17 listopada 2009

Machencjusz popelnil dla Was wczoraj gigantyczna relacje. Jest aktualnie u mechanika, a kiedy on u mechanika, ja spelniam moje blogowe powinnosci. Milego czytania i wytrwalosci! - Madziula



Bardzo chcieliœmy wyruszyc juz z Quito. Pospiech nie jest jednak najlepszym doradca, a nastepnym duzym miastem na naszej trasie bedzie dopiero Lima. I jezeli cokolwiek sie stanie wczesniej, to ewentualne straty pieniezne i czasowe moga byc calkiem duze. Poszedlem wiec do mechanika nie tylko wymienic amortyzator, ktory przylecial juz z Miami, lecz jednak upewnic sie, ze silnik da rade. Bo trzeba przyznac ze chodzi jakos nieregularnie, a tu przed nami duze wysokosci, wielkie obciazenie i stromizny. Sprawdzilismy najpopularniejszy defekt tego modelu, odrobine skorygowalismy nawet prace pewnego ukladu, jednak silnik dziala jak dzialal i mechanik twierdzi ze to korbowod cos nierowno pracuje. Widzialem jednak ze nie da gwarancji na swoja hipoteze, za to przyjalem jego zapewnienie, ze do Limy dojedziemy. No to jedziemy, moze tam sie ktos bedzie lepiej znac na sprawie?

Spakowalismy manataki nastepnego dnia i ruszylismy na poludnie. Czekal nas przejazd aleja wulkanow - swojego rodzaju plaskowyz w centralnych wyzynach Ekwadoru, wzdluz ktorego stoja najwazniejsze wulkany tego malego panstwa.

Niestety, po raz kolejny zostalismy skarceni przez chmury. Nie zobaczylismy nic Cotopaxi, ktory jest oddalony jedynie kilkadziesiat kilometrow od centrum Quito. Gesta warstwa chmur ciagnela sie az po horyzont. Przez to ze obserwacja wulkanu wypadla nam z programu, szybko dojechalismy do miejsca w ktorym planowalismy nocleg, i wyruszylismy juz bez bagazow na wycieczke. Na zachód od miejscowosci Latacunga jest tak zwana Quilotoa Loop - petla która wiedzie przez polozone wysoko tereny zdala od Panamericany, zamieszkane przez Indian. Planowalismy pokonaæ te petle w ciagu nastepnych dni, ale postanowilismy zobaczyc choc kawalek jeszcze tego samego dnia. Petla ta pokonywana jest przez turystow z pomoca roznych srodkow transportu, co zajmuje kilka dni. Posiadajac wlasny srodek transportu mozna jednak pokonac ja cala bez przeszkod w ciagu jednego dnia, mimo ze brak czesto utwardzonej nawierzchni. Bylo pieknie, i zimno. Szybko wspielismy sie na plaskowyz, mijalismy po drodze lokalnych mieszkancow, ktorych jaskrawe stroje pieknie kontrastowaly z surowym otoczeniem. Az by sie chcialo zatrzymac i zrobic zdjecie. Jedna Pani nawet nam zapozowala, po czym zazadala 1 USD. Tego nie lubimy. Ludzie tu naprawde maja fiola na punkcie uniemozliwienia zrobienia darmowego zdjecia. Nie lubimy placic za zdjecia i dawac grosza zebrakom. Juz sie tego nauczylismy w Azji. Mamy caly wywod na ten temat, ale teraz go Wam oszczedze.



Dobrze, to moze jeszcze objasnie z czego jest ta Quilotola Loop taka slynna. Najbardziej - z jeziora w kraterze wulkanu (nie mylic z Laguna Cuicocha z poprzedniego wpisu!). No to bylismy 15km od tej Laguny. Ale bylo na tyle pozno, ze wiedzielismy ze jesli do niej dojedziemy, bedziemy wracac po ciemku. No to wpadniemy innym razem.
Dopiero nastepnego dnia zorientowalismy sie, ze ten nastepny raz nie nadejdzie szybko - chmury opadly jeszcze nizej, co pozbawilo sensu pokonanie petli - dopisujemy ja do naszej dlugiej juz listy rzeczy ktore sobie zostawiamy w danym panstwie na kolejna wizyte - jest na niej juz przede wszystkimi Cartagena (Kolumbia).
Nocowaliœmy w niewielkiej miejscowosci Saquishli. Wg naszego przewodnika jest to miejscowosc, w ktorej mozna bylo do niedawna zobaczyc prawdziwie ekwadorski targ, na ktory nie docierali turysci. W ostatnim czasie jednak i ten trafil na mape zagranicznych gosci, jednak nie ma porownania pod tym wzgledem z targiem w Otavalo. Oczywiscie bladym switem zlokalizowalismy targ zwierzat, gdzie dowiedzielismy sie co nieco na temat cen bykow i krow (byk 800 usd, krowa 400 usd). Nie widzielismy tutaj scen brutalnosci, zestaw oferowanych zwierzat odpowiadal temu sprzed niecalego tygodnia, wiec trzeba przyznac ze na nastepny targ zwierzat wybiore sie za kilka tysiecy kilometrow. Za to bardzo ciekawa byla wizyta na innych stoiskach. Czwartkowy rynek ma miejsce na 8 odrebnych placach, a takze laczacych je ulicach. Co ciekawe, w odroznieniu od tego typu spotkan ludzi w Azji, kiedy to warto wstac z samego rana, w Ekwadorze rynki rozkrecaja sie cale przedpoludnie i swe apogeum osiagaja kolo obiadu. Nasze przyzwyczajenie pomoglo nam jednak w zobaczeniu rynku zanim przyjechaly grupki innych turystow. Jeszcze jedna roznica - tutaj mozemy porozmawiac ze sprzedajacymi! W Azji to tylko mozna bylo sie glupkowato usmiechac albo cos na migi pokazywac, co przy wstydliwosci azjatow nie ulatwialo wymiany mysli. Tutaj mozemy sie czegos dowiedziec, a takze sami o czyms poinformowac lokalnych ludzi. Na przyklad taka pania sprzedajaca malutkie kotki (acha, bo psy, koty i male zwierzeta spozywcze kupuje sie tutaj tuz obok marchewki i kolendry w centrum miasta, a nie jak w Otavalu na targu zwierzat), tak wiec taka pania od kotkow mozna poinformowac, ze u nas to rowniez swinki morskie i zolwie w domu sobie jako maskotki trzymamy, a nie zeby zjesc. Swoja droga pieska ladnego i kotka za dolara mozna kupic. Kusilo. Ale co potem z nim zrobic? Jak by z nami jezdzil? Musielibysmy jakis koszyk z przodu pod reflektorem przymontowac... Pomyslimy.



No wiec targ w Saquishli bardzo przyjemny. Z ciekawostek jeszcze: mozna bylo sobie kupic jakies takie wielkie larwy, a lezace obrazki wyjasnialy ze takie larwy kazda przypadlosc czlowieka moga wyleczyc. A myslelismy ze do jedzenia. No i ciekawostka dwa: kupcy z Otavalo zwietrzyli interes i przyjezdzaja tu z tymi wszystkimi pamiatkami co sprzedaja u siebie. Przydali sie nam nawet - Madziula juz nie bedzie marzla w rece, po tym jak przejalem jej rekawiczki, po tym jak jedna moja sie zgubila podczas przeprawy lodka w Kolumbii (pamietacie jeszcze, co?).
Po targu, jako ze zrezygnowalismy z petli Quilotola, zapakowalismy smoka i kazalismy sie zawiezc do nastenego punktu naszej podrozy, Banos.
Banos jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Ekwadorze. Jest polozony tuz kolo najwyzszego wulkanu Ekwadoru - Chimborazo, ktorego wierzcholek to juz ponad 6300 m npm. Kiedy nie ma chmur, musi wspaniale wygladac. Pojechalismy wiec boczna droga, aby ludzi podpatrzec jak sobie tutaj mieszkaja i zyja.
Nazwa miasteczka odnosi sie do obecnych tutaj wod termalnych. Co jest jednak bardyiej unikalne, Banos lezy u stop najbardziej aktywnego ekwadorskiego wulkanu, w ostatnich latach aktywnosc ta byla na wysokim poziomie, wprawdzie pocztowki wciaz prezentuja ujecia z 1999, jednak nawet w ostatnim roku wulkan wyplul lawe. A to dziala na wyobraznie i przyciaga gosci. Mieszkancy tutaj sa przygotowani na erupcje i kazdy z nich ma w swoim mieszkaniu spakowana walizeczke z najpotrzebniejszymi rzeczami - w razie alarmu bierze ja pod pache i daje noge. Droga do Banos w dwoch miejscach jest przecinana przez dwa koryta biegnace po zboczach wulkanu, ktorymi to w razie kolejnej erupcji ma biec glowny nurt lawy.



