Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salwador. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salwador. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2014


Wulkany mają w sobie jakąś przyciągającą moc. Jak wszystkie góry? Trochę tak, ale nie do końca. Ich moc jest moim zdaniem jeszcze większa. Ich stożkowy kształt wyróżnia się w linii krajobrazu, wyrastają w grupie lub samotnie, podejście z reguły troszkę trudniejsze przez osypujący się pył z kamieniami, a na górze może być tak różnie. Może być zastygnięty trzon, rozwalony i zarośnięty krater, może być dziura do wnętrza ziemi wyrzucająca pył lub z gotującą się lawą, a może też być jeziorko o mało ziemskim kolorze. Byliśmy już w tej podróży na dawno wygasłym wulkanie Tajumulco i na Acatenango sąsiadującym z bardzo aktywnym Fuego. To może by tak teraz coś z jeziorkiem?

W Salwadorze, podobnie jak w innych krajach Ameryki Środkowej są wulkany. Trzy z nich zostały objęte Parkiem Narodowym Cerro Verde, w którym znajduje się m.in.: wulkan Santa Ana, z jaskrawo zielonym jeziorem w dnie olbrzymiego krateru. Szczyt niewysoki, wejście nietrudne, idziemy na Santa Ana!

Zanim jednak wybierzemy się na wulkan zatrzymujemy się na dwa organizacyjne dni w drugim największym mieście Salwadoru – Santa Ana przy kościele, w którym na misji pracuje polski kapucyn. Brat Józef to złoty człowiek, ogrom serdeczności bije od niego na każdym kroku. Ledwie zdążymy wypowiedzieć nasz zamiar pojechania gdzieś, czy załatwienia czegoś, a brat Józef odpowiada z pomysłem jak nam może w tym pomóc. W jego towarzystwie odwiedzamy warsztat, sklep z częściami, ręczną myjnię, jeździmy w poszukiwaniach jedzenia dla Ignasia, a w przerwach mamy chwile na kawkę, wspólną kolację, czy spacer po mieście. Santa Ana nie urzeka, ale cieszymy się, że możemy zobaczyć salwadorskie miasto. Bez brata Józefa pozałatwialibyśmy co najbardziej konieczne i pewnie nie odważylibyśmy się wyściubić nosa z hotelu po ciemku. Przebywanie z osobą, która od ponad 20 lat mieszka w tym regionie i wiele widziała, daje nam jednak inne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość. Rzuca się w oczy ogromne rozwarstwienie społeczeństwa. Ubogie przedmieścia sąsiadują z centrami handlowymi, obstawionymi uzbrojoną ochroną, w których robią zakupy ludzie odstawieni jak w wenezuelskiej telenoweli. Ciekawa jestem, jak się im żyje, czy czują na co dzień zagrożenie, czy są zdolni do wewnętrznego oswojenia faktu życia w mało bezpiecznym miejscu. I choć żadnego zagrożenia nie widzimy ani nie czujemy, cieszę się, że nie było mi dane tu się urodzić.

Koło kościoła, wieczorem, grupa muzyczna miała próbę. W 7. niebie był nasz Ignaś :)


Robimy rozeznanie jak najlepiej wejść na wulkan i wygląda na to, że mamy tylko jedną opcję – zorganizowane przez park wejście na szczyt w obstawą. Tak to już niestety albo może właśnie „stety” w Salwadorze jest, że indywidualna turystyka jest w niektórych miejscach niemożliwa. Na wulkanie było jeszcze niedawno niebezpiecznie, regularnie zdarzały się napady, więc żeby zwiększyć poziom bezpieczeństwa i chronić turystykę kraju codziennie o 11.00 wychodzi na wulkan grupa z przewodnikiem o ochroną. I podobno nic się nie zdarza. W grupie mała elastyczność, ale trudno, raz damy radę!

