakości akumulator i wiedzieliśmy ze jedziemy w tereny na tyle odludne, ze w razie czego ciezko nam będzie o jakakolwiek pomoc, obiecaliśmy sobie, ze zrobimy wszystko, żeby mysli mieć czyste, a nastawienie pozytywne. Za dlugo na to czekaliśmy. To wlasnie przez ten region i przez salar zdecydowaliśmy się pojechac w te podroz do Ameryki Poludniowej. Czekalismy na przejazd przez obszar lagunowy od Kolumbii. Musi się wszystko udac.

Po zrobieniu ostatnich zakupow, napelnilismy dwa kanisterki – jeden benzyna (10l), drugi woda (tez 10l), Micho opracowal niezły patent na kalosze (bo po co w nich jechac skoro slonce takie piekne!) i wyjechaliśmy ok. 12 z Uyuni. Już trzeci dzien z rzedu swiecilo piekne slonce, a na niebie nie było zadnych chmur. Wiedzielismy wiec ze droga, która mamy do pokonania do San Cristobal musiala wyschnąć i jest w lepszym (czyt. mniej błotnistym) stanie niż ta do Colchani – na Salar de Uyuni.
Jednak nie zdazyl sie jeszcze dobrze rozgrzac silnik, a juz mielismy pierwszy postoj. Tuz za Uyuni jest tak zwane cmentarzysko pociagow, gdzie stoja sobie i niszczeja nikomu juz nie potrzebne wagony i lokomotywy, niegdys sluzace do transportu kruszcow do Chile do Antofagasty. Teraz już nikomu dłużej nie potrzebne, stoją i rdzewieją, popisane grafiti, niektóre z nich są nawet całkiem dowcipne. Obowiązkowy pierwszy punkt wycieczek zorganizowanych. W sumie całkiem fajnie, można było do woli szukać ciekawych miejsc, których było całkiem sporo. Aż dziw że nikt tego nie pilnuje, a drugi nikt nie próbuje rozkraść. A w Polsce na złom wycinane są tory wciąż znajdujące się w użyciu...



Tuż za cmentarzyskiem otworzyla się przez nami przestrzen, przestrzen niczm nie ograniczona. Droga – tarka niemilosierna, ale rzeczywiście sucha. Radosc – wielka. Bo jedziemy, bo udalo się wyruszyc, bo jest plan, bo wydaje nam się, ze o wszystkim pomyśleliśmy. Zalozenia wypelniamy i stajemy co chwile. I myslimy sobie, ile to zalezy od kolejności zwiedzania. Jadac z przeciwka z Chile pewnie nie zwrócilibyśmy na te czerwone rzeki, które mijamy uwagi, pewnie nie chciałoby nam się do tej spekanej ziemi i 500m od drogi położonej kaluzy podejść, tylko byśmy już Salara w dali wypatrywali. Teraz chce nam się natomiast WSZYSTKO. I dobrze. I tak ma być!

Do San Cristobal (niecałe 100km od Uyuni) dojeżdżamy około 17. I decydujemy się przerwe zrobic. Za godzine zacznie się robic ciemno, a tu możemy zjesc za przyzwoite pieniadze cos cieplego i przenocowac się w alojamiento, w którym jest prysznic (nie jest wcale to w alojamientos na boliwijskiej wsi oczywistość) i kontakt w pokoju (kontakt tez wcale oczywistością nie jest, jedynym standardem są cztery sciany, sufit i lozko). Szczególnie ten kontakt nas kusi – zepsula się nam bateria zapasowa w aparacie, a rezerwowa, przy tak zimnych nocach i czestym uzywaniu nie wytrzyma wiecej niż 3-4 dni. W alojamiento nocuja oprocz nas 3 jeepy z turystami. Nocleg jak się okazuje nieplanowy. Kolo Laguny Colorada był wypadek. Dwa jeepy nie wiemy z jakiej przyczyny mialy dachowanie. A ze oni przyjechali na miejsce wypadku jako pierwsi pomagali wydostac ludzi itp. itd. zajelo im to 3 godziny, jedna laska musiala zostac odwieziona do szpitala, przez co nie zdaza dojechac do planowanego noclegu na Salarze. No i jeszcze po drodze trzy kapcie zlapali, wiec dzien kiepski.

Przed San Cristobal zaskakuje nas znaczna poprawa stanu drogi. Lepszej drogi nieasfaltowej wrecz nie można sobie wyobrazic. Pozniej w miescie okazuje się ze w San Cristobal znakomicie prosperuje kopalnia, która inwestuje w lokalna infrastrukture – w tym w droge do Uyuni i Aloty. Czyli dobry news – nastepnego dnia czeka nas rownie dobra droga :) Poza tym w wiosce jest kafejka internetowa, salon pieknosci i drogi hotel. A spodziewalismy sie braku cywilizacji. Film na dziś: Amelia Earhart. Nie robi wielkiego wrażenia, ale oglądamy z ciekawoscią.

Albumy zdjęć zamieściliśmy wedlug dni. Dzien pierwszy:

Uyuni - San Cristobal


Nastepnego dnia rano wyjeżdżamy ok. 9.30 do Aloty. Jedziemy tylko dopelnic paliwa, bo w San Cristobal znajduje się ostatnia stacja benzynowa na naszej trasie. A na stacji spotykamy Amerykanina spod Bostonu, ktory jedzie na motorze takim jak my. Tyle ze on juz dzis zdazyl przyjechac tu z Uyuni, czyli wypelnic nasz wczorajszy plan. Sa jednak motocyklisci i motocyklowi podroznicy :)
Zaczyna robic się pagórkowato, jeszcze nie gorzyscie, ale przestrzen zaczyna być czyms ograniczona. Stada lam, co jakis czas mala wioska, wszedzie kepki trawy. Mijamy maly salar. I kiedy tak wpatrujemy się w Salar, przez droge przebiega stado strusi. Wiec my z motoru i za nimi. Technika podejścia – wpojona nam przez Eriberto, najlepiej zbliżać się obchodząc. Skradamy się cicho, ale sprawnie. Strusie nas jednak w koncu dostrzegaja i malo nog nie polamia tak szybko uciekaja, machajac przy tym mocno skrzydlami zeby jakos slalomem krzaki mijac. Dajemy im spokoj. Brakuje nam zooma do dobrego zdjęcia, mimo wszystko jakos je widac :).



W Alocie probujemy znaleźć miejsce serwujace almuerzo. Wszystko jednak pozamykane, a tam gdzie serwuja jedzenie tourom – nam nie chca, bo my nie z touru. Wcinamy wiec czekolade, co by się troche zapchac i zjeżdżamy z trasy planowanej, czyli tej w kierunku wulkanu Ollague, na poludnie – zobaczyc Valle de las Rocas. Na drodze staje nam rzeczka. Slyszelismy już o niej w Uyuni od jednego Francuza. Mówił, że dość głęboka. Mieliśmy nadzieję, że może skoro w ostatnich dniach nie padało – wyschła. Wygląda jednak na to, że ona nie z tych, co tak szybko wysychają. Wygląda głęboko. Micho robi rekonesans, ja czekam z aparatem w ręku. Jedzie! Żwawo i uważnie, bo musimy uważać – koło gaźnika mamy jakąś dziurkę, przez którą woda może w bardzo łatwy sposób dostać się do środka. W najgłębszym miejscu woda za koło. Lekko zamieram, ale ok.



Głęboki rów jest bardzo krótki. Wracam się kilkadziesiąt metrow do mostka. Zastanawiamy się, czy z powrotem nie lepiej będzie tym wlasnie mostkiem przejechac, ale pomysły upada – za ryzykowny.

Dojeżdżamy coraz bliżej Doliny Skał. Formacje niezwykłe. Wyglądają jednak dosyć daleko od drogi. Zamiast iść, znajdujemy ścieżkę piaskową i na nie! Na skały! Parkujemy między nimi. I chodzimy, wspinamy się, przeciskamy. Ależ nam się podoba! Ponad godzina nam schodzi. Wyobraźnia pracuje. Tablice, zwierzęta, profile, postaci ludzkie widzimy. Porowatości i szczeliny niezwykle.



Zastanawiamy się, czy by namiotu w tym wszystkim nie rozbić, ale w sumie jeszcze trochę wcześnie jest. Jedziemy dalej. Geba sama się uśmiecha. Zdecydowanie warto było! Wracamy do Aloty, po pokonaniu z sukcesem rzeczki po raz drugi, jesteśmy kolo 17. I znowu kusi perspektywa alojamiento – z kontaktem i prysznicem, cieplym tym razem :). Ulegamy jej. Tym bardziej, ze z kierunku dokad chielismy jechac, nadchodza ciezkie chmury, z ktorych spadaja litry deszczu. Ale do Aloty nie dochodza, trzymaja sie gor.

San Cristobal - Alota


Wieczorem Michaśko przegląd motoru robi. I odkrywa, że nie wszystko gra. Zupełnie starły się przednie klocki hamulcowe, do absolutnego zera, a wręcz do minusa. I pomyśleć, że dziady w La Paz przegląd podobno gruntowny zrobili. Powinniśmy mieć gdzieś klocki zapasowe. I są. Tylko całe zardzewiałe po salarze. Machencjusz stwierdza, że lepsze zardzewiale niż nieistniejące i z usilną pomocą zafascynowanego motorem Włocha klocki zostają zmienione. Test – czy opona przednia płynnie się kręci. Dwóch Włochów i Micho trzymają motor, ja kręcić próbuję. Sytuacja prześmieszna. Koło się jednak nie kręci. Kolejnego dnia rano, motor nie chce ruszyć. Okazuje się, że zgubilismy jedna podkladke i śruba za daleko wkręcona została, blokujac tarcze. Micho tworzy z kawalka szlaufa gumową podkładkę i wszystko pięknie działa.

Od Aloty droga zaczyna piąć się do góry. Wjeżdżamy na ponad 4000. Na tej wysokości będziemy już większość naszego czasu, aż do Chile. Wulkany otaczają nas ze wszystkich stron. Niektóre pięknie ośnieżone, inne lekko przyprószone. Roślinność co raz bardziej skromna. Mijamy dwie rzeczki – wokół nich zieleń niezwykła, kontrast wielki wobec tej suszy i roślinnej pustki. I wreszcie pokazuje się – wulkan Ollague – granica z Chile, tuż przed nią odbijamy w lewo, na poludnie. Będziemy jechać wzdłuż aż do Hito Cajon za Laguną Verde.

Po odbitce droga gwałtownie się pogarsza. Dwie głębokie koleiny, podłoże takie, jak to, co nas otacza. Jeśli obszar żwirowy – brniemy w żwirze, jeśli kamienisto – skalisty - skaczemy na naszej sprężynie po kamolach. Drogi rozwidlają się na miliony sposobów. Szlaków dziesiątki. Na początku nie wiemy, który wybrać, lekka konsternacja. Z czasem jednak zauważamy, że liczy się jedno – kierunek, bo wszystkie szlaki z jednego kierunku prowadzą mniej więcej w to samo miejsce. I ktory sie nie wybierze, jest rownie zly.
Po okrążeniu pięknie zaśnieżonego wulkanu dojeżdżamy do pierwszej laguny. Ileż FLAMINGÓW! Stada całe, z różną intensywnością różu. Jedzą przy brzegu, robimy sobie więc przy tym samym brzegu stanowisko jedzeniowe. Jemy konserwę z keczupem i się wpatrujemy. Podchodzą coraz bliżej, nie boją się. Gdyby tylko mieć choć trochę większy zoom… Jak na nasze możliwości przybliżeniowe i tak udaje się niezłą fotkę zrobić :).




Flamingi tak nas absorbują, że zupełnie umyka nam moment, w którym zachmurza się niebo. Robi się mocno deszczowo, kolory szarzeją, ochładza się. W chmurach i wiszącym nad nami deszczem widzimy jeszcze dwie laguny – Hedionda i Honda. I za tą drugą decydujemy się założyć obozowisko i poczekać na jutro, na lepszą pogodę. Jest 15, niby wcześnie, ale tak te laguny piękne, że chcemy je w słońcu zobaczyć. A że niezależni jesteśmy i możemy sobie na to pozwolić – dlaczego NIE? Wiatr huraganowy, próbujemy się przed nim schować. Wjeżdżamy za górkę. Motor grzęźnie w żwirze. Zostawiamy więc go, a namiot rozbijamy 100 dalej, żeby w razie uderzenia pioruna motor był jedyną stratą. Wieje okrutnie. Micho idzie się przejść, ja zamknięta w namiocie i owinięta w śpiwór zostaję poczytać. Tuż przed zachodem słońca, chmury się rozchodzą i wychodzi słońce. Wdrapuję się na górkę podziwiać jego zachód. Jeden z piękniejszych spektakli słońca zachodzącego, jakie widziałam. Mistyka. Taka:



W nocy wiatr się na szczęście uspokaja. Raczymy się zupą chińską i herbatą z koki. Oglądamy film. Drzazgi. Beznadzieja! O lepszej pogodzie śnimy.

Alota - Laguna Honda


Sen się spełnia. Budziki dzwonią o 6. Jest jednak ciemno plus tak zimno, że wyjść ze śpiwora nie da rady. Czekamy na słońce. Nie pomyśleliśmy jednak przy rozbijaniu się, że może być w nocy aż tak zimno i że będziemy musieli czekać aż słońce będzie musiało namiot rozmrozić. Rozbiliśmy się za górką, która cień na nas rzuca. Wkładamy więc na siebie godzinę po wschodzie słońca wszystkie ciepłe rzeczy i idziemy na przeciwne, słoneczne zbocze, śniadanie zjeść.

Po wyjeździe zza górki nie wierzymy własnym oczom. Laguna Honda w pełnym słońcu, prawie bezchmurnym niebie. Wiatru brak, tafla wody niezruszona. Obłęd. Nasz najpiękniejszy widok jak dotychczas.



Przy lagunie spotykamy pierwsze jeepy. Rozmawiamy z kierowcami. Mówią, że widzieli nas kilka dni temu, jak z inną grupą ludzi na salarze byli :P Pytamy skąd jadą. Z Laguny Colorada. Wyjechali dwie godziny temu…. No ładnie. To nasz cel na dzisiejszy dzien. Mamy nadzieje dotrzec tam pod wieczór.

Za górzystym obszarem lagun przestrzeń znowu się otwiera. Dróg dziesiątki, wszystkie równie żwirowo-tarkowe. Pomału do przodu. Przed siebie. Przerwa co chwilę, ziemia czerwona, krajobraz marsjański. Sucho, surowo. Podoba nam się. Bardzo. O montoni nie ma mowy. Po obszarze przestrzenno-równinnym wjeżdżamy w mini kaniony. Robi się kamieniście. Większość kamieni – ma średnicę kilkudziesięciocentymetrową. Jedzie się trudno. Dodatkowo, po kilku kilometrach pojawia się rzeczka, kamienie mieszają się z błotem. Robi się jeszcze trudniej. Płoszymy wikunie, które przyszły do wodopoju. Z czego one zyja w tych surowych warunkach, naprawdę nie wiem. Z mini kanionów znowu wyjeżdżamy w przestrzenie otwarte. Chmurzy się straszliwie, ale jakoś nam to nawet nie przeszkadza. Skały różnokolorowe. Pędzimy w stronę laguny. Po drodze robimy postój przy jakimś jeepie. Wywiązuje się dłuuuga rozmowa z Holendrami, którzy podróżują już 9 miesięcy, w tym 5 własnym samochodem do Europie i za rok planują wrócić z motorem do Ameryki Południowej. Wypytują się o wszystko. Jeepy, czyli wlasciwie Toyoty Land Cruiser, koncza wlasnie przerwe obiadowa, i daja nam to zostalo z podwieczorka: dwa jablka, trzy banany i polpelna butelke Coca-Coli. A juz bylismy tak glodni a niechetni do gotowania zupki chinskiej... Bierzemy wszystko co daja i w oka mgnieniu palaszujemy.
Po kolejnym bardzo piaskowym odcinku dojeżdżamy do Arbolu del Piedra. Jest to slynna formacja sklana przypominajaca drzewo. Wielka korona stoi na waskiej nuzce, kiedys z pewnoscia runie. Poki co jest obfotografowywana przez setki ludzi kazdego dnia. A w okol wiele innych, rownie ciekawych formacji, tylko nie-slynnnych, wiec pomijanych. Wokol nas jednak szare chmury, wiec nie spedzamy tam zbyt duzo czasu.



Stamtąd zaczyna się koszmar. Brniemy w piachu i żwirze albo skaczemy w strasznej tarce. Redukujemy biegi do jedynki. Wolna prędkość utrudnia jedna zachowanie stabilności w coraz głębszym piachu. Momentami koło zapada się w piachu do połowy. Schodzę, co by motor był lżejszy. Wydaje się już ze z piachu wyjechaliśmy, robi się twardo. Pod pozornie twardą powłoką kryje sie jednak piach. Cieżki motor powloke rozrywa, zapadamy się, tracimy stabilnośc i upadamy. Twarza w piach. Nic się nie dzieje, tylko na motor nie chce się już powrotem wsiadac, żeby 10km do Laguny Colorada pokonac. Wyjscia jednak nie mamy. Jedziemy dalej. Nie przestaje być trudno. Mamy dosc. Oboje. Wrzeszczymy na siebie. Ja, że się boje. On, ze mu przeszkadzam. Negatywna eksplozja. Co by ja rozładować ide do alojamiento wziąć cieply prysznic. A pozniej idziemy w ciszy podziwiac zachod słońca nad laguna. Czerwieni wody nie widac. Ale i tak jest pieknie.

Rozbijamy się na wzgorzu za barakiami dla turystow. Idziemy do barakowej kuchni kupic wrzatek. Tak wieje, ze na naszej butli godzine czekac będziemy. A tak glodni jesteśmy ze czekac nam się nie chce. W kuchni kucharki przygotowuja jedzenie. Slinka nam na tego kurczaka z pieca z frytkami cieknie. Kucharka zagaja rozmowe, pyta o podroz, wrazenia, jest z Tupizy. Z napuchnietymi kluskami idziemy do namiotu, tam zjemy. Przy wyjsciu kucharka pyta się czy wrocimy, bo chciałaby się z nami podzielic. My ze poczekac możemy :) Co za kolacja, co za smak. Pollo w calej okazałości. I frytki. Bosko tłuste i gorace. Lepiej się spi z brzuchem w taki sposób pelnym.

Laguna Honda - Laguna Colorada


Kolejny dzien rozpoczynamy od objazdu laguny. Jest czerwona, prawdziwie czerwona. W większości miejsc bialo-czerwona. W innych dochodzi czern i zielen. Pieknie.




Decydujemy się na zrobienie dwudniowej odbitki. I jedziemy w strone miejscowości Quetena, mało nam lagun, chcemy zobaczyc jeszcze jedna – Lagune Celeste! Droga z Colorady znakomita. Cieszy nas to po wczorajszym ciezkim dniu. Do Queteny dojeżdżamy w ciagu 3 godzin. Widoki piekne. Osniezone cale pasmo, a naprzeciwko jego wielki dwu-stozkowy Uturuncu. W Queteni robimy przerwe. Ladujemy baterie i raczymy się almuerzo. Wyjezdzamy o 16. Mamy do pokonania 30 km i dwie godziny do zachodu słońca. Jeśli droga będzie rownie dobra, damy rade z łatwością. Ale droga nie jest rownie przyjemna. Jedziemy po czyms niesamowitym. Podloze zlozone jest z kamienia lupkowego i taka tez jest droga. Niby kamienista, wyglada jak wybrukowana, ale nie roznice w wysokości pomiedzy poszczególnymi kamieniami wynosza nawet kilkanaście centymetrow. Jedynka, amortyzator nas wybija. Pod gore silnik strasznie się rozgrzewa. Tak cieply nie był jeszcze nigdy. W wiosce Sol de Manana mowia nam ze do Laguny Celeste jeszcze 3h. Decydujemy się mimo wszystko jechac, najwyżej rozbijemy gdzies po drodze namiot. Po drodze nie ma jednak gdzie rozbic namiotu. Nie ma szans, ze nam się uda w tym wietrze i przy tym skalistym podlozu. W zachodzącym słońcu dojeżdżamy jednak do Celeste. Droga robi się twarda i rowna, możemy przyspieszyc. Nie przewidujemy jednak jednej rzeczy. Ze możemy zahaczyc stopa lub torba o wystające kupy twardej trawy. I tak się dzieje. Lezymy. Troche potłuczeni. Dodatkowo urwalismy zaczepy od bocznej torby. Wdrapuje się na zachod słońca na skaly. Tak wieje, ze nie mogę ustac. Siadam, zapieram się butami o skaly i czekam az przestanie wiac. Micho prowadzi w tym czasie klnaca walke z namiotem, nie sposob go przyszpilic do ziemii. Motor parkujemy na wzgorzu. Coraz gorzej odpala i boimy się, że rano, po mroznej nocy, akumulator może wysiąść zupełnie. Latwiej będzie pchac go w dol, jakby co.

Laguna Colorada - Laguna Celeste


Noc ciezka. Mi się po prostu zle spi, Micho ma po zjedzeniu serka z Potosi problemy żołądkowe. Rano brak motywacji do wstawania. Owsianka nad brzegiem jeziora. Michaśko zbiera namiot, co sekunde skacząc w krzaki, ja szyję uchwyty do tej torby co jedna totalnie się rozwalila po wczorajszym upadku. Tak twardy material, ze az igle mi lamie.



Zbieramy się dopiero przed 12. Wolne tempo dnia dzisiejszego mamy. Przechodzi mysl przez glowe czy by może nie zostac, nie przeczekac az Micho lepiej się poczuje. On jednak chce jechac, wiec jedziemy. Motor odpala. Troche nieśmiało, ale odpala. Rodzi się dyskusja ktoredy jechac. W informacji w Sol de Manana powiedzieli nam ze nad Lagune Celeste prowadzi tylko jedna droga. Nasze mapy w GPS mowia jednak ze można wrócić do Queteny okrążając Uturuncu. Ja tym mapom zupełnie nie wierze. Mamy trzy mapy papierowe i trzy gps-owe i kazda pokazuje co innego. Micho natomiast tak nie lubi powtarzania drogi, ze jedziemy próbować szczescia z okrazeniem Uturuncu. Co ciekawe miedzy stozkami wulkanu Uturuncu wybudowano kiedys kopalnie siarki. I prowadzi do niej droga – 5900mnpm. Najwyzej polozona droga swiata, wbrew powszechnie panującemu przekonaniu ze najwyżej polozona droga jest w Ladakhu w Indiach. Kusi, widzimy jednak duzo śniegu. Z naszym sprezyniastym amortyzatorem troche obawiamy się wjazdu. Odpuszczamy sobie. Innym razem.

Wpakowujemy się tym samym w obszar pieknych krajobrazow i koszmarnej kamienistej drogi. Widac ze malo samochodow nia jezdzi. W wielu miejscach droga znika pod kepami trawy. A my walczymy dalej. Zdaza się i upadek, delikatny. Staramy się cierpliwości nie tracic. W gore, przez pagórek po czym dwa kilometry po plaskim po odcinku wyglądającym jak dno wyschnietego jeziora. Kamienie, skaly, kopny piach. MASAKRA dla naszego ciezkiego motoru. Walka, zacisk zebow. I dojeżdżamy tak do opuszczonej wioski Quetena Grande.



Mimo ze nie kieruje, jestem cholernie zmeczona. Klade się pod kosciolkiem i przysypiam, w miedzyczasie gotujemy wode na zupki chinskie. Dochodzi 16ta, postanawiamy jednak jechac dalej, marzy nam się kapiel w termach. Po drodze mijamy kilka osad ludzkich, ktorym woda w rzece umozliwia egzystencje. Po pokonaniu dwoch z nich zaczynamy się wspinac pod gore na przelecz. Trojka gasnie, dwojka tez nie daje rady. Wspinamy się na jedynce. Jedyny bieg który prawdziwie wciąga nas na gore. Znowu, jak codziennie po poludniu, zrywa się wiatr huraganowy. Walka wiec trwa. Dojezdzamy do pierwszej laguny. Laguna Hedionda II. Micho mówi: Madziula przygotuj paszporty. Znowu na Marsa wjeżdżamy! PIEKNA! Granatowo-biala (biala piana to boraks). Oswietlona cieplym światłem słonecznym, kontrastujaca z ciemnymi chmurami. I te flamingi. Znowu obficie występujące.



Kilka kilometrow dalej kolejna laguna, właściwie cala pokryta boraksem. Widac, ze trwaja tu jakies prace nad pozyskaniem go. Pozniej zostaje nam już tylko zjazd w dol do Salaru de Chalviri. Slonce zachodzi – widoki oszałamiające. Zastanawiamy się, czy się nie zatrzymac i nie rozbic, ale tak wieje, a przestrzen tak odkryta, ze nie ma szans, ze uda nam się postawic namiot. Jedziemy szukac czegos po drugiej stronie salaru. Wiatr wieje silnie w twarz, slonce prosto w oczy. Znowu negatywne emocje. Krzyk, dosc, wystarczy. Po drugiej już stronie salaru znajdujemy nieczynna już fabryka boraksu. I kolo niej się rozbijamy. W nocy wyjatkowo zimno. Budzimy się i domykamy kaptury tak ze wystaja nam tylko nosy. Szacujemy ze temperatura spadla do -8-10. Pozniej konsultujemy to z lokalsami, potwierdzaja naszą teorię.
Smok rano ledwo odpala. Jest to zdecydowanie widoczne, ze reanimowany akumulator zbliza się po raz drugi już do konca swojego zywota. Pewnie jeszcze w czasie przewrotek zgubilismy troche elektrolitu. Wierzymy jednak, ze się uda, duzo nam nie zostalo.

Laguna Celeste - Salar Chalviri


Dzisiaj dzien tourowych hajlajtow. Zaczynamy od kompleksu Sol de Manana (mylaca, ta sama nazwa choc inne miejsce niz to w drodze do Laguny Celesty). Nie sposób nie pomyśleć w nim o Nowej Zelandii, a konkretnie o kompleksie geotermalnym Wai-O-Tapu kolo Rotorua.



Tam szczerze mówiąc podobało nam się bardziej, wieksza różnorodność, ale i tu jesteśmy w pewnym sensie powaleni. Siarkowe smrody, odgłosy spod ziemi bulgoto-grzmoto-rozniaste. Gotujace się bloto, w kolorach roznych – niektóre z nich budyniowo prawdziwe. Temperatury wielkie, dym bucha spod ziemi. Lazimy miedzy kominami, sprawdzamy gdzie najcieplej, gdzie najbardziej smierdzi. Każdy ma swoje faworyty :).Po 1,5h spacerze aparat caly jest oklejony jakimis paprochami. Pewnie przez to ze wkładałam go w te buchające dziury. Niezly poczatek!

Kolejny punkt to termy. Zanim jednak do nich dojeżdżamy, przejeżdżamy kolo jeden z najpiękniejszych lagun – Laguny Salada. Bajeczna mieszanka kolorów. Wielkie TAK! Pod basenikiem termalnym jest akurat kilka jeepow. Czekamy az sobie pojada, plan na w miedzyczasie – cos zjesc. Idziemy do restauracji zapytac czy maja cos do jedzenia. Proponuja nam kole z ciastkami. Dziękujemy. Jako ze toury koncza wlasnie jesc pytaja się nas czy nie chcielibyśmy zjesc tego co zostalo. Oczy się swieca, usta skromnie aprobuja, bo przeciez szkoda żeby do śmietnika poszlo takie miesko dobre. JAKIE to dobre było….. Miesa rozne nam 4 jeepy naznosily, salatek do wyboru. Ziemniaki w formie roznej. Klusek cala miska. I fanta do popicia - niech bedzie. Kiedy kończymy jesc, wszystkie jeepy juz odjechaly i mamy termy dla siebie.



Idziemy się moczyc :) Odmaczac, grzac po nocy zimnej. I z kurzu, który się nagromadzil na nas oplukac. Po 30 minutach dolacza do nas francuska rodzina, syn opowiada nam duzo o Argentynie. Ciekawych rzeczy się dowiadujemy. Po wodzie ciezko mi doczesac wlosy. Woda tak mineralna, ze sznurowki, które się w niej zmoczyly zesztywnialy i przelamaniem groza. Wlosy podobnie.

Ostatnia czesc dnia to dojazd do Laguna Verde. Jeepy mowia ze to może 20-30minut. Jeszcze nie dosuszylismy sie po termach, a juz wrocili Ci co nam strawe podarowali. Nam zajmuje to przy sporym wysilku 2 godziny. Wybieramy lewa, podobno bardziej widokowa droge przez pustynie Salvadora Dali. Chcemy dojechać do skał i wpakowujemy się w niezły paich. Dobrze zakrywa kolo. Nie ma tez za bardzo głównych utwardzonych szlakow, które dotychczas zazwyczaj w piaskowych terenach wybieraliśmy. Nogi przy ziemi i do przodu. Walka. Pozniej się jeszcze skaliście wspinamy i skaliście zjeżdżamy w dol, przejezdzamy przez teren jakiejs kolejnej kopalni, uwazajac zeby w jakies ostre zelastwo sie nie wpakowac, po czym dojeżdżamy do posterunku wojska. Szlaban opuszczony, żywego ducha nie ma. Krzyczymy, wolamy. Cisza. Tylko wiatr słychać. Po kilku minutach wychodzi – cala delegacja. Ogladaja motor, pytaja czy mamy bron lub substancje wybuchowe… Pies wacha, aprobuje, możemy jechac. Rozbijamy się nad Laguna Blanca, tuz kolo Laguny Verde. Pieknie, dookoła woda, metr od namiotu basen z ciepla woda. Wszystko tylko dla nas. Bajka. Dlugo przez to wszystko nie spimy. Patrzymy się w gwiazdy. Eh…

Salar Chalviri - Laguna Verde


Znowu zimna noc. -10. Polowa wody dookoła naszego namiotu zamarza. Slonce jednak jak zwykle szybko rozgrzewa namiot, ktorego wewnetrzna czesc jak zwykle pokryla sie para i zamarzla. I wtedy szybko trzeba oproznic namiot, zanim stopiona woda zaleje nam spiwory, ciuchy i wszystko inne. Choc powietrze wciaz zimne. Czekamy wiec chwile az zrobi się cieplej i wchodzimy do wody. EHHH. Chwilo trwaj!
Podjezdza jeep. Kierowca mowi ze chca się z kucharka wykapac i poczekaja az się zbierzemy. Mowia ze teraz super czas jest żeby nad lagune jechac. Bo akurat kolor zmienila. Pakujemy motor i z ciezkim sercem Micho przekreca kluczyk. Rozrusznik pracuje coraz wolniej, wolniej, ale jednak odpala. UFF. Pchac przez wode nie byloby latwo. Dojezdzamy nad Lagune Verde i czujemy lekkie rozczarowanie. Dlugo nie padalo – tyle boraksu, ze nie widac w jeziorze odbicia wielkiego Licancabura, plus co do zieloności wody mam spore obiekcje.



Jedziemy objechac lagune. Enduro po plazy – piaskowo-skalistej. Masakra. Stajemy często, często silnik gasimy. I za ktoryms razem motor odpalic nie chce. Rozrusznik przestal działać. Akumulator umarl. Pchamy go wiec po skalach w dol plazy. I odpala. Uff. Motoru juz wogole nie gasimy, a i odcinamy prad od zarowki.

Wracajac widzimy, ze zrywa się wiatr, zruszajac tym samym powierzchnie wody, która zieleni się. W oczach. W okularach słonecznych ma kolor turkusowo-zielony. Oczy i mózg nie wierzą, ze woda w ogóle taki kolor mieć może.




Jedziemy jeszcze nad Lagunę Blance. Tam znajdujemy alojamiento, w którym kupujemy benzyne. Jakosc straszliwa, ale cena duzo tansza w Chile. Do pelna. Do granicy mamy może 5km. I w takim wlasnie miejscu, 5km od granicy dowiadujemy się ze na granicy w Hito Cajon nie ma Aduany, czyli urzedu celnego, w którym musimy wyeksportowac nasz motocykl. Ze musimy się wracac za Sol de Manana. Wierzyc się nie chce. To dla nas 1,5 dnia wymagajacej drogi… Jedziemy spróbować szczescia. Plan jest taki. Zakladamy ze celnicy nie maja kontaktu z Aduana i ze nie dowiedza się ze tam formalności nie dopełniliśmy. Po drodze odbieramy w umowionym miejscu jeden z plecakow i zapasowa opone, ktore wyslalismy jednym z jeepow z Uyuni, zeby motocykl nieco odciazyc. Za 5 km podjezdzamy na granice i wchodzimy do biura imigracyjnego, tam milo witaja nas celnicy. Mowia ze im 21 Bs za wyjazd z kraju musimy zapłacić. Wiemy ze to bujda, bo juz raz Boliwie opuszczalismy. Placic trzeba, owszem, ale dotyczy to tylko Boliwijczykow. Tak nam jednak zalezy na tym żeby nie doczepili się do motoru, ze zaciskamy żeby, placimy i uciekamy. Po stronie Chilijskiej zadnej kontroli nie ma. Jestesmy w CHILE!!!!!!! YUPII!!!!!! UDALO SIĘ!!!!!!! PRZEJECHALISMY!!!

Laguna Verde - San Pedro de Atacama




Do San Pedro pozostaje nam 49 minut jazdy po prostej, jak to w Chile, w dol, 2 km roznicy w pionie. Po drodze co chwile pasy ratunkowe dla ciezarowek co stracily hamulce. W San Pedro upal. I drozyzna. Jedziemy na kemping. W sumie skromne pole biwakowe, a placic musimy wiecej niz kiedykolwiek zaplacilismy w Boliwii za nocleg w hotelu ze sniadaniem i internetem. Na campingu poznajemy niesamowitych ludzi. Chilijczyka podróżującego od 16 lat z synem, z czego ten ma 6 (4 w podrozy). Niemca podróżującego po Am S od 6 lat, wczesniej był w Australii i Afryce. I jeszcze jednego Niemca, który wziął roczny urlop, przywlókł z Europy campera, ale mu się tęskni za dziewczyna wiec wraca. Musimy sie chwile zregenerowac. Przezycia zostana nam na pewno na dluzej.

Aby podsumowac. Jestesmy bardzo szczesliwi. Mielismy wielkie oczekiwania przed ta trasa. I wielki repsekt. Bo juz w Medellinie Paul, ktory przejechal ze Stanow do Ziemii Ognistej na takim samym motorze, ostrzegal nas, ze bedzie ciezko, i drugi raz by pojechal dzipem. A my za zadne skarby bysmy nie zamienili motoru na cokolwiek innego. Slyszelismy o pomysle, zeby dogadac sie z jakas agencja turystyczna, zeby jeep wiozl nam plecaki, paliwo i jedzenie, a my sobie na motorze jechali. Totalny bezsens. Slyszelismy o tym wczesniej i spotkalismy jednego Meksykanczyka, ktory tak zrobil. Jechal niby lekkim motorem, ale nie mial wiecej niz 30 sekund dla nas na rozmowe, poniewaz spanikowany gonil swojego jeepa. Te tereny dla jeepow nie sa latwe, jednak kierowcy bardzo sprawnie je pokonuja. Dla motocykla to duze tempo. A mysmy motocyklem w innym celu jechali. Dal nam wielka swobode, mozliwosc posiedzenia i stawania do woli w tych pieknych miejscach. Mielismy szczescie z pogoda, ktora z poczatku kaprysila, jednak byla na tyle regularna, kiedy to co noc niebo calkowicie sie czyscilo z zachmurzenia, ze nie pokrzyzowala nam planow. No i bylismy dobrze przygotowani: spiwory kupilismy specjalnie z mysla o tych nocach, mielismy zapas wody i jedzenia. Wielkie oczekiwania, dlugie wyczekiwanie, az w koncu to nadeszlo i juz za nami. Wyszlo tego 739km. Pieknie!

Jesli ktokolwiek by chcial jakichs praktycznych informacji, sluzymy pomoca.

I na koniec pozdrawiamy serdecznie Konrada i Gochę, którzy są dla nas od kilku lat idolami. W trakcie ich podróży po świecie przemierzyli ten region na dwóch niewielkich Hondach, co opisali i opatrzyli zdjęciami na swojej stronie, który link pozwalam sobie tutaj zamieścić. Dziękujemy im za inspirację i wskazówki. Zachęcamy do przeczytania ich relacji sprzed 3 lat. Odcinek Marsjańskie Ekstazy jest dostępny tutaj, choć zachęcam do przeczytania całej relacji.

Madziula

P.S. Udalo nam sie wreszcie zamiescic zalegle albumy z Potosi i drogi do Uyuni, a także album z Salaru de Uyuni - koniecznie zobaczcie na picasie! Jak nie wiecie jak tam wejść, cofnijcie się do poprzednich postów...

3 marca 2010

W Uyuni celow mielismy kilka. 1. Wymyc sie porzadnie, najesc dobrego jedzenia przed okresem skromnego zycia i postu w Argentynie i Chile. 2. Opracowac plan na najblizsze dni - konkretniej trase, ktora przejedziemy przez poludniowo-zachodnie boliwijskie Altiplano do Chile. 3. Rozwiklac kwestie naszego tylnego amortyzatora 4. Odwiedzic Salar de Uyuni w ramach jednodniowego wypadu - najlepiej do Isla del Pescado. A wiec od poczatku.

1. Punkt numer 1 okazal sie punktem bardzo problemtycznym, czego nigdy w zyciu po takim miejscu jak backpackerska mekka - Uyuni bysmy sie nie spodziewali. Gigantyczne ulewy, ktore w tym rejonie ostatnio szaleja, uszkodzily sieci wodociagowe i w Uyuni przez najblizsze 3 tygodnie nia ma wody. Tzn jedni mowia ze nie ma jej w ogole, inni ze jest w bardzo ograniczonej ilosci rano i wieczorem. Wiele hosteli jest przez to zamknietych, reszta od razu uprzedza ze usluga w postaci prysznica nie istnieje. W restauracjach kibelki sa zamkniete na klodki. A pralnia w calym miescie dziala jedna - heroiczna babeczka pierze recznie. Na szczescie udalo nam sie znalezc hotel za 70 Bs za pokoj (30zl) z goracym prysznicem limitowanym do 5 minut rano lub wieczorem. W Uyuni jakis czas temu jakis koles z Europy otworzyl razem ze swoja zona Boliwijka pizzerie, ktora zrobila wsrod backpackersow wielka furore. Dlatego wszystkie obecnie otwierane knajpy w Uyuni sa pizzeriami... Przypomina mi to sytuacje z Vang Vieng, gdzie sukces knajpy pokazujacej na wielkim ekranie Friendsow, sprawil ze wszystkie knajpy pokazuja teraz Friendsow - seria do wyboru do koloru :) Pizze bardzo lubimy i z checia sie na nie wybieralismy. Byly pyszne. Przeszkadzala nam tylko mocno jedna rzecz. TRAGICZNA obsluga w kazdej, ktora odwiedzilismy, a wydaje mi sie ze bylismy we wszystkich. Albo obslugiwal nas na maks nadety koles, wielce wkurzony ze przeszkodzilismy mu w ogladniu meczu albo musielismy pol godziny czekac na menu albo nas w maksymalnie niemily sposob wyganiali o 22 itp itd. A skoro juz narzekam to po calosci. Uyuni jest dla mnie NAJgorszym turystycznym miejscem, jakie w moim zyciu odwiedzilam. W Uyuni turystow nie lubia. I czuje sie to na kazdym kroku. W restauracjach z masakryczna obsluga, w ktorych to obsluga nie ma motywacji,zeby sie poprawic, bo i tak restauracji jest na tyle malo w porownaniu do ilosci turystow, ze oblozenie wieczorami jest wielki. W kafejkach internetowych, w jednej z ktorych o malo do rekoczynow nie doszlo, bo wlascicielke niezwykle wkurzylo to ze korzystamy z jednego kompa rownoczesnie rozmawiajac na skajpie i uzywajac przegladarki (nie wiedzielismy ze nie wolno) - zaczela wiec nam myszke z rak wyrywac podczas gdy ja konczylam rozmowe a micho przelew robil... W wielu agencjach turystycznych tez jest niemilo, choc i tak sporo lepiej - staraja sie bo konkurencja duza. Nie wspomne juz o ulicach, na ktorych samochody wyjatkowo mocno staraly sie zeby nas rozjechac i mechanikach, ktorzy wyjatkowo mocno mieli nas w dupie. Klatwa Uyuni. Jedyne mile chwile w tym miescie spedzilismy na sniadaniach u babeczki wysmazajacej pyszne rellenos za 2Bs. Poza tym beznadziejne to to miasto na maksa. Szczerze mowiac, wszystkim wybierajacym sie w rejony lagun i salaru polecam opcje wyjazdu z Tupizy. Spotkalismy kilka osob, ktore na te opcje wlasnie sie zdecydowali i wszyscy byli zachwyceni swietna jakoscia uslugi. A i Tupiza przyjemnym miejscem podobno jest. A jak juz ktos bardzo chce jednak z Uyuni to polecam ograniczenie pobytu w tym miejscu do absolutnego minimum. Zali koniec :)

2. Opracowanie planu okazalo sie w sumie prostsze niz myslelismy. Wiele informacji uzyskalismy od agencji, co w sumie nas zaskoczylo. Po wejsciu od razu mowilismy ze my to w sumie nic u nich kupic nie chcemy bo motorem jedziemy, informacji natomiast potrzebujemy. I w wiekszosci przypadkow mniej lub wiecej nam opowiedzieli. Babeczki w agencjach byly dosyc mocno zgodne, co do drogi i warunkow, na zadne jednak z niestandardowych pytan nie potrafily odpowiedziec. Zaczelismy wiec zagajac kierowcow jeepow - kto ma wiedziec, jak nie oni! I od nich otrzymalismy wiele cennych wskazowek. Podobnie jak od Konrada i Gochy, ktorym bardzo dziekujemy. Sprawa z droga wyglada tak, ze jak wiemy jest obecnie pora deszczowa, ktora jest w tym roku troche nieprzewidywalna. Nasi znajomi, ktorych poznalismy w La Paz mowili nam, ze jak dojechali do Uyuni (co bylo jakies 2,5 tyg temu) wlasnie przestalo padac po 2tyg mocnego deszczu. Warunki na drogach byly wiec miejscami ciezkie, a i na Salarze duzo wody bylo i na wyspe z kaktusami jechac sie nie dalo. W Potosi spotkalismy jednak Czechow, ktorzy powiedzieli, ze od tamtego czasu nie padalo, salar wysechl i mozna jezdzic po nim smialo wszerz i wzdluz. Wiec Hurra! Opinie zmienily sie jak przyjechalismy do Uyuni. Znowu zaczelo mocno padac. Jakbysmy przyjechali 3 dni wczesniej mozna bylo swobodnie wszedzie jechac. 3 dni ulewy zrobilu jednak swoje. W agencjach mowili nam zgodnie ze wody jest bardzo duzo, co najmniej w pol kola i dojechac mozna maksymalnie do hotelu zrobionego z soli. Nasza trase posalarowa tez musielismy zmodyfikowac, bo drogi w rejonie San Juan sa mocno zalane, nie mowiac juz o gigantycznym blocie na mini salarze Chiguana w drodze z San Juan do wulkanu Ollague. Trase obmyslilismy i postanowilismy dnia kolejnego sprobowac szczescia z wycieczka na salar.

3. Nie wspominalam o tym ostatnio, ale w drodze z Potosi do Uyuni po raz drugi juz smok focha strzelil i zepsul sie nam amortyzator. Nie napisalam o tym, bo naprawde nie mialam ochoty wspominac o nudnych juz problemach motocyklowych. Potrzebowalismy wiec co najmniej dnia zeby poszukac i podzwonic i wybrac opcje najlepsza. Problem caly polega na tym ze czesci ktore sa dostpne w Argentynie sa dwa razy drozsze niz te ze Stanow. Poprzednio juz sprowadzalismy amortyzator ze Stanow. Tym razem postanowilismy zrobic podobnie. Pozwoli nam to zaoszczedzic minimum 500 USD, a mozliwe ze duzo wiecej. Wiaze sie to oczywiscie z dlugim czasem oczekiwania. Dlatego amortyzator wyslalismy do Mendozy i kolejne chyba 3 tys kilometrow pokonamy na sprezynie. Micho twierdzi ze sprezyna wytrzyma, ja nie mam innego wyboru i mu ufam.

4. I wreszcie sam Salar!!! Wielki Salar de Uyuni!!! Ponad 10 000 kilometrow kwadratowych soli, jeden z najbardziej plaskich obszarow na ziemi (roznica wysokosci wynosi zaledwie 41cm), najwieksze na swiecie zasoby litu (kluczowego miedzy innymi do produkcji baterii samochodow hybrydowych). Absolut natury!!! Kiedys w tym rejonie byl po protsu ocean, wraz z wypietrzeniem sie Andow powstalo slone jezioro, ktore ostatecznie wyschlo i utworzylo obecne solnisko. Sol w niektorych miejscach ma ponad 100metrow grubosci...

Jedziemy na Salar!!! Troche zalujemy ze wody jest az w pol kola, bo efekt jest najpiekniejszy jak wody jest odrobina. Najwazniejsze jednak ze jedziemy. ZObaczymy jak bedzie!!!! Budzimy sie i widzimy CHMURY! Cale niebo spowite gruba warstwa chmur. Postanawiamy wiec czekac az sie rozpogodzi. Ok 11, slonce zaczyna przeswitywac, decydujemy sie jechac w strone glownego wjazdu na Salar przy miejscowosci Colchani i tam poczekac na jakiegos jeepa z turystami, co by najpierw na jeepie zbadac glebokosc. Droga do Colchni jest beznadziejne. Bloto, jakich malo. Jedziemy ¨na lekko¨ a i tak motor w wielu miejscach tanczy jak chce. Raz przy manewrze zwyklej prostej mijanki w blocie wpadamy do rowu. Kola boksuja, bloto 10cm, motor nie chce z rowu wyjechac. Jakos sie udaje. Z predkoscia dobijajaca do 20km/h dojezdzamy do Colchani. Tam uderza nas ilosc jeepow. Matulu!!!!! Spodziewalismy ze troche ich bedzie ale ze az tyle!!!!! Dojezdzamy do Salaru i wyglada .... PIEKNIE!!!!!!!! Rzeczywiscie troche duzo tej wody, wyglada to troche jak jezioro. Czekamy na jeepa, ten wjezdza i wody ma nawet wiecej niz w pol kola. Chwile dalej skreca lekko w lewo i robi sie plycej. Jedziemy za nim!!!!!! Ja mam lekkiego stresa, ale jedziemy!!!!! Woda pryska na boki, nawet kaski mamy w solance!!! Z czasem jednak naprawde robi sie plycej. Podjezdzamy do pierwszych kupek z sola. Jeepy omijaja je szerokim lukiem. Radosc nasza nieopisana! Jestesmy na wielkim Salarze, pogoda idealna!!!! JAK PIEKNIE!!! Eksplozja szczescia nie do opisania slowami. Biegam, krzycze, placze, kopie wode. Micho jezdzi zygzakiem wokol kupek soli. Nawet teraz rycze ze szczescia jak o tym pisze. Szkoda slow na to wszystko. Po prostu sami zobaczcie:

Wjazd na Salar.





Smok na lustrze. Pod lustrem blotka troche:



Tralalala! Szczesliwa JA!



Jedziemy dalej. W strone hotelu! Tam napotykamy sie na kilkadziesiat jeepow z turystami (btw - kolejny plus wyjazdu na salar i laguny z tupizy - nie podrozuje sie w tlumie jeepowym). Setki ludzi, troche masakra, my tak nie lubimy. Jest jednak tak pieknie, ze szczescie nasze wcale nie mniejsze. Postanawiamy poczekac az wszyscy pojada, zeby zostac tam samemu i o zachodzie slonca zjechac z salaru. Robimy fotki - w sumie mamy ok 400 roznych..., biegamy po wodzie. Micho wsiada na motor i jezdzi, nieziemsko to w tym lustrze wyglada. Stwierdzamy ze w sumie musi to dzialac jak Morze Martwe. Znajdujemy kaluze o glebokosci do ok kolana - Micho rozbiera sie, kladzie sie - dziala!!! Wylatuje na powierzchnie wody jak worek powietrza. Ha ha! Nawet kierowcy jeepow dziwia sie ze tak to dziala :P Szalejemy i zimne piwko kupujemy. Raczyc sie na salarze bedziemy :) Kolejna dawka zdjec:

Dojazd do hotelu:



Obecnosc innych ludzi ma swoj jeden plus. Wreszcie jest ktos kto moze zrobic nam wspolne zdjecie :P





Micho unoszacy sie na powierzchni wody:



Motowariacje:





Salar po prostu:



Dochodzi 18, jest decyzja zeby sie zbierac. Smok sie buntuje i nie chce odpalic. On to naprawde nigdy nam spokoju dac nie moze. Micho prosi trzech Japoncow, ktorzy zdecydowali sie zostac w hoetlu na noc, zeby go popchali. Trzech Japoncow w skarpetach biegnie po wodzie i cos sie stara, ale mizernie im to wychodzi. Czyzbysmy i my zostali przez okolicznosci zmuszeni do spania w hotelu solnym? Udaje sie, odapala. Szybko wsiadam, jedziemy do brzegu. Jest jednak taaaaak pieknie w tym zachodzacym sloncu, ze po przejechaniu kilometra zatrzymujemy sie na zdjecie. Przelatuj stado flamingow. Oczywiscie bosko odbijajace sie w lustrze. Zachwyt zostaje przerwany przez motor. Znowu nie chce odpalic. Probujemy pchac W wodzie za kostke nie prosta sprawa. Nie dajemy rady. Postanawiamy sie wiec wrocic do Japoncow. Kilometr pchamy smoka w solance. Japoncy zgadzaja sie pomoc. Udaje sie!!! Tym razem postanawiamy wiec jechac do brzegu, kolejne zdjecia na brzegu! 1km przed brzegiem robi sie bardzo gleboko. Jazde dodatkowo utrudniaja jakies doly w dnie. Serce zwieksza obroty. Wjezdzamy na brzeg. Slonce akurat zaczyna dotykac horyzontu. Po raz n-ty to powiem - pieknie...

Przed odwrotem na brzeg:



Juz na brzegu:



Do Uyuni dojezdzamy juz po ciemku. Po drodze zachodzace slonce tworzy spektakularny pokaz barw. Nie zatrzymujemy sie jednak. Tzn zatrzymujemy dwa razy, motor jednak znowy gasnie, znowu pchamy... Na ziemi jednak lepiej nam idzie. W Uyuni silnik gasnie na amen i zapalic sie juz w zaden sposob nie chce. Solanka zaszkodzila smokowi...? Ze mu nie pomoze to wiedzielismy, ale ze az taak... Micho znajduje myjnie i tam juz smoka zostawia. Jutro bedziemy sie martwili co dalej. Dzisiaj za pieknie, zeby sie czymkolwiek martwic...

Nastepnego dnia Machencjusz myje porzadnie motor, po czym idzie po Uyuni pchajac motor w poszukiwaniu mechanika. Jak to jednak zazwczyaj w Boliwii bywa ciezko o jasna pomoc. Pyta sie czlowiek takiego Boliwijczyka o kierunek, a ten albo powie ze nie wie albo pokaze palcem w ktora strone. Odpowiedz w stylu druga w prawo nie istnieje. Czesto tez slyszy sie - bardziej w gore albo bardziej w dol? Jakie w gore albo w dol jak ulica prosta jak stol...? Kwintesencja boliwijskich rozmow jest nasza ostatnia rozmowa na stoisku z sokami:
- Jest sok z marchewki?
- Nieeee, jest tylko z mlekiem lub z woda.

Tak wiec Micho pchal motor w ta i spowrotem az w koncu go porzucil, zlapal stopa i mili ludzie zawiezli go do mechanika, po czym wrocil sie po motor. Diagnoza zostala postawiona szybko - woda w gazniku albo problem ze swieca. Mamy wrocic o 15. O 15 wracamy i motor stoi jak stal. Nie bylo czasiku (w Am S wszystko sie zdrabnia, WSZYSTKO). Wracamy wiec wieczorem i motor dziala.

Postanawiamy kolejnego dnia wyjechac. Udaje nam sie dogadac z jedna z agencji - maja wziac jeden z naszych plecakow i zostawic go przy Lagunie Verde, bardzo blisko granicy z Chile. Pakujemy motor, finalizujemy zamowienie amortyzatora. Ruszamy bez problemu, po czym po tankowaniu - motor mowi po raz kolejny juz NIE, jeszcze dzis nie jedziemy. Nie chce odpalic. Znowu pchamy. Ktos przypadkowo napotkany poleca nam mechanika od spraw elektrycznych. Znajdujemy go. Krotka konsultacja, czek i rezultat taki: akumulator nadaje sie do wyrzucenia. Wyczerpal sie. Oczywiscie jest na tyle duzy i mocny jak na motor, ze nowego w Uyuni nie znajdziemy. Pytamy sie czy nie moga nam sprowadzic akumulatora z Potosi. Mowia ze tam tez nie bedzie. Moga sprobowac sciagnac z La Paz. Okazuje sie jednak ze w La Paz strajk i miasto jest odciete komunikacyjnie... Mechanik mowi ze moga jednak sprobowac rozebrac akumulator i go sprobowac regenerowac. Zrywaja plomby: Do not open. Cos dolewaja, do czegos podlaczaja. Jutro sie okaze czy sie regeneracja udala... Wiec czekamy...

Album zdjęć - zobaczcie koniecznie!

Salar de Uyuni


Madziula

2 marca 2010



Im dluzej jestesmy w Boliwii i wiecej od La Paz widzimy tym bardziej nam sie ten kraj podoba. Potosi to juz kolejny przyklad niezwyklej Boliwii. Miasto to zrobilo na nas olbrzymie wrazenie. Na tyle wielkie, ze ... zostalismy dluzej niz poczatkowo planowalismy.

Historia Potosi, i ogolniej wszystko co jest z tym miastem zwiazane, laczy sie rowniez mniej lub bardziej ze srebrem. Legenda mowi, ze localny Inka - Diego Huallpa szuakajac lamy, ktora uciekla, zatrzymal sie i rozpalil ognisko pod gora zwana w quechua Potojsi - co oznacza grzmot lub eksplozje. Ogien stal sie tak goracy, ze ziemia pod nim zaczela sie topic i blyszczaca ciecz wyplynela spod ziemi. Diego od razu uswiadomil sobie, ze musi to byc surowiec, ktorego usilnie poszukuja hiszpanscy konkwistatorzy. Legenda legenda - w rzeczywistosci Hiszpanie szybko dowiedzieli sie o bogactwie tkwiacym w gorze. W kwietniu 1545 Hiszpanie zalozyli pod zboczem gory miasteczko i rozpoczeli wielki proces wydobycia srebra. Warunki pracy z kopalniach byly tak ciezkie, ze lokalni indianie umierali w wyniku wypadkow lub chorob spowodowanych wdychaniem toksycznych substancji. Z czasem Hiszpanie sprowadzili wiec niewolnikow z Afryki do pracy z kopalniach. Zmuszani oni byli do pracy przez 12h, poz ziemia spali i jedli, a ich zmiana konczyla sie po 4 miesiacach. Hiszpanie wydobywali w pewnym momencie tyle srebra, ze mowilo sie ze moga zbudowac z niego most do Hiszpanii i wciaz beda mieli co nim transportowac.

Wydobywane srebro przyczynilo sie do znaczacego rozrostu miasta. Potosi stalo sie najwiekszym i najbogatszym miastem w obu Amerykach. Z czasem jednak zasoby srebra zaczely znaczaco sie kurczyc, miasto zaczelo podupadac. Obecnie wydobycie w Cerro Rico jest kontynuowane i bazuje glownie na wydobyciu cynku, srebro jest surowcem marginalnym.

Wiekszosc turystow przyjezdza do Potosi, zeby zobaczyc jedna z wciaz operujacych kopalni. I jest to niewatpliwie atrakcja niezapomniana. Nam jednal niemniej podobalo sie samo miasto. Ale po kolei.

Po przyjezdzie do Potosi i znalezieniu przyzwoitego nolcegu, co po raz juz kolejny latwe nie bylo, poszlismy zarezerwowac wycieczke do kopalni. Wiele osob polecalo nam Koala Tours, jako ze jednak tam zawolali od nas 100 Bs od osoby (40zl), poszlismy poszukac czegos tanszego i znalezlismy za 60 Bs (20zl). Nastepnego dnia o 9 spotkalismy sie w biurze, tam herbata z koki i do busa. Busik zawiozl nas do jakiegos prywatnego domu, w ktorym byl magazyn strojow. Kazdy z nas dostal spodnie, bluzy, kalosze, i pseudo-kaski z latarkami. Wygladalismy tak:



Stamtad pojechalismy na targ, na ktory jezdza wszystkie toury kupowac prezenty dla gornikow. Przewodnik wytlumaczyl nam, co gornicy konsumuja kazdego dnia (paczke koki, butelke wody, paczke papierosow i troche czystego spirytusu, bo jest przesad, ze czysty spirytus sprawi ze znajda czyste mineraly) i rozpoczelismy nasze zakupy. Ta czesc touru z checia bysmy sobie podarowali. Wolelibysmy, zeby koszt kupienia ¨prezentu zostal zawarty w cenie wycieczki. Nie podoba nam sie takie sztuczne stwarzanie poczucia kupowania dobrego uczynku. No ale coz zorbic. Na szczescie dzieki smokowi mozemy ograniczyc nasze uczestnictwo w tourach do absolutnego minimum. Kupilismy wiec na pezenty po paczce koki i butelce wody. I ruszylismy do kopalni.



W kopalniach warunki pracy nie zmienily sie bardzo od czasów kolonialnych. Nasz przewodnik co prawda wielokrotnie powtarzal, ze te kopalnia, która zwiedzamy jest zmodernizowana. Jest do niej doprowadzona woda i powietrze, a niektóre korytarze maja elektrycznosc, dzieki czemu skaly pakowane w worki wciagane sa na kolejne korytarze elektrycznymi wyciagnikami, a nie recznymi korbami (konkretniej taka maszyna jest tylko jedna - na najwyzszym poziomie, na pozostalych wciaz pracuja przy recznych korbach). Mimo tej calej modernizacji górnicy pchaja wózki wlasnorecznie, korytarze wysadzane sa dynamitami i wykuwane, po czym porzadkowane lopatami, miedzy kolejnymi korytarzami przechodzi sie po 30 metrowych drabinach watlej konstrukcji lub po prostu wspinajac sie po skalach. Kopalnia, która odwiedzilismy jest obecnie bardzo aktywnie urzytkowana, przez co wiekszosc korytarzy ma ok 180-200cm na wysokosc i tylko przy przechodzeniu na nizsze poziomy musielismy sie przeciskac pod niskimi sufitami. Podobnie z kurzem. Nieznosny kurz dawal sie we znaki tylko na nizszych poziomach. Na górze jest doprowadzona woda, przez co problemu kurzu nie ma, czlapalismy w dosc glebokich kaluzach i blocie, a wózki suniete przez górników przejezdzaly kolo nas jedne za drugimi.



W kopalni bylismy ok 2,5h. Odwiedzilismy - Tio - czyli takiego kopalnianego Boga, którego górnicy odwiedzaja przed rozpoczeciem swojego dnia pracy. Przynosza mu prezent w postaci spirytusu, zapalonego papierosa wtykaja w buzie, coby sobie zafajczyl i prosza go o udany - czyli bezpieczny i obfity w znalezione mineraly dzieñ. Tio byl akurat w wersji karnawalowej - caly obwiazany serpentynami i oblany taka iloscia alkoholu, ze smierdzialo na spora odleglosc. Pózniej przeszlismy stopniowo do czesci, w której akurat pracowali górnicy, czyli do nizszych, zapylonych korytarzy. Warunki pracy naprawde uderzaja. Prymitywne narzedzia i ten nieznosny pyl, który sprawia, ze wiekszosc górników umiera po 10-15 latach od rozpoczecia pracy w kopalni na ... A ze ludzi zaczynaja tam prace zazwyczaj w bardzo mlodym wieku (10-15 lat), zeby pomóc w utrzymaniu rodziny, umieraja czesto w mlodym wieku. Nasz przewodnik - Emilio, mówil, ze w Potosi jest malo mezczyzn, którzy nigdy nie pracowali w kopalni. Nawet studenci przychodza tu pracowac w weekendy. W ciagu dwóch dni moga zarobic od 200 do 600 Bs, w zaleznosci od tego jaka dokladnie prace wykonuja. ¯ycie kobiet tez toczy sie mniej lub bardziej bezposrednio z wokól kopalñ. Istnieje przesad, ze kobieta nie moze pracowac pod ziemia - powoduje to bowiem zazdrosc Pachamamy (Matki Ziem) i przynosi pecha. W rzeczywistosci jednak wiele kobiet pod ziemia pracuje, a tych kopalniach, który przesad jest przestrzegany - kobiety sa zatrudniane na powierzchni - np przy segregowaniu skal. Na temat warunków pracy w kopalniach w Potosi zostal nakrecony film - The Devil's Miner. Usilujemy go sciagnac, zeby obejrzec, jak nam sie juz uda, powiemy czy polecamy :)



Na koniec naszej kopalnianej wycieczki Emilio zrobil nam pokaz dynamitowy. W kopalni wielokrotnie slyszelismy wybuchajace dynamity, nie widzielismy jednak jak dokladnie sie to wszystko przygotowuje. Jako, ze w kopalni pracowalo wlasnie bardzo wielu górników, pokaz dynamitowy mnusial odbyc sie na powierzchni ziemi. I tak Emilio polaczyl nitrogliceryne z workiem tlenku zelaza wetknal w to wszystko lat, podpalil i powiedzial, ze mamy 2 minuty na zrobienie sobie zdjecia. Micho:



Po dwóch minutach zabral nam dynamit pobiegl wsadzic go w ziemie i odeszlismy jakies 50 metrów. Huk straszliwy. Micho nagral filmik - jak dojedziemy w obszary lepszego netu - zamiescimy :)



Pozostale dwa dni spedzilismy na wlóczeniu sie po miescie, które szczególnie mi BARDZO sie spodobalo. Jesli kto uwaza, ze sama wycieczka do kopalni nie jest dla niego, warto odwiedzic Potosi dla samego miasta, dla architektury. Przechadzajac sie po uliczkach widac troche podupadla dawna potege miasta. Piekne, róznokolorowe, kolonialne kamienice z przerózniastymi balkonami, wykuszami, zdobieniami. Gdzieniegdzie urocze placyki z niedzialajacymi juz fontannami - wciaz jednak miejsca bardzo socjalne, obsadzone duza iloscia laweczek. I te koscioly...



W nich najbardziej widac dawny przepych i potege. W zadnym jeszcze miescie nie udalo nam sie az do tylu kosciolów wejsc. Wieczorem - ok 18 i rano ok 9-10 otwieraly sie na msze i mozna bylo je spokojnie obejsc. Wiele naprawde pieknych, zadbanych wnetrz. Odwiedzilismy tez Casa Nacional de Moneda, czyli miejsce, w ktorym przez prawie 400 lat wybijano monety. Na poczatku na potrzeby hiszpoansko-kolonialne, pozniej na potrzeby boliwijskie. Dopiero w latach 50-tych XX wieku rzad Boliwii stwierdzil, ze produkcja monet sie juz wiecej nie oplaca (monety zawieraly wówczas 25% srebra, którego zasoby radykalnie sie skórczyly). I tak monety boliwijskie produkowane sa aktualnie w Chile, 5Bs w Kanadzie, a pieniadz papierowy we Francji. Przewodniczke w muzeum mielismy wyjatkowo beznadziejna i nieskora do udzielania wielu informacji, dowiedziec sie jednak mozna bardzo wiele z opisów na scianach i calkiem profesjonalnie jak na Ameryke Poludniowa przygotowanych ekspozycji.



Pełny album zdjęć z Potosi:

Potosi



Po prawie 3 dniach spedzonych w Potosi zdecydowalismy, ze jedziemy dalej, choc mi tak sie podobalo, ze z checia wielka zostalabym na dluzej. Podobala mi sie bardzo atmosfera miasta, w którym zycie toczylo sie wlasnym tempem, a turystów naprawde nie bylo widac duzo (z wyjatkiem touru do kopalni, gdzie spotkalismy setki ludzi na ulicy z prezentami dla górników). Ludzie przyjemni, bardziej przypominajacy tych z Sucre niz tych z La Paz. Milo. Jako ze jednak ciagle nam w glowie ta Patagonia, postanowilismy jechac dalej.



Smok zapakowany i w droge - do Uyuni, do ostatniego i taaaaak dlugo wyczekiwanego punktu naszej podrozy po Boliwii. 200km do Uyuni zajelo nam prawie 2 dni. Przez deszcz i roboty drogowe, które w Ameryce Poludniowej oznaczaja owszem - fragmenty asfaltu, ale i jeszcze wieksze fragmenty rozkopanej ziemi, która w deszczu tworzy bardzo glebokie bloto. Jechalismy wiec wolno przed siebie i chcialo mi sie ryczec. Bo tak dluuugo czekalismy na ten fragment naszej podrozy, jechalismy przez taaaaak piekne tereny i lalo wlasciwie non-stop, a o promieniach slonecznych mozna bylo co najwyzej pomarzyc. Po drodze przespalismy sie w malym Alojamiento w Tica Tica za 10 zlociszy za pokój, wieczorem pogaworzylismy z przemilymi lokalsami, którzy wcale nas nie pocieszyli jesli chodzi o prognoze pogody, po czym urzadzilismy sobie seans kinowy, serwujacy "wesele". W totalnym deszczu dojechalismy do Uyuni, w którym sloñce zaczelo niesmialo przebijac. Tu okazalo sie, ze jestesmy 3 dni za pózno. Jeszcze 3 dni wczesniej dalo sie dojechac do wyspy z kaktusami na Salarze, wiekszosc Salaru byla sucha, jedynie w niektórych czesciach bylo odrobine wody. Od 3 dni natomiast leje, mozna wiec wjechac na Salar tylko kawalek - 8-10 km w glab, a wody jest w pól kola. Z kilkutelniego marzenia o noclegu w namiocie na Salarze nici. Podolowalismy sie wiec do koñca dnia, popytalismy w róznych agencjach o opcje trasy do Chile przez obszar lagunowy i postanowilismy kolejnego dnia pojechac na Salar liczac, ze wcale nie bedzie zle i przy okazji dokladnie wypytac kierowców o trase - oni wiedza w koñcu lepiej jaki jest stan dróg niz babeczki wciskajace wycieczki.

Zdjęcia wykonane po drodze, w przerwach kiedy nie padało:

Z Potosi do Uyuni


O naszym pobycie na Salarze we wpisie nastepnym. Teraz powiem Wam tylko tyle - RYK szczescia, TOTAL orgazm, radosc, glupawka. Ze spokojnym sumieniem moge powiedziec, ze byl to jeden z najpiekniejszych dni w moim zyciu. OJDAZD.

Jutro postaramy sie wyjechac w kierunku Chile. Do San Pedro (Chile) planujemy dotrzec za jakies 5-7dni. I wtedy sie odezwiemy. A wrazeñ bedzie duzo. To pewne.

Madziula