Robi wrazenie. No dobrze, tylko co jesli sie ma pecha i przyjezdza a tu wulkan caly w chmurach? Nie ma problemu. Miasteczko peka w szwach od nadmiaru biur turystycznych, ktorzy sa w stanie prawdopodobnie zagospodarowac dowolna liczbe dni i sume dolarów. Skoki na linach, rafting, opuszczanie sie po linie wzdluz sciany wodospadu, wycieczki do miejscowosci indianskich itd itp. Nawet wycieczki do dzungli. Jakiej dzungli? Amazonskiej. Bo Banos jest rowniez brama do krainy zwanej Oriente - czyli Wschód - obejmujacej caly teren Ekwadoru lezacy na wschód od pasma Andów. Banos jest brama, poniewaz stosunkowo latwo mozna zjechac na poziom trzycyfrowej wysokosci nad poziomiem morza. Oczywiscie pojechalismy sprawdzic. Piekna dolina, ktora stopniowo lecz szybko sie znizamy, w ciagu 60 km z 1900 na 900 m npm. Piekne wodospady, coraz bujniejsza roslinnosc, troche zakretow, podjazdow i zjazdow, az sie nie chce wierzyc, ze wreszcie za kolejnym zakretem nie ma juz gor. Jako ze wciaz zmagalismy sie z chmurami, a wlasciwie z deszczem, dzungla byla spowita w chmurach, bardzo tajemnicza. Jako ze mamy plan odwiedzic ja w Peru, tym razem skonczylismy na przywitaniu sie z pewnej odleglosci, po czym wrocilismy do Banos.



Warto wspomniec o naszej wizycie w termach. Po pierwsze, nie wspominalismy, jak wielki problem ma teraz Ekwador z powodu braku deszczow w porze deszczowej. Kraj ten oparl swoja polityke energetyczna na elektrowniach wodnych. W obliczu braku wody w systemie rzecznym, minister ds. elektrycznosci (naprawde tak sie nazywa!) racjonalizuje dostawy pradu. I tak juz od Quito codziennie nie mamy pradu 4 godziny dziennie. Tzn zalezy jak trafimy, bo w kazdym miescie codziennie rano oglaszaja, w jakich godzinach dzis nie bedzie pradu. A ze godziny sie zmieniaja a my przemieszczamy, to mozemy akurat sie przeslizgnac pomiedzy strefami odcietego pradu, lub tez rano nie miec pradu w miescie A, a wieczorem sie zalapac na odciecie w miescie B. I roznie takie odciecia nam uprzykrzja zycie. Bo takiego odciecia od 10tej do 14tej to nawet mozemy i nie zauwazyc, ale jak pradu nie ma od 16tej do 20tej, i cale miasto spowijaja egipskie ciemnosci, to juz naprawde nie jest ciekawie. I tak bylo w Banos. Wieczorna sesja w termach zaczyna sie od 18tej, planowalismy wiec pojsc jeszcze na kawke i potem na te termy. Bardzo romantyczna atmosfera panowala w lokalach gastronomicznych tego wieczoru - w wytwornej restauracji - swiece na stolach, w kawiarni, to samo, w jadlodalni - swieczki, wszedzie swiece. Jedynie apteki nie wiadomo skad mialy generatory pradu i nawet reklamy siê swiecily jak co dzien, co wygladalo jednak na zwyczajne marnowanie pradu. Szczerze mowiac, to niezbyt fajna atmosfera. Jednak po tym jak pani w kawiarni zamiast herbaty mietowej dala mi wrzatek i 3 dekoracyjne listeczki miety, postanowilismy pojsc na te termy, mimo ze na logike powinny byc zamkniete. Wszyscy jednak twierdzili ze powinny byc otwarte, totez zaufalismy mieszkancom. Dopiero po dotarciu na miejsce oswiecilo nas, ze byli w bledzie. Konkretnie, to oswiecila nas sklepikarka. No to postanowilismy przysiasc sie na godzinke u niej i dotrwac przy herbacie do 20tej, az wlacza ten prad. Tutaj wzmianka o herbacie - niezwykle ciezko ja dostac. W calym kraju pije sie wylacznie kawe - czyli kubek mleka z odrobina kawy - proporcje bardziej niz na odwrot niz w Polsce. Czasem rowniez serwuja kawe rozpuszczalna - rowniez w kubku mleka. No wiec o herbate trudno - jak juz cos to ziolowe. Poprosilismy. Pani na chwile nas zagadnela o cos, i w sumie nie przestala juz mowic w ogole. Opisala nam cala swoja historie, o dawnym malzenstwie (ze Szwajcarem, bo w Banos duzo kobiet wychodzi za bogatych turystow, ktorzy jednak z czasem nie wytrzymuja proby czasu), o rodzinie (ze miala 6 rodzenstwa, z czego starsi wciaz mieli wiele dzieci, a kolejni co raz mniej), o pobycie w USA (ze jako tak wytrzymac jak 4 pory roku, z czego 6 miesiecy zima) itd itp. Naprawde, po kilkunastu minutach czulem sie zmeczony ciagla proba rozumienia tego jezyka bez przerwy. Zwlaszcza ze Pani sobie zartowala, i trzeba bylo to wychwycic, inaczej smiala sie z zartow jako pierwsza z naszej trojki - a dawala nam przed salwa smiechu 1 sekunde powaznej miny abysmy pierwsi sie zasmiali. Tak wiec spedzilismy godzine z Pania sklepikarka, a ostatni kwadrans z jej kolezanka, ktora przy swieccze wygladala na 30 lat, z czego bardzo sie ucieszyla, bo jednak przyznala ze ma 42 i jest juz babcia. Chyba jej nie przescigne.

Podziekowalismy za goscine i poszlismy w kierunku term, bo rowno o 20tej nastala jasnosc. Rowniez dla naszych umyslow.
Spodziewalismy sie byc pierwszymi w wodzie, zas ciezko nam bylo znalezc kawalek sciany w basenie. Okazalo sie ze termy maja swoje wlasne zasilanie i co prawda, bylo wczesniej nieco ciemniej za to bardziej klimatycznie, bo gwiazdy przyswiecaly kapiacym sie. Nie zawiedlismy sie jednak na temperaturze wody. Po tym jak przegadalismy z 20 minut z nauczycielka angielskiego z pobliskiej szkoly, nie moglismy juz dluzej zniesc goraca i postanowislimy pojsc do "sredniego" basenu - ho ho ho!! oKazalo sie ze wlasnie w nim bylismy, zas goracy basen to byl juz naprawde wrzatek. Chyba nawet Anula (pozdrowienia dla zmarzlucha!) by nie wysiedziala 3 minut zanurzona.

Opuszczalismy Banos z dwoma powodami do narzekania. Po pierwsze, nocne kapanie pozostawilo okropne plamy na Madziulki bialym strojku kapielowym - co swoja droga swiadczy o naturalnosci i bogactwie mineralnym wody. Po drugie, nie udalo nam sie spotkac z moja zastepcza karta SIM, wyslana do mnie z centrali z Polski. Co prawda Poczta POlska obiecuje, ze list priorytetowy dostarczy w przeciagu 5 dni do kazdego kraju na swiecie, jednak Pan z Poczty Ekwadorskiej wspomnia³ raczej o 14 dniach roboczych. No to 2 tygodnie nie bêdziemy siedziec w jednym miejscu dla karty SIM, zwlaszcza ze komorki w tym kraju dzialaja na amerykanskich czestotliwosciach, wiec i tak nie mamy tutaj dzialajacego telefonu. Tak wiec hostel w ktorym mieszkalismy obiecal ze przesle nam ten list dalej, jak tylko do nich dojdzie. Zobaczymy.

Mielismy rowniez powody do radosci! Pogoda skonczyla wojne 3dniowa i ukazala nam niebo. Wreszcie, na odchodnym, zobaczylismy wulkan, pod ktorym przez dwa dni sobie mieszkalismy. Swietny! Perfekcyjny stozek, na samym czubku odrobina sniegu.



Postanowilismy w podrgupach sie z nim zmierzyc. Madziulka wyszla sobie na pagórek ponad miastem, ja zas na smoku pognalem w kierunku szczytu wulkanu i wyjechalem kilometr w pioniej do miejsca gdzie lawa zmiotla droge. DO szczytu brakowali wciaz ponad 2km, wulkan ma ponad 5 tys metrow! A wydawalo sie ze do szczytu tuz tuz. O 10tej odebralismy pranie z pralni, spakowalismy manatki i pognalismy spowrotem do kregoslupa Alei Wulkanów. Zwietrzylismy nasza szanse. Po wyjechaniu z doliny ukazal nam sie CHimborazo z wielka biala czapa lodu! Postanowilismy podjechac jak najblizej. W oddali juz nadciagaly chmury, tak wiec sadzilismy ze nasze szczescie nie potrwa dlugo, jednak postanowilismy sprobowac. Pojechalismy droga prowadzaca tuz obok wulkanu, okrazajaca go. Stopniowo pielismy sie coraz wyzej, przekraczajac kolejne poziomice. Roslinnosc co raz to bardziej sie upraszczala, tracac na wysokosci i nasyceniu kolorow, zamiast miasteczek mijalismy juz tylko pojedyncze domy pasterzy owiec.



W koncu nawet trawom paramo bylo zbyt ciezko zyc i znalezlismy sie w wsrod martwego krajobrazu. Wreszcie zjazd z g³ownej drogi bezposrednio w kierunku wierzcholka. DO Refugio, miejsca skad wychodza ekipy chetnych przymierzajacych sie do ataku na szczyt. Jedziemy. Madziulka juz tutaj troche sugerowala, zeby moze sobie podarowac, ale jak mozna bylo przegapic taka szanse, skoro tego dnia nawet chmury sie szczytu nie chcialy na stale uczepic. Teraz juz droga byla sypka i kreta. Az wreszcie zaparkowalismy pod schroniskiem. Ponad 4800 mnpm. Kilka krokow i juz czujemy sie inaczej: zadyszka to oczywistosc, reszta ciezka do opisania: bol glowy? slabsza mozliwosc zachowania rownowagi? Bardzo ciezko to wszystko opisac co sie naprawde czuje. Nowe doznanie. Kilka pamiatkowych zdjec, podziwiamy sobie wulkan, teraz widoczny juz jak na dloni, podobnie jak i czerwone jego skaly i jezory lodowcow schodzacych nisko.



A do tylu? CHmury gdzies tam nisko w dole, w oddali. W poblizu zadnych porownywalnych szczytow. Pelna dominacja. Jako ze przeliczylismy sie co do istnienia przydroznych punktow gastronomicznych, postanowilismy w koncu zjesc nasze jedzenie i ugotowac cokolwiek, zeby tylko zjesc cos na cieplo. No to przynioslem, i sie pytam pichcacego ekwadorczyka, czy moge z kuchni gazowej rowniez skorzystac. Alez mial mine!!!!! HAHAHA, do tej pory chce mi sie smiac. Jak mnie zobaczyl z dwoma kolbami kukurydzy, nie wiedzial co powiedziec!! Oni wszyscy tam sobie przyrzdzali specjalne jedzenie, ktore wymaga niewielkiej temperatury i czasu. Pan Ekwadorczyk wyjasnil Panu glodnemu laikowi, ze na tej wysokosci, kukurydza potrzebowala by sie z godzine gotowac :))) Musiala wystarczyc nam wiec mandarynka, po czym rozpoczelismy bardzo dlugi zjazd w dol. Na 3300 m npm jak zaczê³y siê miasta czulismy sie jak w domu. Posililismy sie wreszcie sowicie i pognalismy na poludnie, w kierunku drugiego po QUito najpiekniejszego miasta kolonialnego Ekwadoru, do Cuenci. Obrane na nocleg miasto (Alausi) osiagnelismy rowno z zachodem slonca, po pieknej jezdzie w terenie, ktory bardziej by nam sie kojarzyl z bezkresami Kanady niz z miejscem w Ekwadorze. Wulkany zostaly za nami i otaczajace nas przewyzszenia nie byly wyzsze niz 300 metrów. Az wreszcie dojechalismy do krawedzi plaskowyzu, co zbieglo sie z zachodem slonca i dotarciem do Alausi - naszego postoju. Alausi szybko poszlo spac, zas my w tanim hotelu moglismy slyszec wszystkich lokatorow, czujac ze sciany z dykty niewidomemu by nie zrobily roznicy w stosuku do wielkiej sypialni.

Alausi wybralismy nieprzypadkowo. Nastepnego ranka polecielismy zobaczyc targ - i szczerze sie zawiedlismy. To znaczy - upewnilismy, ze na targ nie warto chodzic z rana, nic sie wtedy nie dzieje. Poza tym, przez Alausi przeprowadzona jest linia kolejowa, laczaca niegdys dwa glowne miasta Ekwadoru. I zaraz za Alausi linia dramatyczie opada w dol kierunku wybrzeza. Obecnie linia jest jedynie atrakcja turystyczna, okrojna do najbardziej atrakcyjnych miejsc. POszlismy zobaczyc ow slynny pociag na dworcu. Na wszystkich widokowkach przedstawiany jest pociag rodem z dzikiego zachodu, z dymiaca lokomotywa i wagonami na ktorych na dachu siedza sobie turysci i obserwuja piekne krajobrazy. A tutaj na peronie stoi sobie szynobus! Szok.



POkraczna kabina autobusu, nalozona na wozek pociagu. DYmiacy spalinami diesla, halasliwy, w srodku turysci czekajacy na odjazd. Alez sie cieszylismy ze sobie juz wczesniej te atrakcje odpuscilismy. Wrocilismy do gotowego do drogi motoru, przy ktorym spotkalismy motocykliste ze stanow, ktory wraz z przyjaciolmi podrozuja w 20 Harleyów, ktory zauwazyl nasz motocykl i kalifornijska rejestracje. Pierwszy spotkany motocyklista, z ktorym chwile pogadalismy! I ruszylismy w kierunku Cuenci. Piekna droga, swiezo wyasfaltowana, pieknie poprowadzona po stromych zboczach plaskowyzu. Do Cuenci dojechalismy na dlugo przed zachodem slonca, pozwalajac sobie przystanac w kilku miejscach, m.in. na rynku w Canar, jak i przy niezwyklym kosciele zbudowanym w sprecyficznym stylu w zboczu gory.



CO nas spotkalo w Cuence, dowiecie sie z nastepnego odcinka naszego serialu. (Juz zapowiem ze bedzie NIEZLE - Madziula)

Zachecam do obejrzenia zdjec - jest ich wprawdzie wiele, ale naprawde warto poswiecic kilka minut i obejrzec je jako pokaz slajdow raczej niz przelatujac wzrokiem po 9 na raz.

Quilotoa


Banos - Chimborazo - Canar


Pozdrawiam!
Michal

4 komentarze :

  1. kolory, krajobrazy, ludzie, przygody... oj, cudnie! sledze, czytam, ogladam i patrzac na to, co my mamy tutaj za oknem... ZAZDROSZCZE! buuuuuuuuziam baaaaaaardzo mocno

    kaka

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana Madziu!
    Wracajcie szybko, bo ja nerwowo nie wytrzymam. Pieniądze Ci wyślę jak nie macie na powrót. Wyślę Piotrka N., będzie motor pchał, on ma siłę. Jak nie wrócisz to pojadę do Warszawy i ściągnę Cię przez satelitę. Kochamy Was bardzo, Ciebie Michałku i Madzię. Wracajcie z Bogiem!
    Babcia Ela

    OdpowiedzUsuń
  3. Z zachwytem obejrzałam zdjęcia i z podziwem przeczytałam coście tam przezyli i dokonali. naprawdę trudne do wyobrażenia zwłaszcza z perspektywy codzienności i płaskiego krajobrazu. Myslimy o Was codziennie i wspieramy dobrą myslą mama kielecka

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękujemy za informacje i slajdy.
    Czytamy i oglądamy całą rodziną.
    Jest to dla nas wspaniała lekcja geografii.
    Jesteśmy z Wami.
    Adam Selwa z rodziną.

    OdpowiedzUsuń