Dojeżdżamy na miejsce trochę na styk, idziemy dać znać, na który wulkan wchodzimy, po czym wracamy do samochodu zapakować plecaki. Jesteśmy jeszcze z dobrze rozgrzebanymi plecakami gdy widzimy, że grupa po drugiej stronie parkingu startuje już do góry. Przed 11.00, kto to widział w Ameryce Centralnej taką nadpunktualność?! Parking za wielki żeby krzyczeć, więc zagęszczamy ruchy i biegniemy za nimi. Na szczęście jest jeszcze na naszej drodze punkt poboru opłat, tam dopadamy do grupy. I już chcemy płacić za wejście, gdy ważny pan ochroniarz mówi nam, że my niestety nigdzie nie możemy iść.
- Dlaczego?
- Bo macie dziecko, a dzieci wstępu na wulkan nie mają.
- Ale… dlaczego?
- Bo grupa musi iść razem, jest to bezwzględny warunek bezpieczeństwa, a z dziećmi to nigdy nie wiadomo. Może będzie płakał, może nie będzie chciał iść dalej, i co wtedy? A nawet jeśli z Ignasiem będzie wszystko dobrze, to jest to jednak duży ciężar do wniesienia i pewnie nie damy rady.
„Żarty jakieś” – myślimy sobie, ale odpowiadamy spokojnie z uśmiechem, uszanowując autorytet pana władzy. Tłumaczymy, że my już w górach z nim byliśmy i Ignaś świetnie się sprawdza, a tata to dwójkę takich by na górę wniósł, taka kondycha. Ignaś obdarza pana ochronę swoim najbardziej serdecznym uśmiechem, topimy jego serce, w ostatecznej ostateczności robi dla nas wyjątek. Ach, jakbyście widzieli jego minę. Powaga, jakby o sprawie życia i śmierci jakimś młokosom mówił.


Grupa nasza jest wielka, z 30 osób lekką ręką, głównie jakaś klasowa wycieczka szkolna. W wielkiej grupie kondycja zróżnicowana, przewodzą sprawni, a na tyłach toczą się kulki, którym fasola z ryżem i bananem zagryzana tortillą za bardzo w życiu smakuje. Średnio się wchodzi w takim tłumie, utkniesz za kimś, dochodzisz na przerwę stoperem odliczaną, a przewodnik właśnie zarządza kontynuację marszu. Trudno nawet zdjęcie zrobić. Na szczęście na szczycie mieliśmy aż pół godziny przerwy, więc i aparat zdążyliśmy wyciągnąć :) Czuliśmy jednak dużą presję czasu, bo Ignasia nakarmić trzeba, a tu akurat wszystkie dziewczyny z klasy obsiadły go dookoła i chcą sobie zrobić zdjęcie z jego oczami. Prosta ta Santa Ana trzeba przyznać, 2 godziny prostego podejścia i jesteśmy na szczycie z pięknym zielonym jeziorkiem na dnie krateru. Widoków obłędnych nie ma, cały szczyt otulony jest gęstą chmurą, momentami topi się w niej nawet jeziorko. I tak mi się jednak bardzo tam podoba, kolejne mistyczne wulkanie oblicze przed nami. W dół idzie się jak zawsze sprawniej, nawet kulkom łatwiej, bo mogą się toczyć. Tylko mgła jeszcze bardziej gęsta, na parkingu aż samochodu naszego nie widać! Nie nasyciliśmy się wulkanami jeszcze, o nie! Jeszcze niejeden wulkan w Ameryce Centralnej przed nami, ciekawe co pokażą kolejne? Chyba czas na lawę!








Nasz nocleg po Santa Ana, przyjemne Suchitoto

Gdzieś po drodze
Magda

Więcej zdjęć:
Santa Ana


Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

19 maja 2014


Macie jakies skojarzenia z Salwadorem? My musimy przyznac ze przed przyjazdem w te rejony skojarzenia mielismy raczej malo pozytywne, Salwador kojarzyl nam sie glownie z ... wojna domowa i gangami. Najbardziej znany z nich Mara Salvatrucha, narodzil sie w latach 80'tych w Los Angeles, jako odpowiedz nielegalnych salwadorskich imigrantow na ataki ze strony afroamerykanskich gangow. O pierwotnym celu swojego dzialania - ochronie Salwadorczykow, gangsterzy szybko zapomnieli i poszerzyli swoja dzialalnosc o "standartowe" zajecia: handel narkotykami, haracze i prostytucje. Przynaleznosc do gangu manifestowana byla tatuazami pokrywajacymi cale cialo, wlacznie z twarza, a w gangowym swiatku zaslyneli bezwzgledna zemsta i okrucienstwem. Amerykanie aresztowali kilku szefow i czlonkow Mara Salvatrucha, ktorych dla "swietego spokoju" odeslali do domu. I tym "zmyslnym" ruchem rozszerzono wplywy i dzialalnosc gangu na teren Ameryki Centralnej, w tym glownie Salwadoru, a z czasem i Meksyku.

Malo optymistyczny ten wstep, wiem. Dalej bedzie juz tylko bardziej pozytywnie. Wojna domowa jest juz na szczescie tematem bolesnej przeszlosci, kraj stara sie preznie isc do przodu, wykorzystujac plynace z zagranicy fundusze i znana w regionie salwadorska pracowitosc. Zastanawiacie sie skad plyna fundusze? Glownie ze Stanow i nie tylko w formie zorganizowanych funduszy za posrednictwem NGO´sow. Okolo 12% Salwadorczykow zyje na terytorium USA, nie ma rodziny, ktora nie mialaby choc kilku swoich przedstawicieli w tym "lepszym" swiecie, zasilajacych konta spokrewnionych w ojczyzne. Gangi podpisaly natomiast w 2012 roku porozumienie na ksztalt zawieszenia broni. Wielu zagranicznych obserwatorow twierdzi ze musialo byc w to zamieszane panstwo i kosciol, dosc ze statystyki bezpieczenstwa lub tez niebezpieczenstwa znacznie sie poprawily. Nie znaczy to oczywiscie ze jest od dwoch lat w Salwadorze cud miod sielanka, jest jednak troche lepiej, i Salwador stara sie to wykorzystac, wracajac na turystyczna mape swiata.

Warto przekroczyc granice z Salwadorem chocby dla samych ludzi. W zadnym z dotychczasowych miejsc nie narzekalismy na brak usmiechu i przyjaznej reki, ale Salwadorczycy byli tak kochani, ze ich serdecznosc zaskakiwala nas kazdego dnia. Serce na dloni maja Ci ludzie, w glowie sie wiec nam nie miesci ze gdzies w tym ogromie dobra moze byc choc szczypta zla. A przyrodniczo, czy krajobrazowo? Sklamalibysmy mowiac ze spotkalo nas tam w pierwszych dniach jakies niewiadomo-co. Mielismy jednak dwa super przyjemne spacery w bardzo intensywnej zieleni.

Na pierwszy z nich wybralismy sie w Parku Narodowym El Imposible. Brzmi troche jak nie z tej ziemi widoki albo nieprawdopodobnie trudne sciezki. Nic z tych rzeczy. Nazwa wziela sie od wypadkow, ktore mialy miejsce w tym regionie w czasie transportu produktow rolniczych nad Pacyfik. Karawany mialy bowiem do pokonania wawoz, niejeden kon i czlowiek stracil tam zycie i stad wziela sie nazwa tego zielonego Parku Narodowego. Dzisiaj z przygotowanym sciezkami nie mozna mowic o zadnym imposible, to po prostu mily spacer z mozliwoscia zanurzenia sie w rzece lub skokami z wodospadow. W naszej konfiguracji pokonywanie wodospadow odpada, wybralismy sie wiec na prosta przebiezka nad rzeke na dole wawozu. Dawno nie maszerowalismy przez tak pieknie pachnacy las i taka zielen, wiec bardzo nam sie podobalo. A najwieksze emocje zwiazane byly z wiszacymi nad naszymi glowami grzmiacymi chmurami. Koniec koncow zadna kropla na nas nie spadla, pumy nie spotkalismy, za to sie milo i delikatnie zmeczylismy.




Druga wycieczka dostarczyla nam troche wiecej emocji. Wybralismy sie w okolicy Ruta de las Flores nad Siedem Wodospadow (Siete Cascadas), ktore okazaly sie byc jednym siedmioczesciowym wodospadem. I kazda z tych czesci trzeba bylo pokonac zeby dostac sie do kolejnej. Do wodospadow zaprowadzil nas przewodnik, przemily, buzia mu sie po drodze nie zamykala. Tak to juz w tym Salwadorze jest, ze samodzielne ekspedycje sa niezalecane i wszedzie wciskana jest usluga przewodnika albo nawet uzbrojonego ochroniarza. Nie wiem na ile jest to sposob tworzenia miesc pracy, a na ile rzeczywiscie chronieni sa w ten sposob turysci. Przypuszczam ze raczej dominujacym czynnikiem jest to pierwsze, dla spokoju sumienia postanowilismy jednak nie maszerowac samodzielnie i coby nie isc z grupa, ktora nie pozwala na przerwe na drzemke Ignasia, znalezlismy sobie indywidualnie przewodnika. Zjawil sie na miejscu punktualnie i przyprowadzil ze soba dwoch pomagierow, ktorzy mieli nas na linach spuszczac z wodospadow.
- Ale my mamy Ignasia na brzuchu! Nie chcemy schodzic na linach z wodospadow!
Wielkie bylo ich rozczarowanie, postanowili sie jednak i tak sie z nami przejsc. Chcac, nie chcac mielismy wiec trzech przewodnikow w cenie jednego. Malo nas to na poczatku cieszylo, byli jednak tacy fajni i takie ciekawe historie nam o Sawadorze i otaczajacej na przyrodzie opowiadali, ze bylismy pod koniec zadowoleni z tego ukladu. Pokonywanie wodospadow bylo niezla zabawa. Na poczatku staralismy sie skakac po kamieniach i konarach, zeby sie nie zmoczyc. Przy pierwszym wodospadzie musielismy jednak pod nim przejsc zeby dojsc do dalszej sciezki. Zrosilo nas solidnie, skoro i tak bylismy mokrzy, dalej szlismy juz centralnie po rzece i skalach w niej lezacych. Jedyne, co musielismy sobie odmowic, to ostatni z siedmiu wodospadow. Zeby sie do niego dostac musielibysmy wspiac sie po wodospadzie, moczac sie z glowa cali. Super zabawa, ale niestety nie tym razem. Zobaczcie jak wspaniale zielony jest El Salvador!


Ostatni wodospad nie dla nas





Najpiekniejszy widok na swiecie!
Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

16 maja 2014


Wjeżdżamy do Salwadoru, nowy latino kraj przed nami. Granica idzie nam wyjątkowo opornie, bo potrzebne są kserokopie wszystkich możliwych papierów, a celnicy kopiarki nie posiadają, bo pan celnik urządził sobie siestę, a inny zniknął na obiad, bo skierowali nas do złego okienka, bo jesteśmy w Ameryce Łacińskiej. Tu temperatura opatula ludzkie ruchy i nie pozwala im na za szybkie tempo, tu czas ma pojęcie bardzo względne. Znamy już to bardzo dobrze, 2/3 rodziny siedzi więc spokojnie w samochodzie i pozwala czasowi płynąć, a w 1/3 odzywa się pruski pierwiastek i trochę się gorączkuje [zgadnijcie, zgadnijcie kto jest kim ;P]. Niemniej dzięki staraniom tej rozgorączkowanej części rodziny przekraczamy granicę przed zmrokiem i dojeżdżamy do najbliższej nadmorskiej miejscowości. Bienvenidos en El Salvador!

Teraz gorączkuje się dla równowagi drugi dorosły naszej rodziny. Bo nie dość że wjechaliśmy do SALWADORU, przed którym tenże dorosły ma pietra, to jeszcze jesteśmy przy samej granicy [a granice dobrej sławy w tym kraju nie-najlepszej-sławy nie mają], robi się ciemno, a my nie mamy gdzie spać. Dla załagodzenia sytuacji ogólnego rozgorączkowania dorosły, w którym opadły już graniczne emocje, zatrzymuje się przy sklepie, żeby zapytać gdzie tu można blisko i bezpiecznie się przespać. Przy okazji zadaje nurtujące go od dawna pytanie:
- Słyszałem, że gdzieś tu w okolicy mieszka Jose Salvador Alvarenga. Znają go może Państwo? Wiedzą gdzie mieszka?
- Toż to mój syn! Jest na zapleczu! - odpowiada Pani sprzedawczyni.

I tak o to zatrzymujemy się w sklepie na colę i rozmowę, po czym od słowa do słowa dostajemy zaproszenie na noc w namiocie. Pewnie nie każdy z Was wie, kim jest ten Jose Salvador i dlaczego o niego pytaliśmy? Słyszeliście o człowieku, którego sztorm porwał razem z łódką na meksykańskim wybrzeżu i który przez 13 miesięcy dryfował po Pacyfiku aż ocean zlitował się i wyrzucił go na Marszalach? To właśnie Jose Salvador Alvarenga.

Jose 13 lat wcześniej wyjechał z Salwadoru do Meksyku za pracą, nielegalnie oczywiście. Zostawił w Salwadorze kobietę z małą, niespełna roczną córeczką. Od zawsze trudnił się połowem ryb, jako dziecko i nastolatek był rybakiem w Garita Palmera, kolejne lata spędził natomiast na łowieniu rekinów w Meksyku. Na początku zdarzało mu się wracać do domu, w ciągu ostatnich 8 lat nie dawał jednak znaku życia. Nie dzwonił, nie pisał ani przyjeżdżał. Rodzina myślała, że zaginął. W czasie feralnego sztormu był na morzu z kolegą, kilkunastoletnim jego zdaniem Ezequielem. Towarzysz po czterech miesiącach morskiej tułaczki popadł w depresje, odmówił spożywania posiłków i zmarł. Jose starał się trwać dalej. Mała, rybacka łódeczka nie zawierała oczywiście zapasów jedzenia ani wody. Żywił się więc złowionymi ręcznie rybami, żółwiami i ptakami, pił deszczówkę z żółwiej skorupy, a w kryzysowych bezdeszczowych okresach własny mocz. Po tym jak znaleziono go na Marszalach i przebadano w Stanach, odesłano go ku wielkiej radości mamy, taty i córki do Garita Palmera, małej wioski, na salwadorskim, pacyficznym wybrzeżu. O swojej historii chce napisać książkę, myśli też o filmie, jacyś filmowcy z Chile są podobno zainteresowani jego historią. A teraz wybiera się do Stanów na badania pod kątem pasożytów, bo bardzo boli go brzuch po 13 miesiącach jedzenia surowizny. Przez 3 miesiące będzie oglądany przez lekarzy w Waszyngtonie, gdzie przez przypadek mieszka nielegalnie prawie całe jego rodzeństwo.

Jose Salvador Alvarenga jest dzisiaj lokalną gwiazdą. Mimo że wrócił do domu ponad dwa miesiące wcześniej ciągle wpadają do domu sąsiedzi, znajomi znajomych i chcą sobie zrobić z nim zdjęcie. Jose sprawia wrażenie dobrze odnajdującego się w nowej roli. Do każdego podejdzie, z każdym uściśnie dłoń, każdemu przed kamerą zapozuje. I nami, swoimi "gringo gośćmi" chciał się pochwalić w wiosce. Zaproponował nam wieczorny spacer na plażę, bo tam pięknie. My zawsze chętni do spacerów, załadowaliśmy więc Ignasia w nosidełko i gotowi do drogi czekaliśmy na ulicy. Jose stwierdził jednak, że to za daleko, żeby iść. Lepiej pojechać naszym samochodem. A najlepiej to by w ogóle było gdyby on poprowadził. Mało chętnie, ale przekazaliśmy mu kluczyki. Jedna ręka zliczyłaby razy gdy siedział za kierownicą samochodu [naszym zdaniem], nie przekraczał jednak 15km/h, w razie czego jakoś byśmy się uratowali :) Nasza przejażdżka przez wioskę nie była taka "zwykła". Wszystkie szyby opuszczone, muza włączona i odpowiednio podgłośniona, światło w środku zapalone, cobyśmy świecili się w ciemnych uliczkach, łokieć na szybie i do przodu. A! O klaksonie bym zapomniała :) Regularnie wciskany był klakson, coby dać wszem i wobec znać, że luks torpeda, rozklekotana 17-letnia Toyota jedzie przez wieś z Jose, jego kuzynem i gringo rodziną na pokładzie :)

Cudowną kobietą jest mama Jose. Złota kobieta, serce na dłoni, z tych co to w kapciach do nieba pójdą. Biegała przy wszystkich, żeby każdemu dogodzić, a miała na głowie z 10 domowników, nas i jeszcze goście ze stanów przyjechali 7-osobową drużyną. Dla każdego kolacja, dla każdego śniadanie, dla każdego uśmiech, ciepłe słowo, dla Ignasia chwila na rękach, a dla Jose najcieplejsze w świecie przytulenie. I chociaż chowaliśmy się w kącie najbardziej jak potrafiliśmy, żeby nie przeszkadzać, zawsze nas znalazła i wszystkim chciała się podzielić. Cudowna Pani Maria, dzięki której spędziliśmy super pierwszą noc w Salwadorze. El Salvador oswojony.


Fragment kuchni, z mamą córki Jose w tle

Rozgotowana kukurydza gotowa do przygotowania tortilli, ulubionego jedzenia Jose. Co kraj to kubki smakowe ;)




Magda


24 listopada 2013

Wracając z Ignasiem z Barcelony (sierpień 2013)

Zacznijmy wprost – ruszamy! Po powrocie z Ameryki Południowej zaspokajaliśmy naszą chęć poznawania oraz aktywnego spędzania wolnych chwil dłuższymi i krótszymi wyjazdami. Naciągaliśmy kalendarz jak się dało, żeby powydłużać weekendy, rozciągnąć wakacje kilkoma dniami bezpłatnego urlopu, wykorzystywaliśmy każdą okazję stwarzaną przez wypadający w danym roku układ świąt i weekendów. Każde ruszenie się poza Warszawę było super. Niezależnie od tego, czy jechaliśmy poszwędać się po Górach Świętokrzyskich, Bieszczadach, czy były to żaglówki na Mazurach, wypady do europejskich miast, narty, ładzina w Gruzji, czy motorki w Ugandzie, wracaliśmy wzdychając, jak świetnie było i dumaliśmy, gdzie by tu następnym razem. Jednocześnie cały czas chodziła nam po głowie myśl o wyjeździe na dłużej. Chcieliśmy, nawet bardzo, ale codzienne życie, obowiązki i zobowiązania, i inne zewnętrzne czynniki, jakoś nie składały się w całość pozwalającą ruszyć. Praca moja, praca Michała, oszczędności, mieszkanie, ciąża, dziecko, wypadek itd. itp. A zresztą. Sami wiecie jak to jest. Byle daleje mówią, że podstawa o wyznaczyć datę. I coś w tym jest. Nam to jednak nie wychodziło. Impulsem do decyzji była jedna z wielu promocji lotniczych na Daleki Wschód.  
Krótki telefon:
– Michał, widziałeś…? A może by tak pojechać, jak skończysz projekt w połowie listopada na miesięczny urlop…?
- … Pewnie! Tylko dlaczego na miesięczny?
I machina ruszyła. Przeczytaliśmy internet wzdłuż i wszerz, kilka blogów, pogadaliśmy z ludźmi różnymi, pozmienialiśmy kierunki kilka razy i ostatecznie wstępny plan się zarysował.

Przez piaski Helu (lipiec 2013)

3. grudnia wylatujemy do USA, konkretnie do San Francisco. Tam zatrzymujemy się na chwilę dłuższą, bliżej nieokreśloną. Przyzwyczajamy się do nowego czasu i zachęcamy Ignasia do nowych godzin pobudek, poznajemy miejsce, dokupujemy to i owo, ruszamy na poszukiwania samochodu. Jak już uda nam się wszystko podopinać i poczujemy, że czas jechać, ruszymy! Na początku pokręcimy się po Kaliforni, na tyle na ile pozwoli nam „zimowa” pogoda. Później zjedziemy do Meksyku na sam koniuszek Półwyspu Kalifornijskiego, promem przemierzymy Zatokę Kalifornijską, dojedziemy na południe, a dalej… zobaczymy. Może zaniesie nas dalej na południe, a może uznamy, że lepszym pomysłem jest powrót do Stanów. Za dużo planować nie chcemy, bo za dużo nie wiemy. Nie wiemy przede wszystkim jak nam tam we trójkę będzie, jak odnajdziemy się w podróżowaniu w nowej konfiguracji i jak Ignaś będzie to znosił. Przetestowaliśmy już wypady na krótkie odległości. Miesięczny Ignaś był nad morzem, dwumiesięczny w górach i w Hiszpanii. Próbowaliśmy couchsurfingu, hosteli, prywatnych kwater, jechalismy samochodem, autobusem i pociagiem, lecielismy. Wszystko działało sprawnie. Nigdy nie było jakoś niewiadomo jak trudno, żebyśmy uznali, że w trójkę jeździć się nie da. Żadna z wcześniej zasłyszanych zmor wczesnego rodzicielstwa się nie sprawdziła. Trafiło nam się złote dziecko, z którym podróże są możliwe? Może. Choć bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że nie mamy barier w naszych głowach, które każą siedzieć w domu i nie pozwalają spełniać marzeń. Zdajemy sobie sprawę z tego, że z dzieckiem wszystko jest dynamiczne i żadna faza nie jest stała. Może za miesiąc / dwa okaże się, że jest za trudno...? Nie wiemy. Jeśli cokolwiek nie będzie grało, wracamy odrazu. Wierzymy jednak podskórnie, że wszystko się uda i będzie „super”! Że Ignaś będzie szczęśliwy, bo będzie miał szczęśliwych rodziców poświęcających mu cały czas, każdego dnia, 24 godziny na dobę. I że od maleńkości będzie uczył się otwartości, różnorodności i elastyczności.

Magda

O konfrontacji naszych wyobrażeń z rzeczywistością będziemy pisali regularnie tutaj. Zaglądajcie, komentujcie, piszcie jak będziecie mieli pytania. Stay tuned :)

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS