Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwatemala. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwatemala. Pokaż wszystkie posty

14 maja 2014


W Gwatemali widzieliśmy już ruiny Majów w Tikalu, zobaczyliśmy słynne wielkopiątkowe procesje w Antigua, poszwędzaliśmy się nad Atitlanem i zdobyliśmy najwyższy szczyt Ameryki Środkowej. Innymi słowy, najsłynniejsze miejsca odwiedziliśmy. Poza tym widzieliśmy kilka miejsc mniej uczęszczanych o których już pisaliśmy. Jednak to wejście na Tajumulco w zupelności nie spełniło naszych oczekiwań. Wulkany uwielbiamy od dawna i trudno by było powiedzieć, który z wulkanów w Nowej Zelandii, Ugandzie czy Ameryce Południowej najlepiej wspominamy. W Gwatemali jest tych wulkanów cała masa i aż trudno się zdecydować, na który wejść. A wejść można jak gdyby przy okazji, ponieważ zgrupowane są one zarówno koło historycznej Antigua, nad Atitlanem, czy też wokół Xeli w której wielu gringo uczy się hiszpańskiego. Ciągle więc po Tajumulco pojawiała się jakaś kolejna okazja do poprawienia doświadczenia zdobytego na Tajumulco. Ale jak tu wchodzić na górę jeśli Ignaś jedzie na antybiotyku, a w sumie i nas też na zmianę lekkie przeziębienie brało lub biegunka dopadała.
Jest taki wulkan Pacaya, na który weszlibyśmy gdyby nie Madziula. Bo Pacaya nie jest bardzo wysoka (2500 m. npm) więc można na nią się wdrapać i szybko (2h) i bez ryzyka choroby wysokościowej, choć ostatnio jej poziom aktywności wzrósł i o ostatnich erupcjach w marcu szeroko mówiła prasa.
Ale na Pacayę nie weszliśmy. Moja Madziula generalnie nie jest osobą, która ma wielką łatwość w podejmowaniu decyzji, stąd też kiedy zastanawialiśmy się nad zdobyciem kolejnego wulkanu wielki wpływ na mnie wywarły jej słowa;
- Michaś, gdybym była na Twoim miejscu, to na pewno bym weszła na Acatenango.
No to wszedłem na Acetenango.

Wejście na Acatenango umożliwia przypatrzenie się z bliska bezpośredniemu jego sąsiadowi, wulkanowi Fuego. A warto to zrobić, bo Fuego jest całkiem aktywnym wulkanem, często wyrzucającym gorącą czerwoną lawę. Lawy jednak jest na tyle mało, że jej kolor widać jedynie w nocy. Ponieważ jednak Acatenango ma ponad 3900 m npm, odpuściliśmy już tę frajdę Ignasiowi, który dopiero co zakończył branie antybiotyków po zapaleniu ucha i wreszcie wrócił do formy, Magda zaś po atitlanowym zatruciu daleko była od pełni sił.

Wycieczki na Acatenango kosztują prawie 100 dolarów i trwają jeden lub dwa dni. Ja zdecydowałem się na opcję najprostszą, prawie  najtańszą i najszybszą, którą jest dojazd do wioski La Soledad, w której rozpoczyna się szlak. W La Soledad znaleźliśmy prostą kwaterę i świetnego miejscowego przewodnika, który okazał się być idealnym kompanem.

Ponieważ w ostatnich dniach po południu niebo robiło się pełne od chmur, a sam Atitlan żegnał nas urwaniem nieba, zależało mi, by na Acatenango wyjść w nocy tak by zdążyć na wschód słońca.
Jaime (czyt. Chaime) zarządził więc wyruszenie o pierwszej w nocy. Punktualnie zapaliliśmy czołówki i ruszyliśmy w stronę szczytu. Muszę przyznać, że Jaime narzucił całkiem szybkie tempo, dużo szybsze niż to do którego ostatnio byłem przyzwyczajony w roli wielbłąda niosącego Ignasia i jedyny plecak naszej rodziny.
Jedynie początkowe 40 minut marszu było mozolne ze względu na sypki wulkaniczny żużel. Dalej już szło się nam bardzo dobrze i co ciekawe, zamiast zadyszki mogłem oddychać swobodnie i takoż prowadzić nocną rozmowę z Jaime, który był szczerze ciekaw i zadawał wiele pytań. Tak miło się nam szło, że nawet nie przejąłem się tym, że w między czasie od dołu podchodzące chmury wyprzedziły nas i postawiły jakiekolwiek widoki pod znakiem zapytania. Ostatnie 200 metrów podejścia znów prowadziły przez grząski żwir po stromszym zboczu, ale udało nam się wejść na szczyt, za to ku mojej radości chmury zatrzymały się pod nim. Za szybkie tempo poskutkowało tym, że weszliśmy na wulkan przed czasem, a bez rękawiczek i czapki czekanie na wschód słońca było po prostu mało komfortowe.
Jaime miał jednak pomysł na to zimno, zaproponował byśmy przed wschodem słońca schowali się przed wiatrem za skałą i poczekali na eksplozję Fuego.  Wpatrywać się w wulkan i czekać na jego wybuch jednak wydało mi się aktywnością która spowodowałaby jeszcze większe odczuwanie zimna przez brak ruchu, więc poszukiwałem w pobliżu jakichś ładnych kadrów, by pokazać Magdzie.
Pyk.
Jaime: - Fuego!!!!!!!!!

Aaaa!! Gdzie kamerka, gdzie jej włącznik??? Chwilę minęło, zanim się zorganizowałem.
Jak Jaime powiedział, tak Fuego zrobił. Wybuchł i wyrzucił z siebie gorąca lawę w formie jakby czerwonych wielkich kamieni. Ale to nie jest tak jak sobie można wyobrazić, że cała ziemia pod moimi stopami drżała jak podczas trzęsienia ziemi i te kamienie latały po całym niebie i musiałem się przed nimi chować. Co to to nie, nie było jakby to w kreskówce ktoś mógł przedstawić.
Czerwone kamienie szybko stygną i przestają być widoczne w nocy. Długo natomiast na niebie pozostaje widoczna chmura pyłu.
To co udało mi się nagrać pokazuję Wam, żebyście zobaczyli jak mniej więcej to było widać, i jak długo potem ta chmura sobie wisi prawie nie przesuwając się po niebie:


I Fuego jeszcze sobie tak wybuchał kilka razy podczas naszego pobytu na szczycie. Teraz już nawet i ja się przyzwyczaiłem do tego że na wybuch wulkanu wystarczy poczekać, dzięki czemu mamy z Jaime taką oto pamiątkową fotkę.


Oczywiście kwestią czasu jest też wschód słońca. Stało się to mimo zimna zaskakująco szybko i ten moment kiedy krajobraz nabiera barw jest przepięknym spektaklem wartym każdej minuty nocnej wspinaczki. Tej nocy cała Gwatemala którą widzieliśmy skąpana była w dywanie chmur, jedynie czubki najbliższych wulkanów wystawały poza biały kożuch.  Warto było w tym momencie być na samej górze. Sami nie byliśmy, trójka Niemców przyjechała ze swoim przewodnikiem z Antigua. Ale ta góra tego dnia należała do nas. Mi wejście z lokalnym przewodnikiem podobało się też z tego względu, że mogłem ograniczyć do minimum czas który Magda musiała spędzić sama z Ignasiem czekając na mnie. I ta motywacja, jak również ta by zaskoczyć Magdę, spowodowała, że dosłownie sfruwałem na dół. Jaime chciał wybadać moje tempo schodzenia i nie schodził, tylko truchtem zbiegał z góry w stałym ślizgu na butach. Aż mi się skojarzyło że to kolejny sezon narciarski który mnie ominął (niech no ja doczekam się następnego w 2015). Na dole przed domem Jaime byliśmy po godzinie. Na podwórku cisza, Ignasia ani Magdy nie widzę. Otwieram drzwi do pokoju, a tam Magda z Ignasiem pod kołdrą na łóżku.
- Michaś, co się stało? Nie wszedłeś? Spodziewałam się Ciebie koło 13!

Obudzili się 10 minut wcześniej.

Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem?

Bo przecież jak tyle jeszcze mamy czasu to przecież chyba nie koniec atrakcji.








 A reszta zdjęć z Acatenango do zobaczenia w kolejnym albumie:
Wulkan Acatenango


Pozdrawiamy,

wyjątkowo
Michał

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

12 maja 2014


Jest na mapie Gwatemali takie miejsce, które odwiedza chyba każdy i które rywalizuje z ruinami w Tikal o miano największej atrakcji kraju. Nie są to kolejne pozostałości miasta Majów ani szczyt góry najwyższej, nie jest to też miasto jakieś konkretne ani najbielsza w świecie plaża z palmami wzdłuż brzegu. Jest to, słuchajcie, jezioro. Nad Atitlan ciągną rzesze plecakowców jadących przez Amerykę Centralną bądź też samą Gwatemalę, ludzie poszukujący miejsca do nauki języka hiszpańskiego w przystępnej cenie, podróżujące rodziny, amerykańscy emeryci uciekający przed zimą lub też przed ojczyzną na starość, osoby marzące o domu letniskowym w wyjątkowej lokalizacji, hipisi z całego chyba świata, fani jogi, lubujący się w metydacji, wyznawcy new age, zainteresowani cywilizacją Majów i mogłabym wymieniać tak dalej. Dodając do tego niemałą grupę gwatemalskich urlopowiczów pragnących odpocząć od zgiełku stolicy, robi się nad jeziorem Atitlan niezły turystyczny tygiel.

 Jak w każdej turystycznej atrakcji i w jeziorze Atitlan ukryty jest dość oczywisty powód tej wysokiej popularności. Nie jest to zwykłe, pierwsze z brzegu jezioro i pomimo, iż nie jest ono również największe ani najgłębsze, jest naprawdę piękne, a konkretniej pięknie położone. Otoczone wulkanami i stromymi górskimi zboczami, z Indianami władającymi różnymi językami zamieszkującymi wioski, osady i miasteczka na brzegu jeziora.

 Wszyscy powyżej wymienieni nie gromadzą się oczywiście w jednym miejscu, rozpierzchają się po całym wybrzeżu. Są wioski i miasteczka przyciągające szczególnie określone typy. I tak na przykład San Pedro jest miastem plecakowców i kursantów hiszpańskiego. San Marcos skupia tych od jogi, medytacji i new age. Zainteresowani współczesnymi Indianami i zwyczajami Majów pojadą w pierwszej kolejności do Santiago, a gwatemalscy urlopowicze pozostaną głównie w bramie wjazdowej Atitlanu – Panajachel. Jedno jest pewne – gdziekolwiek się nad Atitlanem nie znajdziecie spotkacie gringo przybyszy. Bo nawet jeśli nie będzie to żadne z powyżej wymienionych miasteczek, będą w pobliżu jakieś mniej lub bardziej wypaśne – ze zdecydowaną przewagą tych drugich, domy letniskowe obcokrajowców różnych narodowości. Do wielu domów nie prowadzą drogi, osiągalne są tylko łódką, a bryły i obejścia zrobione są z takim rozmachem, że szczenę zbierałam z łódkowej podłogi. Tłum gringo, który przybywa nad Atitlan w różnych celach, współdzieli jeziorną przestrzeń z Indianami. Tworzą się przez to różne ciekawe współzależności i dochodzi do śmiesznych a czasami mało przyjemnych sytuacji.

 Ciekawe? Weźmy za przykład takie Jaibalito, mała wioskę, do której dojechać można tylko łódką. Wydawać by się mogło – nie tak łatwo się dostać to i spokojniej a może i bardziej inidańsko będzie na miejscu. Nie my pierwsi na to wpadliśmy. W Jaibalito osiedliło się sporo obcokrajowców, głównie amerykańskiego pochodzenia. Jest między nimi Niemiec Hans, człowiek instytucja, nie tylko dla turystów, którym oferuje pokoje w świetnym stosunku jakość do ceny i jeszcze lepsze jedzenie. Hans oferuje pokoje na długi wynajem, lokalni mieszkańcy przychodzą do niego zadzwonić, skorzystać z drukarki, internetu, zapłacić rachunki. Hans skupuje lokalną kawę, praży ją i sprzedaje, Hans robi tanio pranie, Hans zatrudnia sporą grupę Indian, z Hansem ludzie się liczą.

Śmieszne? Najlepszym przykładem jest tu Santiago, najbardziej indiańskie z atitlańskich miasteczek. Trafiliśmy tam w Wielką Niedzielę, ktoś gdzieś nam powiedział, że odbywają się tam z tej okazji duże uroczystości. Na główne obchody spóźniliśmy się, w czasie spaceru po mieście zaszliśmy pod kościół, gdzie trwało duże ożywienie. Przed wejściem do kościoła stała mała lektyka z figurką ubraną w milion kolorowych szat, kapelusz i wstążki, a dookoła niej tłoczyli się uroczyście ubrani indiańscy mężczyźni i kobiety oraz orkiestra. To Santiago, patron miasta. Jak wytłumaczył mi spotkany Anglik, Santiago opiekuje się nie tylko miastem. Staje też na wysokości zadania w obliczu śmierci Jezusa. W Wielki Piątek przyjmuje do siebie pogrążoną w smutku Maryję. Indianie wynoszą ją z kościoła i przynoszą do jego świątynki, znajdującej się na wzgórzu miasta. W Wielką Sobotę Santiago odprowadza Maryję do kościoła, gdzie spędza z nią noc na czuwaniu, po czym po zmartwychwstaniu odprowadzany jest do swojego domu. Załapaliśmy się więc na ostatnią część misji Santiago. Kolejny przykład pięknego synkretyzymu religijnego, który byłby tylko ciekawym doświadczeniem gdyby nie grupa gringo współuczestniczących w wydarzeniu i uzupełniających go o odrobinę zabawny element. Procesję otwierały kobiety z Holenderką przewyższającą resztę o dwa ciała. To Karen, wieloletnia mieszkanka Santiago, którą Indianie zaprosili do obrzędu. Nie ona jedna się wyróżniała. Było jeszcze kilku innych białych turystów, poprzebieranych w lokalne stroje, którzy zapłacili niemało kasy, żeby znaleźć się po tej „właściwej” stronie w imię sama-nie-wiem-czego. Indianie zakrapiali procesję sowicie, podśpiewując i taneczno-chwiejnym krokiem maszerując w stronę domu Santiago. A turyści wlekli się wśród nich z mało obecnymi spojrzeniami. Niemniej śmiesznie wyglądałoby dla mnie spotkanie z Kameruńczykiem kolędującym przed moimi drzwiami, żeby chronić polską tradycję.

 Mało przyjemnie? Wszystkie te wypaśne domy i mniej lub bardziej zamożni przyjezdni kontrastują z raczej ubogo i skromnie żyjącymi Indianami. Zauważalne różnice tworzą niestety pokusy do napadów i kradzieży. W żadnym innymi miejscu w Gwatemali nie słyszeliśmy tylu ostrzeżeń. Na tej ścieżce (pomiędzy Jaibalito a Tzununa) uważajcie, bo tydzień temu okradli gringo. Tamtą drogą nie jedźcie (pomiędzy San Pedro a Santiago), bo kilka dni wcześniej uzbrojeni goście zatrzymali i okradli motocyklistę. A na wulkan ścieżka bezpieczna? – zapytaliśmy w policji turystycznej. „Coś się może zdarzyć. Na Waszym miejscu bym tam nie szedł” – usłyszeliśmy w odpowiedzi. Żeby nie tworzyć jakiegoś paranoicznego obrazu – czuliśmy się nad Atitlanem raczej bezpiecznie, spędziliśmy tam naprawdę pięć pięknych dni. Do Tzununy poszliśmy bez aparatu, z butelką wody pod pachą i było tak pięknie, że te zdjęcia w mojej pamięci zostaną na zawsze. A drogę i wulkan sobie odpuściliśmy, choć wiemy że mnóstwo ludzi wraca stamtąd z pozytywnymi wrażeniami (czyt. z wulkanu, bo droga ma naprawdę bardzo złą renomę). Mieliśmy w perspektywie jednak inny szczyt, o czym w kolejnym poście ;)







Transport nad jeziorem odbywa się samochodami

Łódkami

Lub na piechotę :)

W Santiago Atitlan u Maximona, lokalnego "świętego"

Kolejne procesje, tym razem z okazji Wielkiej Niedzieli


Santiago Atitlan, odprowadzamy Santiago do domu








Ekscytacja grzechotką

Super spotkanie, z Anetą w Jaibalito!
Magda

Więcej zdjęć:

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

9 maja 2014


Święta to czas specjalny, chcieliśmy więc spędzić go w sposób wyjątkowy. Znaleźć miejsce na mapie Gwatemali, w którym obchody Wielkiej Nocy są specjalne – cel ten przyświecał nam od chwili przekroczenia granicy. Różne osoby miały dla nas różne rekomendacje, zawsze jednak powtarzała się Antigua, stara stolica Gwatemali. Wielki Tydzień obchodzony jest w niej tak hucznie, że żeby w nim uczestniczyć, ludzie zjeżdżają nie tylko z kraju, ale i z zagranicy. Zniechęcały nas trochę te dzikie tłumy, których spodziewaliśmy się na miejscu. Skoro jednak Antigua i tak jest miejscem bardzo turystycznym i trochę zatłoczonym, uznaliśmy, że pojedziemy po całości i zobaczymy ją w pełni turystycznej krasy. Przynajmniej się łudzić nie będziemy, że zastanie nas tam odrobina gwatemalskiej autentyczności dnia powszedniego.

Żeby było jeszcze bardziej wyjątkowo na czas pobytu w Antigua nie zatrzymaliśmy się w tanim lokalnym hoteliku, w którym ceny na czas Wielkiego Tygodnia osiągały wartości potrójne. Znaleźliśmy na airbnb pokój wynajmowany przez dwie Niemki w wypaśnym kompleksie kamienic z basenem, w cenie niższej niż każdy jeden hostel, hospedaje czy posada w tym czasie. Wspaniała sprawa położyć się w czystej domowej pościeli spać, wykąpać pod prysznicem z ciepłą wodą ogrzewaną piecykiem gazowym a nie elektro-showerem, po czym rano zejść na bosaka po schodach do kuchni i zaparzyć sobie kawy. Jajajaj… Mogłabym stamtąd cały tydzień nie wychodzić. Chyba, że na basen w ogrodzie.


Nasz super dom w Antigua
Za płotem rozpoczynały się jednak obchody Wielkiego Piątku, który w Antigua jest równoznaczny z wielkimi procesjami. W całym mieście jest 6 procesji, niedużo? Ilościowo może nie aż tak wiele, ale jeśli wziąć pod uwagę fakt, że jedna procesja potrafi iść ulicami kilkanaście godzin, możecie sobie wyobrazić, że nie sposób na choć jedną z nich natrafić. Pierwsza wychodzi już o 4 rano w nocy z czwartku na piątek z kościoła La Merced. Ostatnie wyruszają o godzinie 16, powracając do kościoła dopiero sobotnim porankiem. Są większe i mniejsze, dłuższe i krótsze, bardziej tłumne i prawie kameralne. Każdą procesję rozpoczynają dwa szeregi mężczyzn ubranych w czarne lub fioletowe szaty, idących równolegle po dwóch stronach ulicy. Między nimi co kilkanaście metrów poruszają na przód odpowiedzialni za kadzidła. „Serce” procesji idzie więc w klimatycznym dymie. Jest nim olbrzymia platforma, z Jezusem ukrzyżowanym lub do grobu złożonym. Nie mam pojęcia ile ton może ważyć, dość że niesie ją naraz około 80 mężczyzn, którzy zmieniają się co 10 minut. To ile osób niesie platformę przez cały czas trwania procesji? Prosta matematyka :) Tłum. Żeby było trudniej mężczyźni nie idą tak po prostu do przodu. Co kilkanaście kroków następuje cykl cofania się. A każdy krok wykonywany jest w rytm bębnów, tuż za platformą podąża dęta orkiestra wydająca z siebie żałobne dźwięki.

To nie koniec. Za platformą z Jezusem podąża platforma z Maryją, mniejsza i niesiona wyłącznie przez kobiety. W jednej z procesji na froncie jechały na kołach platformy ze wszystkimi stacjami drogi krzyżowej, widzieliśmy żołnierzy, niesione krzyże, transparenty. Kolorytu dodają dywany. Nie takie zwykłe materiałowe ani nie perskie. Dywany są naturalne, wykonane z trocin, igliwia kwiatów, owoców i warzyw. Niektóre dywany są wielkie i z imponującymi wzorami. Projektowane niekiedy miesiącami, budowane tuż przed przejściem procesji, często w dużym pośpiechu. Procesje idą bowiem podobnymi drogami, przejdzie jedna, zaraz za nią zbliża się kolejna. A wiadomo, że po przejściu tłumu z naturalnego dywanu niewiele zostaje, trzeba więc zbudować kolejny. Najbardziej podobały nam się te budowane na trocinach jako materiale wyrównującym kostkę brukową. Na trocinowej podbudowie tworzone były ciekawe wzory z kolorowych pyłków. I jaki tęczowy mix powstawał z tego po przejściu procesji! Jak na festiwalu Holi w Indiach!

Niesamowite wrażenie robiły procesje nocną porą. Wzdłuż niektórych ulic ustawione były reflektory oświetlające poruszającą się procesję. Dodatkowo platformy rozświetlone były same w sobie, za każdą z nich jechał generator prądu. Dym z kadzideł w świetle latarni i reflektorów wyglądał jeszcze bardziej klimatycznie. I pewnie zostalibyśmy do późnych godzin nocnych gdyby nie nasz mały Ignaś, który w tłumie nie czuł się najlepiej, a wieczór i zmęczenie potęgowały jego niezadowolenie.

Wielkanoc w Antigua ma też swoją drugą stronę. To tak jak ze zdjęciami z wielkich zabytków o świecie. Spojrzysz na fotkę – widzisz majestatyczne Machu Picchu bez śladu człowieka, wychylające się stopniowo z porannej mgły. A za plecami fotografa jest w tym czasie tłum ludzi robiących identyczne zdjęcie. Począwszy od uczestników procesji po biernych obserwatorów – u wszystkich można było zaobserwować elementy trochę bardziej festyniarskie a mniej świąteczne. Zakapturzeni Panowie z sukniach mieli też często okulary przeciwsłoneczne i gadali przez komórki, nie wszyscy oczywiście, jednostki, ale nie były to bardzo odosobnione przypadki. Ludzie przeciskali się i przechodzili w poprzek procesji z watą cukrową sprzedawaną przez wniebowziętych sprzedawców, ucieszonych ruchem w interesie. Do tego tłum amerykańskich turystów, dla których obchody Wielkanocy w Antigua mają wymiar czysto tradycyjno-rytualny i pozbawione są religijnego choć zabarwienia. Za procesją szła zawsze grupa ludzi liczących na zdobycze. Tuż po przejściu procesji, trwała walka o kwiaty, nie mówiąc już o owocach i warzywach. Każda zdobycz lądowała w przepastnych torbach, niesionych czasami przez samych panów w sukniach. Oczywiście, że w tym tłumie można było dostrzec pobożne staruszki, które pogrążone w zadumie obserwowały procesję z perspektywy swojego stołeczka. Trochę jednak, w naszych oczach, było ich za mało w porównaniu z tłumem gapiów obgryzających paznokcie. Majestatyczna jest Wielkanoc w Antigua, mogłaby być jednak również trochę mniej turystycznym hajlajtem i festynem.











Dywany po przejściu procesji


W oczekiwaniu na procesję


Magda

Więcej zdjęć:
Wielkanoc w Antigua


Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

2 maja 2014


Wjeżdżamy do naszego pierwszego większego gwatemalskiego miasta - Quetzaltenango (zwanego Xela). Później niż myśleliśmy, pierwszy raz w Gwatemali jedziemy chwilę po zmierzchu. I może właśnie dlatego nasze generalne wrażenia z tego miasta nie są najlepsze - pierwsze spojrzenia i pierwsze emocje czasami determinują całościowe postrzeganie miejsca. Ciemno jest i mrocznie. Większość przyulicznych biznesów, pomimo wczesnej pory - jest zaledwie kilka minut po 18, jest pozamykana. Sklepy spożywcze za kratami, pralnia za kratami, apteka z ochroniarzem ze spluwą jak na wojnę - też za kratami.

W dzień Xela przyjmuje trochę inne, bardziej gościnne oblicze. Ulice i główny plac zalewane są ludźmi, toczy się normalne życie tak jakby nikt nie myślał o tym, że nie jest to najbardziej bezpieczne [i tym samym najbardziej przyjemne] miejsce do życia. I pewnie rzeczywiście tak jest, nikt o tym nie myśli, bo inaczej nie dałoby się żyć. Ludzie tu rodzą się, dorastają, zakładają rodziny, pracują. Toczy się normalne życie, w którym wszystkie elementy rzeczywistości traktuje się ... jako normalność. Nikt nie zastanawia się nad tym, że te wszechobecne kraty, druty kolczaste, rozbite butelki wystające z murów, mury sięgające miejscami nieba - nie są standardowym miejskim wyposażeniem. Urodzili się w kratach, to i montują kolejne kraty, tak się robi i tyle. I nawet nie ma sensu myśleć w kategoriach bezpiecznie / niebezpiecznie. Tak jest i koniec. Jest krata i ochroniarz ze spluwą w prostej pralni tak jak i jest centrum handlowe, dobry samochód i kawiarnia na głównym placu.

W Xeli jest sporo obcokrajowców. Część przyjechała tu na kursy hiszpańskiego dostępne w licznych szkołach, część to turyści, część - pracownicy NGO-ów, ale jest i grupa osób, które się tu osiedliły, bo urzekło ich Qetzaltenango. Ostatnia grupa pozostanie dla mnie fenomenem niepojętym. I dobrze, bo jest to piękny przykład ludzkiego zróżnicowania i wzbogacającej odmienności.

Xela zdecydowanie nie stała się "naszym" miejscem. Nie spędzilibyśmy w niej ani chwili, za ciekawe są okolice miasta, u Ignasia powróciła jednak infekcja i musieliśmy odłożyć nasze plany na kolejny pobyt w Gwatemali. Jedyne, co udało nam się przedsięwziąć, to wizyta na cotygodniowym targu połowy z nas. O targach pisaliśmy już nie raz, uwielbiamy je, ten tłum przeciskających się kolorowych ludzi, miliony zapachów [i smrodów]. Tu ktoś nawołuje przez mikrofon do zakupu tabletek od bólu głowy, tam sok owocowy reklamuje sprzedawca albo chińskie majtki. Na prawo kobiety siedzą na ziemi ze świniami na smyczy, po lewej indory i kury związane za nogi. Co ja tu zresztą będę pisała, moje słowo nie jest nawet w połowie tak plastyczne jak zdjęcia!
















Najfajniejsza w targach wokół Xeli jest ich normalność i naturalność. Cotygodniowe targi dzieją się tam od stuleci, są elementem lokalnej tradycji i to właśnie jest w nich piękne. Takim targiem, najbardziej znanym w Gwatemali ze wszystkich jest Chichicastenango. Odwiedziliśmy go w najgorszy możliwy dzień - Wielki Czwartek, kiedy lokalni ludzie skupieni są bardziej na świątecznych przygotowaniach niż na handlu. Zastaliśmy targ bez ludzi, za to z miliardem stoisk z turystycznym kramem i pojedynczymi gringosami plączącymi się między alejkami w poszukiwani pamiątek i pseudo-autentycznych fotograficznych ujęć.. Wyobrażam sobie, że w normalnych okolicznościach wraca się z Chichicastenango z lepszymi wrażeniami. I tak jednak tym, którzy chcą zobaczyć gwatemalski targ w pełnej krasie polecam jeden z targów wokół Xeli, a nie przereklamowane "Chichi".

Pusty targ w Chichi


Jedna z najbardziej "zajętych"alejek

Procesja wielkopostna pomiędzy turystycznym kramem



Najfajniejszy w Chichicastenango jest kolorowy cmentarz





Widać gdzie kończy się cmentarz a zaczyna miasto. Ładniej wyglądałby ten beton, gdyby przyjął styl cmentarny
Magda

Targi wokół Xela


Chichicastenango


Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS