24 grudnia 2013


Pierwsze dwa tygodnie po wyjeździe z Polski spędziliśmy w okolicach San Francisco. Nie chcieliśmy ruszać z kopyta, zależało nam na spokojnym przejściu w tryb "droga", i tak było. Zatrzymaliśmy się u przemiłych Państwa Pawlaków w małej Orindzie, 17 mil od San Francisco. Dostaliśmy od nich mały pokoik w nowo budowanym domu, a dzięki temu, że Orinda leży na linii kolejki podmiejskiej mielismy świetną bazę wypadową do poznawania okolicy, w tym wielkiego San Francisco.

Z czym kojarzy Wam się San Francisco...? Nasze skojarzenia z tym miastem przed przyjazdem były dosyć proste. San Francisco kojarzyło nam się po pierwsze z jednym z najsłynniejszych mostów świata - Golden Gate. Wybudowany tuż przed II Wojną Światową, przez prawie 30 lat był najdłuższym mostem wiszącym na świecie i szybko stał się wizytówką miasta. Spacerując po China Beach, oboje uznaliśmy,  że coś w jego legendzie jest, malowniczo wypełnia krajobraz pomiędzy dwoma pagórowatymi wybrzeżami półwyspu San Francisco i hrabstwa Marin. Po drugie, skoro już o pagórach mowa, San Francisco kojarzyło nam się z wyjątkowym położeniem i stromymi ulicami. Niektóre ulice wyglądają tak, jakby osoba planująca układ urbanistyczny miasta nie spojrzała na poziomice na mapie, tylko wzięła kartkę papieru i namalowała od linijki prostopadłe kreski ulice. Wygląda to naprawdę spektakularnie, ale parkować to ja bym na takiej ulicy nie chciała. Ani dojazdy na rowerze do pracy nie przyszłyby mi tam do głowy [respect Antek!]. Trzecie skojarzenie to Alcatraz - położone na wyspie słynne więzienie twierdza. I tych prostych skojarzeń byłoby na tyle.

Z naszymi gospodarzami w Orinda
Golden Gate Bridge
Strome ulice San Francisco

Po tych dwóch tygodniach wiemy, że żadne "proste" skojarzenie nie jest najbardziej fortunne, o mieście nie świadczą ujęcia z pocztówek, lecz to, co wisi w powietrzu. San Francisco jest pokręcone, ma w sobie jakąś trudno do opisania i wyjaśnienia magię, która sprawia, że niejedna osoba chce tam być, mieszkać, zostać. Nie jest to jakaś zapierająca dech w piersiach architektura, ani najlepsze muzea czy restauracje świata. To bardziej jakiś taki jedyny w swoim rodzaju zlepek, w którym hipisi żyją koło informatyków robiących zawrotne kariery w Dolinie Krzemowej i społeczności homoseksualnych, w którym obok bentleya śpi bezdomny, w którym idąc burżujską dzielnicą możesz skręcić za rogiem i znaleźć się w strefie, gdzie dawanie sobie w żyłę jest codziennością. Chińczyk nie mówiący po angielsku siedzi tam w tramwaju koło Polaka, a ten ma naprzeciwko siebie Hindusa, Gwatemalczyka i Irańczyka. Afgańska restauracja sąsiaduje z tajską i etiopską. W San Francisco nic nie dziwi, nie ma miejsca na nietolerancję. I chyba to właśnie jest takie fascynujące, jedyny w swoim rodzaju kocioł wszystkiego ze wszystkim podany w amerykańskim sosie.



Nie jestem fanką zwiedzania niczego z perspektywy fotelu samochodowego. W San Francisco stwierdziłam jednak, że może warto dać szansę wytyczonej 49-milowej trasie wiodącej przez najciekawsze punkty w mieście. I muszę przyznać, że był to naprawdę fajny sposób na poznanie zróżnicowania miasta. Przez szybę poczuć zapach ulicy nie sposób, można jednak zainspirować się i wynotować miejsca, które przykuły uwagę na tyle, że chcemy do nich wrócić, żeby powłóczyć się i poznać je bliżej. Takimi miejscami będą dla nas pewno Golden Gate Park - las w mieście, stworzony na wzór Central Parku w Nowym Jorku na terenach zajętych przez wydmy przy-oceaniczne. Park jest na tyle wielki, że zapach drzew zupełnie wygrywa z miastem, świetne miejsce na spacer, rower, bieganie, czy weekendowy piknik. Chętnie też powłóczymy się jeszcze kiedyś więcej po kolorowych dzielnicach San Francisco. Nie wiem, czy wiecie ale znajduje się tam największe Chinatown na świecie z restauracjami, świątyniami, sklepami i z placami, na których Chinki mają swój codzienny grupowy fitness przy muzyce. Inną barwną dzielnicą jest Castro - największa w Stanach dzielnica LGBT. Jej początki sięgają II Wojny Światowej, kiedy to San Francisco stanowiło dużą bazę wypadową armii na tereny Pacyfiku. Żołnierze, u których wychodziły na jaw homoseksualne preferencje, byli zwalniani z armii, a ponieważ w tamtych czasach wiązało się to z mało chlubnym powodem powrotu do domu, wielu decydowało się na pozostanie w San Francisco. Haight to hippidzielnica, a Marina, czy przybrzeżna część Richmond to dzielnica pieknych willi, uroczych ogródków w widokiem na oceaniczne klify i most Golden Gate.

Jak na karnawale w Kolonii
Na Bay Bridge w drodze do Orindy
San Francisco nie byłoby sobą gdyby nie wszystko to co dookoła, Bay Area ponad 7 milionowa aglomeracja. Miasto przechodzi w miasto, niska zabudowa w drapacze chmur, dzielnice mieszkalne w 3 międzynarodowe lotniska, a wszystko to splątuje gigantyczna sieć pięciopasmowych autostrad, które zapełnione po brzegi suną w równym 100 km/h tempie. A w samochodach bankierzy z San Francisco, gangsterzy z niebezpiecznego Oakland, właściciele znanych na całym świecie winnic z Doliny Napa, studenci Stanfordu i Berkeley, prezesi Googla, Facebooka, Adobe, Intela, Apple i innych gigantów Doliny Krzemowej. Ważne miejsce na mapie świata, ciekawy początek naszej podróży.

Magda

Więcej zdjęć:
San Francisco

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

19 grudnia 2013

W "Ameryce" Polaka spotkać można w niejednym miejscu. Największe skupisko polskich emigrantów jest w Chicago, jednak i w Kalifornii w kilku miejscach polski usłyszeć można. O Państwach Pawlakach, którzy gościli nas przez ostatnie dwa tygodnie, o Magdzie, z którą spędzimy Boże Narodzenie, jeszcze wspomnimy. Dzisiaj posłuchajcie historii, którą my poznaliśmy zaledwie 6 godzin temu. Jesteśmy pod wrażeniem i chcemy się nim podzielić.

Pani Maria z wnuczkiem i bałwanem - prezentem dla Ignasia :)

Maria Młynarczyk. Mari Azarpey. Niusia. Koleżanka koleżanki mojej (Magdy) babci. Jak babcia dowiedziała się, że jedziemy do Kalifornii, powiedziała: 
- Niusia tam mieszka! Ona na pewno bardzo się ucieszy jak ją odwiedzicie! Zapytajcie ją o jej przeszłość, niezwykłe miała życie. 
Uwielbiam pozytywne starsze osoby, które chcą dzielić się swoimi doświadczeniami i historiami. To tak trochę jak podróż do przeszłości, podana w łagodnym głosie i ciepłym sentymentalnym spojrzeniu. Więc pojechaliśmy do Novato w odwiedziny do 88-letniej Pani Niusi. 



Mała Marysia urodziła sie na lubelszczyźnie, a swoje młode lata spędziła z rodzicami na Wołyniu. Po wybuchu wojny tata, doświadczony oficer, wyjechał na front, a resztę rodziny wywieziono na Syberię, do obwodu archangielskiego. Syberię wspominała długo. Do dziś nie może patrzeć się na żadną zupę, bo przypominają jej się śmierdzące zupy rybne serwowane codziennie za dobrze wykonaną pracę. Po amnestii dla obywateli polskich znajdujących się na terenie ZSRR udało jej się dostać z mamą i bratem do pociągu jadącego na południe. Na jednej ze stacji wyszła z pociągu po wrzątek by zaparzyć herbatę swojej mamie, wróciła na stację i zobaczyła, że pociąg odjechał. Została sama. Ona i wrzątek. Zwinęła się w kulkę, położyła w kącie i płakała cały wieczór. Miała wtedy kilkanaście lat. Następnego dnia przez stację przejeżdżały kolejne pociągi. Nie ma co płakać, uznała, płacz mnie nie uratuje. Zaczęła więc prosić ludzi wystających z wagonów o to, żeby ją wciągnęli do pociągu, przygarnęli, wzięli ze sobą. Ale nikt nie chciał. Wagony pękały w szwach, nie było miejsca na kolejnego pasażera. Do momentu aż przyjechał wagon pełen studentów z Warszawy. Wciągnęli ją do wagonu, nakarmili, dojechała z nimi aż do końcowej stacji Baku. Wysiadła z pociągu i znowu znalazła się w podobnej sytuacji - sama, na dworcu, nie wiedząca - co dalej. Zaczęła się źle czuć, znalazła lekarza, diagnoza: tyfus plamisty. Po wielu dniach pobytu w szpitalu choroba została przezwyciężona. Z Azerbejdżanu udała się do Uzbekistanu do formującej się Armii Andersa. Trafiła tam do kołchozu, w pokoju mieszkała z Polkami w wieku swojej mamy, zajmowała się zbieraniem łajna na opał. Głód im dokuczał, współlokatorki namówiły więc Marię, żeby zakradła się do kurnika i wyniosła z niego kilka kur. Plan był następujący. Marysia była najmniejsza, miała więc zostać przerzucona przez okno do środka, tam miała ukręcić kilka kurzych głów, włożyć zwłoki do worka, po czym zostać wyciągniętą razem z kurami. Nie miała pojęcia, jak się ukręca głowy, ale plan wykonała. Jak tylko wróciły do pokoju, okazało się, że idzie kontrola. Worek ukryły po trocinami i czekały. Otworzyły się drzwi, a kury, jak na złość, zaczęły piać. Maria, zupełnie spontanicznie zaczęła więc krzyczeć, że boli ją strasznie brzuch i potrzebuje pomocy lekarza. Zagłuszyła kury, a zdezorientowani "kontrolerzy" skupili się na pomocy. Trafiła do lekarza, po czym pozwolono jej pojechać do Taszkientu, chciała wstąpić do wojska polskiego. Pojechać do trochę za dużo powiedziane. Taszkient był daleko, środku transportu brak, szła więc na piechotę, próbując łapać "stopa". Zatrzymał się nawet jeden autobus, daleko jej jednak nie zawiózł. Przed Taszkientem zatrzymywano wszystkie pojazdy i sprawdzano, czy wszyscy pasażerowie są zdrowi. Wołano: kwarantanna. A że Marysia miała już wtedy objawy malarii została zostawiona w polu, sama. Znaleźli ją leżącą na ziemi w śpiączce Uzbecy. Zanieśli do domu, znaleźli pomoc lekarską, pomogli jej wyzdrowieć. I w końcu udało się jej się do tego Taszkientu dotrzeć, wstąpiła do Junaków. 


Z Uzbekistanu Armia Andersa ewakuowała się do Iranu, Maria razem z nią. Jedna z jej nowych koleżanek szybko poznała się i pobrała z Irańczykiem. "Polki wiadomo, ładne dziewczyny, Persowie uganiali się za nami". Znalazł się i jeden taki, któremu na weselu koleżanki i ona wpadła w oko. Porucznik armii irańskiej - Ali Azarpey. Już wiecie skąd Maria Młynarczyk to również Mari Azarpey? "Może miesiąc się znaliśmy, jak mi się oświadczył. Trudno nam się rozmawiało, on znał troszkę rosyjski, więc jakoś dawaliśmy radę. Koleżanka mnie namówiła, powiedziała, że tak mi łatwiej będzie. Zgodziłam więc się". 

Z mężem po ślubie
Wesele było wielkie, Ali miał wielką rodzinę. Jego ojciec był generałem, dostatnie wiodło się im. Wiele osób w rodzinie dziwiło się, kogo ten Ali wziął za żonę? Biedna, nic nie ma. Żadnego posagu nie wniosła. W farsi nie mówi. Ali pożalił się ojcu. A ten szybko uciął rodzinne pomruki. Powiedział, ze wyprawia przyjęcie na cześć Marii. Goście bawili się w najlepsze, gdy otworzyły się drzwi i do domu wjechało kilkanaście osłów objuczonych dywanami, meblami, zastawą, sztućcami. -To jest posag, który rodzina przesłała z Polski - oznajmił ojciec. - Eh... Rodzina mojego męża to mnie lubiła. Co prawda, to prawda. Oni wiedzieli, że ja sierota jestem - wspomina Maria. Kolejne 28 lat jej życia to czasy raczej kolorowe. Miała dwójkę dzieci, mąż awansował do stopnia generała, był dyrektorem w jednej z "kompanii naftowych", co roku bywali na dworze szacha. Stali się bardzo, ale to bardzo zamożną rodziną. I możliwe, że te sielskie czasy trwałyby do dzisiaj, gdyby nie... Chomeini. Przed rewolucją synowie wyjechali do USA na studia. Maria pojechała ich odwiedzić i w czasie jej pobytu w Stanach sytuacja pogorszyła się na tyle, że wiedziała, że już tam nie wróci. Aliemu zaprzyjaźnione osoby doniosły, że jest poszukiwany. Pod ukryciem uciekł do Stanów, cały ich dobytek przepadł. No może nie do końca cały, na dokończenie edukacji synów i rozpoczęcie własnego biznesu wystarczyło. 

Lekcja farsi

Perskie dywany na ścianach

Na zakończenie jeszcze jeden element historii - o powrocie Marii do Polski. Szwagier doradził jej, żeby napisała do ambasady Iranu w Warszawie i poprosiła o pomoc w ustaleniu kontaktu do rodziny. Odpowiedź nie przychodziła długimi miesiącami. Aż w końcu przyszła, razem z listem od jej wujka. W 1972 roku Maria poleciała do Polski na spotkanie z rodzicami i bratem. I wszystko byłoby pięknie i radośnie i wzruszająco, ale... tata umarł w dniu jej przylotu i nie zdążyła go zobaczyć.

Człowiek jest w stanie dużo wziąć na swoje barki, prawda? Niezwykłą pogodę ducha ma w sobie Pani Maria. Ciepły uśmiech i taki piękny, czysty, wschodni akcent...

Miłego czwartku!
Magda

P.S. Pani Maria swoje lata już ma, a że historię opowiadała nam jak w transie, niektórych szczegółów ustalić nam się nie udało. Stąd ewentualne niespójności.

14 grudnia 2013


Czas zacząć, to amerykańskie blogowanie. Zacznijmy więc od tematu, którym w ostatnich dniach żyliśmy najbardziej. Nie było to rozpamiętywanie trudnego 12 godzinnego lotu z Europy do USA, w którym Ignaś nie dał usnąć żadnemu pasażerowi. Bo lot był miły i gładki, a Ignaś najbardziej pogodnym pasażerem, więc nie ma nic do rozpamiętywania. Nie było to też traumatyczne przestawianie naszych zegarów biologicznych o 9 godzin, czego obawialiśmy się przed wylotem najbardziej. Bo zegarki przestawiły się same w tempie błyskawicznym, 3-4 noce z kilkoma pobudkami w nocy w pełnej gotowości do rozpoczęcia dnia i po sprawie. Były to poszukiwania naszego nowego wozidła, który stanie się w jakimś stopniu naszym domem przez najbliższe kilka miesięcy.

Tata ogląda kolejny samochód

Jakie by tu samochody jutro zobaczyć?

Podstawą naszych poszukiwań było amerykańskie gumtree - craigslist.org. Niepozorna stronka, wyglądem i funkcjonalnością mogąca rywalizować ze starą stroną Ryanaira, na której codziennie tysiące osób zamieszczają swoje ogłoszenia sprzedaży m.in. samochodów. Nad rodzajem samochodu zastanawialiśmy się już wcześniej w Polsce. Chcieliśmy kupić autko, które przejedzie przez gorsze, szutrowe drogi, będzie trochę podwyższone, idealnie marki dostępnej również na południe od Stanów, dosyć tanie, ale i z dobrym stosunkiem jakości do ceny, no i bez typowego dla USA kosmicznego silnika zjadającego megatony benzyny. Wybór padł na Subaru Outback, które mieliśmy już w Nowej Zelandii i super nam się sprawdziło lub na coś jeepowatego, możliwie jak na amerykańskie warunki jak najmniejszego. Zrobiliśmy research, poumawialiśmy spotkania i ruszyliśmy na poszukiwanie tego jednego jedynego. Kilka lekcji i obserwacji z poszukiwań poniżej:

1. Wypożycz samochód. Bay Area, czyli cała wielka aglomeracja San Francisco jest terenem olbrzymim, a że w Stanach samochód jest dobrem podstawowym, jak chleb, buty i komórka, komunikacja publiczna ma bardzo ograniczony zasięg. Trzeba więc mieć samochód, żeby kupić samochód.

2. Samochód kupuje się tu jak chleb, buty i komórkę, co naprawdę długo nie mieściło nam się w głowie. Do jednego z pierwszych samochodów pojechaliśmy dosyć daleko, minutę przed dojechaniem do celu dostaliśmy smsa: "Just sold the car". Przed nami było dwóch oglądających, pierwszej osobie podobał się, ale nie miała pieniędzy przy sobie, drugiej podobał się i miała kasę w kieszeni. Obejrzała samochód z zewnątrz, przejechała się po parkingu i wręczyła gotówkę właścicielowi. Że tak bez dłuższego zastanowienia, bez sprawdzenia wykonanego przez mechanika, bez negocjacji...? "Nieźle". Nauczyliśmy się więc, że jeśli znajdziemy samochód, który nam się spodoba, decyzja musi zapaść bardzo szybko.

3. Oglądając samochody można poznać zróżnicowanie amerykańskiego społeczeństwa. Nie ma drugiego takiego tygla kulturowego na świecie. Z kilkunastu spotkań, prawie każde było z człowiekiem innego pochodzenia - Meksykanin, Hindus, Arab, Gwatemalczyk, Malezyjczyk i może dwóch Amerykanów. Po angielsku różnie się rozmawiało, nie raz łatwiej nam było na hiszpański się przerzucić. Madre mia!

4. Ludzie zróżnicowani, takie i dzielnice/miasteczka. Nie znając lokalnych realiów, niemożliwe jest wywnioskowanie z mapy, czy do danej dzielnicy można komfortowo po ciemku jechać, czy też niekoniecznie. San Francisco ma różne rejony, ale generalnie, jak na amerykańskie realia, jest dosyć bezpiecznym miastem. Przejeżdżasz na drugą stronę mostu Bay Bridge i lądujesz w Oakland, plasującym się mniej więcej na 3 miejscu rankingów najbardziej niebezpiecznych miast USA. Raz pojechaliśmy na oglądanie samochodu do Richmond, adres ustaliliśmy przez telefon, zajechaliśmy na miejsce i wszystko się prawie się zgadzało, tylko samochodu nie było przed domem. Po długich wyjaśnieniach i próbach naprowadzania przez telefon okazało się, że jesteśmy nie w tym Richmond. Samochód był sprzedawany w całkiem miłej dzielnicy SF Richmond, a my pojechaliśmy do miasta Richmond... (:D) Kraty w oknach, druty kolczaste, wszystko zaniedbane i obdrapane, klimat jak z jakiegoś gangsterskiego filmu. Patrzysz i widzisz, że tutaj za bardzo wysiadać z samochodu i włóczyć się po ulicach nie chcesz.

5. Wszelkie formalności przy zakupie samochodu to "piece of cake" :)

Formalności w 5 minut

Mechaniczne sprawdzenie autosmoka
Pisze i pisze, a pewnie jesteście ciekawi, jaki jest rezultat tych naszych poszukiwań. Po długim dumaniu, wielu przejechanych kilometrach i sprawdzeniu mechanicznym wykonanym przez naszego gospodarza Pana Krzysztofa staliśmy się oficjalnymi właścicielami tej oto Toyoty 4Runner. Różne mamy doświadczenia z posiadanymi przez nas pojazdami, raczej gorsze niż lepsze, ale w tym przypadku mamy poczucie (a może nadzieję), że to naprawdę dobry wybór :) Się okaże!

Ręka Michałą z "dowodem rejestracyjnym"

Mamy autko!

Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

2 grudnia 2013

Jutro z samego rana wylatujemy do San Francisco. Nie wiemy za wiele na temat naszej dalszej trasy. Póki co będziemy chcieli znaleźć odpowiedni samochód do podrozowania i wyregulować zegarki naturalne swoje i Ignasia - wkrótce okaże się, które z tych zadań będzie prostsze a z którym będziemy potrzebowali nieco więcej czasu. Ale to dopiero za 2 dni. Teraz, do samego końca jesteśmy w biegu przygotowań. Niby już wyjeżdżaliśmy na wiele miesięcy, ale teraz jakby wszystko nowe. Najprościej poszło z wizą amerykańską dla Ignasia - utrapieniem jest przeczesywanie się przez proces aplikowania z racji jego skomplikowania, czego świetnym przykładem jest konieczność formalnego wnioskowania o zwolnienie Ignasia z rozmowy z konsulem. Również mało wygodne jest to, że zamiast podjechać z dokumentami do ambasady w centrum, dokumenty trzeba złożyć w biurze TNT na dalekim i nieprzyjemnym Żeraniu. Ale jak juz się dokumenty złoży, wiza wbijana jest bardzo szybko, i to ważna na 10 lat, dwa razy dłużej niż paszport. Wykonywaliśmy masę różnych odwiedzin u lekarzy, którzy badali każdego z nas pod kątem ewentualnych ryzyk, bo przecież każde z nas spędziło w tym roku jakiś czas w szpitalu - ja (Michał) zdecydowanie najdłuższy, ale czas robi swoje i nie ma żadnych przeciwwskazań. Całkowicie zmieniliśmy sposób pakowania. Ponieważ na jednych plecach będziemy nosić Ignasia, bierzemy jedynie jeden plecak, zaś drugi zastępujemy walizką na kółeczkach. Jeśli się to nie sprawdzi, z pewnością damy znać by przestrzec przed kopiowaniem tego pomysłu :) Jeśli chodzi o środek walizki, część bagażu dokupimy już na miejscu - kupno w listopadzie krótkich spodenek nie jest taki proste, a i nie bez przyczyny przecież w walizkach lecących z USA do Polski znajduje się ubrania i sprzęt fotograficzny. Na miejscu na pewno bedziemy dokupowali ciuszki dla rosnacego Ignasia. W gotowości jest tez babcia, która w swoim czasie wyśle nam pocztą mala paczke wiekszych ubranek. Koniec końców bierzemy Ignasiowi z Polski łóżeczko turystyczne. Do tej pory Ignaś spał w naszym pokoju w tzw. koszu Mojżesza, co się świetnie sprawdzało z uwagi na lekką wiklinową konstrukcję i niewielkie wymiary. Zakładaliśmy, że w amerykańskich motelach na królewskich łóżkach będziemy brali Ignasia między siebie, a w przypadku pojedynczych łózek zawsze można je ze sobą zsuwać, ale przecież każdy z nas zna problem wlatywania w dziurę, czego chcielibyśmy uniknąć. Czy więc łóżeczko turystyczne się sprawdzi, czy też będzie tylko niepotrzebnie zjadało nam miejsce w bagażnik, przyjdzie nam ocenić po jakimś czasie. W lepszym przygotowaniu się do drogi pomogli nam partnerzy, którym bardzo spodobał się pomysł naszej podróży. Naszego bloga będziemy redagować na ultrabooku użyczonym przez Asus Polska (UX42VS) - cieszymy sie z szybkości działania i czasu pracy na baterii, zaś w stosunku do netbooka, z którego korzystaliśmy od czasów podróży do Ameryki Południowej, mamy ekran o dużo większej przekątnej (13cali), co powinno poskutkować przeskokiem jakościowym w zakresie materiałów wideo - zamiast wrzucać surowe pliki, chcemy je edytować jak ten, który przygotowaliśmy po Ugandzie. Niezmiernie jesteśmy zadowoleni z propozycji Avivy, która zdecydowała się objąć nas i nasz sprzęt fotograficzny ochroną w swoim ubezpieczniu o idealniej pasującej nazwie Partner w Podróży. Jest to szczególnie istotne w kontekście tego, że chcemy mieć pewność, że w ramach problemów zdrowotnych Ignasia (lub naszych) będziemy mogli natychmiast skorzystać z możliwie najlepszej opieki medycznej dostępnej w okolicy. Oczywiście wierzymy, że nie będziemy nigdy konieczności skorzystania z tego koła ratunkowego, ale po styczniowym wypadku zdecydowanie zmieniło się moje podejście do ryzyka. Wsparcie sprzętowe otrzymaliśmy od dwóch dodatkowych marek, z którymi Ignaś spędza czas od narodzin. Otrzymaliśmy nosidełko BabyBjorn One od polskiego importera genialnych szwedzkich produktów tej marki. Do tej pory Ignasia nosiliśmy na brzuchu w klasycznym nosidełku BabyBjorna, ale to nowe "One" ma umożliwić noszenie Ignasia w późniejszym etapie również na plecach, co przy wzrastającej wadze będzie zbawieniem. Dystrybutor BabyBjorna w Polsce ma w swojej ofercie również inne marki, m.in. Elodie Details, kilka z nich rowniez bierzemy ze soba w droge:) Zapewnienie bezpieczeństwa z komfortem podróży zapewni nam importer Recaro, znanego niektórym ze sportowych foteli samochodowych, a innym z dziecięcych fotelików samochodowych. Ignaś otrzymał czerwono-czarny fotelik wraz z bardzo praktycznymi dodatkami - moskitierą przeciwkomarową, folią przeciwdeszczową i specjalną wkładką przeciwpotną. Z tych dodatków wcześniej nie korzystaliśmy, a nawet nie wiedzieliśmy że są w ofercie, za to korzystaliśmy z identycznego fotelika, tylko niebieskiego, pożyczonego od koleżanki.Zakładając jednak zmianę stylu karmienia i liczbę godzin, które Ignaś w swoim drugim półroczu spędzi w samochodzie, woleliśmy nie pożyczać fotelika na to przedsięwzięcie od dobrej koleżanki. Jak nowy fotelik będzie wyglądał po podróży,sami zobaczycie. Przygotowanie do drogi obejmuje oczywiście uporządkowanie dotychczasowego trybu życia w Polsce. Motor zaparkowaliśmy u przyjaciela na Ursynowie, samochód zwieźliśmy do moich rodzinnych Kielc, zaś do naszego mieszkania na Saskiej Kępie, które właściwie nie jest nasze i nie chcieliśmy tracić możliwości mieszkania w nim dalej po powrocie, bo jesteśmy z niego zachwyceni, wprowadzi się nasz inny przyjaciel, który akurat wrócił z kilkuletniej emigracji w Paryżu. Wszystko się więc dobrze składa i wygląda na to, że jesteśmy dobrze przygotowani do tego, by jutro rozpocząć naszą pierwszą długą podróż w większym niż dotąd składzie. Trzymajcie kciuki za miękkie lądowanie po drugiej stronie oceanu. Kolejny post już z podróży.

Pozdrawiam podekscytowany

Michał

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

24 listopada 2013

Wracając z Ignasiem z Barcelony (sierpień 2013)

Zacznijmy wprost – ruszamy! Po powrocie z Ameryki Południowej zaspokajaliśmy naszą chęć poznawania oraz aktywnego spędzania wolnych chwil dłuższymi i krótszymi wyjazdami. Naciągaliśmy kalendarz jak się dało, żeby powydłużać weekendy, rozciągnąć wakacje kilkoma dniami bezpłatnego urlopu, wykorzystywaliśmy każdą okazję stwarzaną przez wypadający w danym roku układ świąt i weekendów. Każde ruszenie się poza Warszawę było super. Niezależnie od tego, czy jechaliśmy poszwędać się po Górach Świętokrzyskich, Bieszczadach, czy były to żaglówki na Mazurach, wypady do europejskich miast, narty, ładzina w Gruzji, czy motorki w Ugandzie, wracaliśmy wzdychając, jak świetnie było i dumaliśmy, gdzie by tu następnym razem. Jednocześnie cały czas chodziła nam po głowie myśl o wyjeździe na dłużej. Chcieliśmy, nawet bardzo, ale codzienne życie, obowiązki i zobowiązania, i inne zewnętrzne czynniki, jakoś nie składały się w całość pozwalającą ruszyć. Praca moja, praca Michała, oszczędności, mieszkanie, ciąża, dziecko, wypadek itd. itp. A zresztą. Sami wiecie jak to jest. Byle daleje mówią, że podstawa o wyznaczyć datę. I coś w tym jest. Nam to jednak nie wychodziło. Impulsem do decyzji była jedna z wielu promocji lotniczych na Daleki Wschód.  
Krótki telefon:
– Michał, widziałeś…? A może by tak pojechać, jak skończysz projekt w połowie listopada na miesięczny urlop…?
- … Pewnie! Tylko dlaczego na miesięczny?
I machina ruszyła. Przeczytaliśmy internet wzdłuż i wszerz, kilka blogów, pogadaliśmy z ludźmi różnymi, pozmienialiśmy kierunki kilka razy i ostatecznie wstępny plan się zarysował.

Przez piaski Helu (lipiec 2013)

3. grudnia wylatujemy do USA, konkretnie do San Francisco. Tam zatrzymujemy się na chwilę dłuższą, bliżej nieokreśloną. Przyzwyczajamy się do nowego czasu i zachęcamy Ignasia do nowych godzin pobudek, poznajemy miejsce, dokupujemy to i owo, ruszamy na poszukiwania samochodu. Jak już uda nam się wszystko podopinać i poczujemy, że czas jechać, ruszymy! Na początku pokręcimy się po Kaliforni, na tyle na ile pozwoli nam „zimowa” pogoda. Później zjedziemy do Meksyku na sam koniuszek Półwyspu Kalifornijskiego, promem przemierzymy Zatokę Kalifornijską, dojedziemy na południe, a dalej… zobaczymy. Może zaniesie nas dalej na południe, a może uznamy, że lepszym pomysłem jest powrót do Stanów. Za dużo planować nie chcemy, bo za dużo nie wiemy. Nie wiemy przede wszystkim jak nam tam we trójkę będzie, jak odnajdziemy się w podróżowaniu w nowej konfiguracji i jak Ignaś będzie to znosił. Przetestowaliśmy już wypady na krótkie odległości. Miesięczny Ignaś był nad morzem, dwumiesięczny w górach i w Hiszpanii. Próbowaliśmy couchsurfingu, hosteli, prywatnych kwater, jechalismy samochodem, autobusem i pociagiem, lecielismy. Wszystko działało sprawnie. Nigdy nie było jakoś niewiadomo jak trudno, żebyśmy uznali, że w trójkę jeździć się nie da. Żadna z wcześniej zasłyszanych zmor wczesnego rodzicielstwa się nie sprawdziła. Trafiło nam się złote dziecko, z którym podróże są możliwe? Może. Choć bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że nie mamy barier w naszych głowach, które każą siedzieć w domu i nie pozwalają spełniać marzeń. Zdajemy sobie sprawę z tego, że z dzieckiem wszystko jest dynamiczne i żadna faza nie jest stała. Może za miesiąc / dwa okaże się, że jest za trudno...? Nie wiemy. Jeśli cokolwiek nie będzie grało, wracamy odrazu. Wierzymy jednak podskórnie, że wszystko się uda i będzie „super”! Że Ignaś będzie szczęśliwy, bo będzie miał szczęśliwych rodziców poświęcających mu cały czas, każdego dnia, 24 godziny na dobę. I że od maleńkości będzie uczył się otwartości, różnorodności i elastyczności.

Magda

O konfrontacji naszych wyobrażeń z rzeczywistością będziemy pisali regularnie tutaj. Zaglądajcie, komentujcie, piszcie jak będziecie mieli pytania. Stay tuned :)

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

18 listopada 2013


Zycie kazdego z nas ma swoje punkty zwrotne. Czasami przychodzi po prostu czas podjecia waznej decyzji lub dzieje sie cos zupelnie nieplanowanego, nieoczekiwanego, naglego, co wywraca nasze zycie do góry nogami. Ostatni rok przyniósł na naszej sciezce taki punkt zwrotny. Kryptonim: pelikanochomik. Nasza dwójka miała stać się trójką, świat postanowił powitać prawdziwy pelikanochomik.

Oczekiwanie na potomka to milion pytań, na które odpowiedź jest nieznana i trudna do przewidzenia. To wielka radość, niepewność - jak to w tej nowej konfiguracji będzie, duże emocje, bałagan, tajemnica. Na szczęście dziecko nie spada z nieba nagle. Jest 9 miesięcy, żeby przyzwyczaić się do tej myśli i uporządkować trochę rzeczywistość, zastanowić nad przyszłością i planami, również tymi podróżniczymi. Cieszyliśmy się na to, co nadchodzi, bardzo. Skłamalibyśmy jednak, gdybyśmy nie przyznali się do chwil żalu w naszych głowach. Żalu na to, że nic nie będzie już tak jak kiedyś, na przejazd na dwóch motorkach przez świat będzie już trudno się wybrać... Wiadomo jednak, że motorki mają swoje alternatywy, damy radę jeździć inaczej, tak, żeby całej trójce dobrze było. A póki małego na świecie nie ma, warto wykorzystać czas na ostatnie wyjazdy w duecie.

fot. Iza Gamanska, www.izagamanska.com


Chyba większość z nas miała w czasie długiej polskiej zimy marzenie o krótkiej ucieczce do ciepłego miejsca, żeby choć na chwilę wystawić twarz do słońca i nie zakładać na siebie pięciu warstw swetrów, koszulek i podkoszulek. Spędziliśmy pierwsze od dawna rodzinne święta, spojrzeliśmy na mapę pogodową Europy i ponieważ najwyższymi temperaturami i bezchmurnym niebem mogła pochwalić się tylko Hiszpania, katapultowaliśmy się z dnia na dzień do Katalonii.



Rewelacja. Wypozyczylismy samochód i od miasteczka do miasteczka przesuwaliśmy się wzdłuż wybrzeża w stronę granicy z Francją. Pomarańcze rosnące na drzewach, słoneczne dni, owoce morza i urokliwe miasteczka na pagórowatym wybrzeżu. Najbardziej urzekły nas okolice, które były również słabością Salvadora Dali- Cadaques i Port Lligat oraz Calella, Llafranc i Tamariu. Całe dnie spędzialiśmy na spacerowaniu pomiędzy miejscowościami z przerwami na posiedzenie na piasku. Zamoczyliśmy stopy w wodzie, Michał zaliczył nura w Llafranc, poznaliśmy przemiłą rodzinę peruwiańską, która zaprosiła nas na Sylwestra. Było spokojnie, trochę emerycko, ale i idyllicznie.


 I pewnie wrócilibyśmy z Hiszpanii z takimi wspomnieniami zimowej Katalonii, gdyby nie kolejny punkt zwrotny. W słoneczny dzień, na malutkiej, prostej, asfaltowej drodze łączącej dwie wioski, z prawie zerowym ruchem, mieliśmy wypadek. Okoliczności, w jakich wydawać by się mogło, nie prawa nic się stać. Mi (Magdzie) nic poważnego się nie stało, Michał w ciężkim stanie trafił na długie tygodnie do szpitala. Świat się zawalił. Niechętnie wracam do tamtych emocji, nie czas to i miejsce, żeby się rozpisywać. NAJważniejsze, że ta trudna historia ma swój happy end. Dostaliśmy drugą szansę, drugie życie. I jesteśmy od czerwca w trójkę (!!!), zdrowi (!!!) i totalnie zakochani w naszym wspaniałym Ignaśku :DDDD


Wiecie co między innymi obiecaliśmy sobie w tamtym czasie? Że skoro najbardziej w świecie lubimy razem-bycie musimy zrobić coś, co znowu umożliwi nam przez jakiś czas być 24h na dobę w jednej przestrzeni. Nasza obietnica wchodzi właśnie w końcową fazę prac przygotowawczych. Ale o tym wkrótce - będzie o czym pisać :)

Katalonia

Magda

7 listopada 2013


Nasze ostanie dni w Gruzji były mocno napięte i chcieliśmy je wykorzystać maksymalnie. Do Tbilisi nie chcieliśmy wracać główną drogą, którą w dużej części byśmy powtarzali, tylko mniej uczęszczaną, częściowo turystyczną, więc w sam raz dla naszej Łady Nivki, wzdłuż granicy z Armenią.
Przejazd przez góry, zwłaszcza przy ładnej pogodzie, rzadko zawodzi.

A przy okazji robiliśmy postoje przy pięknych miejscach, więc nie był to sam przelot tranzytowy. Pewnie najbardziej znany jest kompleks skalnego miasta, Wardzia. W sumie wyszła ładna klamra kompozycyjna, bo od podobnego typu atrakcji turystycznych zaczęliśmy nasze zwiedzanie Gruzji - dla przypomnienia tu nasz link do relacji z Davit Gareja.


Jednak w podróży to najczęściej nie tak zwane highlighty, zwane przez nas po prostu "perełakami", wywierają na nas największe wrażenie - najczęściej są to miejsca zdumiewająco piękne, które nie są jednak na tyle piękne, by o nich pisać zbyt długo w przewodniku i przyciągać turystów autobusami.
A takich miejsc było na tej drodze mnóstwo. Gdyby ktoś z Was kiedyś wybierał się do Gruzji, polecamy całą trasę którą przebyliśmy (do zobaczenia na dole strony: www.pelikanochomik.com/p/podroze-po-2010.html).

Czas jednak było oddać w Tibilisi samochód, zobaczyć to piękne miasto w bardzo miłym towarzystwie dwóch par z Polski, którzy dojechali tu na kołach samochodem i motorem.
Do Polski wróciliśmy z Erewania, skąd mieliśmy nocny lot. W ciągu tych paru godzin Armenia sprawiła wrażenie kraju mniej przyjaznego, ale może to kwestia wysoko zawieszonej poprzeczki przez Gruzję.
Z pewnością chętnie byśmy zweryfikowali tę hipotezę zostając u Ormian na gruntowne poznanie ich kraju, niestety, więcej urlopu niż 2 tygodnie nie mogliśmy wynegocjować. Zresztą trzeci tydzień pewnie w dalszym ciągu byśmy bawili u Gruzinów. Niestety, tym razem tak krótko. Za krótko. Nigdy nie mieliśmy tak krótkiego dorocznego urlopu.

Link do kilku zdjęć z ostatniej wyprawy znajdziecie tu:

Wardzia / Tibilisi


Gdybyście się wybierali do Gruzji, służymy radami. Jak rozbudzamy pamięć, bardzo wyraźnie przypominamy sobie nasze cudowne wrażenie. O tak, o Gruzji z pewnością nigdy nie zapomnimy.

Pozdrawiamy serdecznie, i mam nadzieję, do blogozobaczenia jeszcze kiedyś!

Michał i Magda

26 października 2013

Wizyte nad morzem w Gruzji polecamy tylko tym, którzy od baaaardzo dawna nie moczyli się w słonej wodzie i spragnieni są odrobiny chillu w niekoniecznie zniewalającym otoczeniu. Do tych osób należeliśmy my. Po miesiącach spędzonych w drodze z dala od wody zachciało nam się rozbić namiot na plaży posłuchać jak szumi może i smakuje ryba niedawno złowiona, a do niej schłodzone piwo lub domaszne wino. Z braku laku pojechaliśmy na ładniejszą część gruzińskiego wybrzeża, w okolice Batumi. Nic specjalnego. Ale woda słona i ciepła była, morze przyjemnie szumiało, a i rybki nieźle smakowały.


Generalnie zasada na wybrzeżu gruzińskim jest taka - im bliżej granicy z Turcją tym bardziej urokliwie. Najładniej jest na samym przejściu granicznym. Dosłownie :) Chcieliśmy więc wjechać do Turcji, żeby sprawdzić, czy tendencja się utrzymuje, ale wypożyczonej ładzinki nie chcieli przepuścić przez szlabany. Wykąpaliśmy się więc w przejrzystych wodach przygranicznego Sarpi i rozpoczęliśmy odwrót w stronę Tibilisi.


Magda

Morze Czarne

20 października 2013


Zauroczeni pięknem gór w Tuszetii i nienasyceni po wizycie w okolicach Kazbegu pojechaliśmy w trzeci region Kaukazu gruzińskiego - do Svanetii. W przeciwieństwie do Tuszetii, do której prowadzi jedna droga, przez Svanetię można zrobić pętlę. Ciekawa opcja, szczególnie dla Michała, który dwa razy tą samą drogą jeździć nie lubi :)

Z przejazdu w okolice zachodniego Kaukazu odkrycie mamy jedno. Gruzińskie przydrożne miasta położone na tranzytowych trasach postawiły na handlową specjalizację. Rozumiem, że w pewnych fachach ma to sens, np. kiedy do wytwarzania wyrobów potrzebne są konkretne umiejętności i rzemieślnicy uczą się od siebie nawzajem. Tamtejsza specjalizacja idzie jednak dalej. I tak po drodze spotykamy miasteczka, w których można kupić ... tylko napoje i wodę. Co najmniej jakby wszyscy mieli udziały w lokalnej wytwórni Cisowianki. Kolejna wioska oferuje ... chleb. Jednego kształtu i podobnych wymiarów. Dalej możemy zakupić np... miotły. Wzdłuż drogi ustawionych jest jeden koło drugiego - kilkadziesiąt a może nawet kilkaset straganów i wszędzie sprzedawany jest ten sam rodzaj miotły.

Droga do serca Svanetii pięknie wiła się wzdłuż rzeki, czasami zwężała się na tyle, że jechaliśmy dnem kanionu. Stopniowo coraz wyżej, po coraz większych wertepach, biorąc po drodze lokalnych autostopowiczów, robiąc przerwy na kąpiele i zbierając drewno na wieczorne ognicho, zbliżaliśmy się do coraz wyższych szczytów.





Ze Svanetii na pewno zapamiętamy nasze dwa noclegi. Pierwszy z nich - na dziko, przy ruinach domów opuszczonej dawno temu malutkiej wioski. Ośnieżone góry w tle, szum górskiego potoku, haczapuri podgrzewane na ognichu, miliardy gwiazd na niebie, takie tam klimaty. Nasze ulubione.



Drugą noc chcieliśmy mieć taką samą, jakoś jednak trudno było znaleźć podobnie ustronne miejsce. Zaczął zapadać już zmrok, a my nic stosownego znaleźć nie mogliśmy. Odbiliśmy w bok, dojechaliśmy do małej wioski i zdecydowaliśmy, ze najlepiej będzie zapytać kogoś, czy możemy rozbić się w jego ogrodzie. I tak poznaliśmy prawie stuletniego Michaila. Nasz gospodarz mieszkał aktualnie w Tibilisi, pochodził jednak ze svaneckiej wioski i po raz pierwszy od kilku lat postanowił odwiedzić swoje rodzinne strony na kilka miesięcy. Zaprosił nas do sypialni na piętrze, z czego chętnie skorzystaliśmy, po czym cały wieczór upłynął nam na jedzeniu ziemniaków, piciu kawy, czaczy i gaworzeniu w naszym polako-ruskim. Rano nie spieszyliśmy się ze wstawaniem, Michail dreptał natomiast na dole od 6 rano, co chwile wychodząc na dwór, żeby sprawdzić, czy my tam na górze już wstaliśmy. W końcu wczłapał na piętro, żeby sprawdzić czy u nas wszystko ok. Miło się przywitaliśmy, obiecaliśmy, że zaraz zejdziemy, po czym skupiliśmy się na pakowaniu. Dziadek Michail natomiast, schodząc z kamiennych schodów, niezabezpieczonych żadną barierką, spadł z 5 metrów prosto w pokrzywy. I połamał żebra. Słyszeliśmy jego stękanie, ale byliśmy przekonani, że tak sobie stęka ze starości... Po zejściu na dół znaleźliśmy go już w łóżku. Gadał do siebie, powtarzając w kółko: "Ja durak!" Polecieliśmy po sąsiada, zdobyliśmy numer do syna, zadzwoniliśmy do niego i łamanym polako-ruskim wytłumaczyliśmy mu, jaka jest sytuacja i że nie ma innego wyjścia niż przyjechać jak najszybciej do svaneckiej wioski zaopiekować się tatą. Później dzwoniliśmy jeszcze raz z Tibilisi, ostatniego dnia, na szczęście dziadek miał się już lepiej. Trochę uciszyło to nasze wyrzuty sumienia, bo przecież dziadek nie wszedłby na to zaryglowane wcześniej pierwsze piętro, gdyby nie chęć ugoszczenia nas.


Pogoda w Svanetii udała nam się idealnie, zachodni Kaukaz widać było jak na dłoni. Nie mogliśmy oderwać oczu od tych pięknych widoków. Dlaczego nie jesteśmy w Gruzji na dłużej...? Ale byłoby super zostać tu na kilkanaście dni i pójść z plecakiem w góry... Na kilka dni pójść nie mogliśmy, poszliśmy więc choć na pół dnia. Zaparkowaliśmy samochód w przypadkowym miejscu i poszliśmy tak po prostu, przed siebie, w stronę szczytów. W drodze powrotnej musieliśmy trochę chaszczy z ostami po pas sforsować, ale warto było!


W Mestii wiele osób wybiera się na całodniową pieszą wycieczkę do jezior Koruldi. Ponieważ jednak prowadzi tam również polna droga, a my czasu na wniesienie naszych ciał na nogach nie mieliśmy, pojechaliśmy na miejsce ładziną. I co tu dużo mówić - kolejne nowe widoki i znowu tak bardzo warto było.




Resztę zdjęć ze Svanetii znajdziecie tu:
Svaneti

Pozdrawiamy

Magda