1 kwietnia 2010



Do San Juan zajechaliśmy właściwie tylko po to, żeby kupić kilka potrzebnych rzeczy do motocykla. Miasto samo w sobie zupełnie nieciekawe i niewarte zatrzymania się.

Jak więc tylko udało się nam kupić dętki, olej, filtry itp. itd. ruszyliśmy powrotem na północ, żeby po 60km odbić na zachód, w kierunku Barrealu położonego w Dolinie Calingasta. Droga SPEKTAKULARNA. W naszym subiektywnym odczuciu obok zjazdu z Paso Jama w kierunku Purmamarci oraz okolic Cachi był to nasz najpiękniejszy przejazd w Argentynie. A jako że tych pięknych przejazdów aż tak dużo nie ma, zachwyt nasz był wielki. Droga na początku stopniowo wspinała się na wysokość ok. 2400 metrów, po czym mieliśmy stopniowy zjazd w dół aż do doliny z rzeką OBŁEDNEGO, bo pochodzenia lodowcowego, koloru. Błękito-turkus wody pięknie kontrastował z surowością skał, zielenią traw przybrzeżnych i jak to o tej porze roku w tej części Argentyny bywa – niebieskim niebem. SUPER, podobało nam się naprawdę BARDZO. Od Calingasty dolina zdecydowanie się poszerzyła i przestało być aż tak spektakularnie, choć i tak wciąż było naprawdę ładnie.



Jako że zmierzch był już blisko, przestaliśmy się zatrzymywać i ostatni fragment jechaliśmy już naszym standardowym, asfaltowym tempem, czyli w granicach 70-75km/h. Jechaliśmy po niekończącej się prostej, nowy piękny asfalt, nic nie wróży niczego złego. I właśnie wtedy kiedy nikt by się niczego nie spodziewał, nasze myśli lawirowały gdzieś tam daleko między pracą przyszłą a podróżą kolejną po Afryce, Machencjusz stracił panowanie nad kierownicą. Położyło nas mocno w lewo, Micho wybronił, Ułamki sekund później, które dla nas wtedy były okruuutnie długie, położyło mocno w prawo. Motor kładł się i jechał jak chciał, jakakolwiek próba przyhamowania kończyła się kolejnym mocnym położeniem. Michał darł się jak oszalały Uwaga!!!!, zupełnie jakbym nie widziała, ze coś jest mocno nie tak.. Po kilkunastu sekundach udało się zatrzymać i motor z nami na siedzeniu. Chwilę staliśmy w milczeniu próbując złapać oddech i uspokoić szalejące serce. Przebite przednie koło… Dopiero wtedy zrozumiałam słowo spotkanego kiedyś tam Holendra, który mówił, że guma w przednim kole jest niebezpieczna. A i owszem jest niebezpieczna. Jeszcze nigdy nie byliśmy tak bliscy upadku przy prędkości większej niż 10-20km/h. I mam nadzieję, że już nigdy nie będziemy. Bo było to straszne. I tylko dzięki opanowaniu Michała skończyło się to dobrze.

Oponę przebił nam kolec. Kolec ostrokrzewu….. Nie gwóżdź metalowy, a kolec drewniany – na tyle twardy żeby przebić oponę i dętkę, a jednocześnie na tyle kruchy, że trudno go było wyjąć. Micho doszedł już jednak do takiej wprawy, że po może 20 minutach jechaliśmy już dalej. I do Barrealu jeszcze przed zmierzchem dojechaliśmy.



Barreal jest stosunkowo popularnym miejscem wypoczynkowym wśród Argentyńczyków. A wszystko dzięki pieknemu położeniu. Leży w zielonej dolinie, otoczonej z jednej strony przez wysokie pasmo górskie (szczyty mniej więcej 6-tysięczne), a z drugiej przez dużo niższe bardzo suche pasmo andyjskiej precordillery. Miasteczko nie ma swojego ścisłego centrum, ciągnie się przez dobrych kilka kilometrów, domy w sporej odległości, w co drugim restauracyjka, sklep, hoteli lub rozległe rancho z pasącymi się końmi. Teraz czuć było dość mocno, że jest już po sezonie. Pusto, sielsko, leniwie i jesiennie, tak pozytywnie, złoto-ciepło-jesiennie.

Rozbiliśmy nasz namiot na świetnym miejskim campingu (3,3 PLN od osoby, brak opłaty za namiot, więc SUPER-tanio). Mnóstwo zieleni, a więc i cienia, basen z wodą, wieczorem ciepłe prysznice, a do tego wszystkiego bardzo serdeczni gospodarze. Było tam tak miło, że oprócz wypadów do sklepu, który był daleko, wybraliśmy się może na dwa dłuższe spacery. Resztę czasu spędziliśmy leniuchując na campingu. Czytaliśmy, robiliśmy sobie drzemki, jakieś pranko ręczne większe. I grilla. Jako że każdy tutejszy camping jest wyposażony w murowane grille postanowiliśmy spróbować naszych umiejętności i ugrilowaliśmy sobie dwa steki. Taniej nam dużo nie wyszło niż w restauracji, ale to przez to, że dogodziliśmy sobie na maksa. Była najlepszej jakości polędwica wołowa, której towarzyszyły na naszych talerzach grzanki z oliwą z oliwek, oregano i czosnkiem i garnek sałatki z wszystkich dostępnych w Barrealu warzyw. Tęsknie za pierogami, gołąbkami, kiszonymi i mielonymi baaardzo, ale wiem, że jak już wrócimy za tym mięsem argentyńskim nieraz zatęsknię. REWELACJA.
Nie sposób jednak napisać cokolwiek o campingu w Barrealu bez wspomnienia o psie. Wspominałam już o tym nieraz, że psy w Ameryce Południowej doprowadziły mnie już nie raz do szału. Miliony razy rzucały się na nas przejeżdżających przez wioski motorem, drąc się, warcząc i próbując nas ugryźć. Mimo że każda chałupa na wsi ma tu co najmniej kilka psów, a i w miastach wszędzie je widać, nikt o nie nie dba. Są zaniedbane, bite, często wygłodzone. Źle przez człowieka traktowane, a więc i nas – „człowieków” –źle traktowały. I my zmieniliśmy więc nasze nastawienie do psów. Mimo że kochaliśmy czworonogi bardzo, nie zdarzyło się nam wołać ich, głaskać, w jakikolwiek sposób rozpieszczać. Tak też potraktowaliśmy psy z campingu w Barrealu. Jak powietrze, jakby ich nie było. Nie wołaliśmy ich do siebie, niczym (świadomie) nie karmiliśmy, nie głaskaliśmy ich ani nie bawiliśmy się z nimi. Jak podchodziły udawaliśmy, że ich nie widzimy. Jak zawsze.

Był jednak taki jeden pies, który nas, szczególnie mnie po prostu rozbroił. Pierwszej nocy zostawiliśmy przy torbie w motorze dwie bagietki zawinięte w siatce. Rano została pusta, rozdarta siatka. Zjadł nasz śniadaniowy chleb pies. Było ich jednak wiele, nie wiedzieliśmy który. Widzieliśmy jednak, że taki jeden w łatki zadowolony leży niedaleko i macha ogonem. No nic. Nasza wina. Uśmiechnęliśmy się wieć tylko do łaciatego psa i poszliśmy po nowy chleb.

Kolejnej nocy zostawiliśmy chleb (znowu zawinięty w siatki) na stole. I znowu rano siatka była pusta Zobaczyliśmy niewyrośniętego charta z przydługa sierścią przebiegającego koło nas z bułką w zębach. No nic nasza wina. Jak można było być tak głupim? Poszliśmy więc do sklepu po nowe bułki. Rudy nietoperz za nami. Od tej pory nie opuszczał nas na krok. Czym sobie zaskarbiliśmy jego przyjaźń nie wiem. Zostawieniem bułek na stole…?

Nietoperz poszedł z nami na 3-godzinny spacer. Nie odchodził od nas dalej niż na 3-4 metry, a większość czasu szedł przy nodze. Poszliśmy do restauracji – wszedł za nami i położył się pod stołem. Nijak nie dało się go wygonić. Zaczęliśmy więc go trochę traktować jak naszego psa. Daliśmy mu coś na kolację, coś na śniadanie. Pobawiliśmy się z nim. Zaczął spać przy naszym namiocie, ba najchętniej spałby z nami wśrodku, ale Micho go wygonił, położył się więc metr dalej. Jak jedno z nas odchodziło od namiotu lub od stołu, szedł na nami. Najczęściej odchodziliśmy – po prostu do kranu/pod prysznic lub do ubikacji. Czekał wtedy pod drzwiami kibelka lub pod kabiną prysznicową i wracał z nami pod namiot. Nawet jak o 4 rano szłam ledwo przytomna do ubikacji, obudził się i poszedł ze mną. Jak pojechaliśmy do obserwatorium, czekał przy wjeździe na camping.

Najbardziej wzruszający był jednak nasz odjazd. Czuł, że odjeżdżamy. Chodził osowiały, patrzył się rozbrajającym wzrokiem. Pożegnaliśmy się z nim. Wyjeżdżamy z campingu – odwracamy się do tyłu, a on biegnie. Biegnie za nami ile sił w nogach. Biegł długo. Patrzył się na nas jakbyśmy go porzucali. Chciałabym mieć kiedyś takiego właśnie psa.



Jak już wcześniej wspominaliśmy w Barrealu mieliśmy w planie odwiedzenie pobliskiego obserwatorium, znajdującego sie w Parku Narodowym El Leoncito. Tu ważna informacja, dla tych którzy będą chcieli się tam wybrać - wizytę nocną trzeba rezerwować i opłacić w biurze obserwatorium w San Juan. My tego nie wiedzieliśmy i tylko dlatego, że potrzebowaliśmy nowej dętki i pojechaliśmy przez to do San Juan, w którym z kolei nie potrafiliśmy dogadać się z obserwatorium przez telefon, udało nam się wszystko wcześniej załatwić. Jak to często bywa trochę za wiele sobie nawyobrażałam, miałam przed oczami wielkie planety, mgławice itp. itd. Mimo wszystko jednak warto było. Wizytę rozpoczęliśmy od zobaczenia teleskopów za dnia. Największy teleskop w obserwatorium El Leonicto ma 2,5 metra – w Chile jest podobny, ale 8-metrowy… Ciężko aż mi sobie wyobrazić jakie wrażenie musi tamten robić, ten robił wielkie. Po zachodzie słońca i kolacji okazało się jednak, że przez ten wielki teleskop nie będziemy patrzyli. Po pierwsze dlatego, że się nie da, bo służy on do analizy światła emitowanego przez gwiazdy.

Teleskop, przez który obserwowaliśmy niebo był zaawansowanym teleskopem hobbystycznym. Babeczka, która się nami opiekowała, miała jednak tak wielką wiedzą, że obserwacja nawet niewiele powiększonych gwiazd robiła wrażenie. Przyjrzeliśmy się między innymi gwiazdom aktualnie w tym regionie najjaśniejszym – Syriuszowi oraz gwiazdom – Kanopus i Achernar. Póżniej przyszła kolei na spektakularne – gromadę kulistą – 47 Tukanów oraz na Wielką Mgławicę w Orionie. Szczęki opadły nam jednak dopiero jak zobaczyliśmy Saturna – widać było dokładnie jego dysk i księżyce!!!!!!! oraz powierzchnię Księżyca – z mnóstwem bardzo głębokich kraterów, w których niesamowicie załamywało się światło. Wrażenia nie-do-opsiania!!!!!! Nie mogę się doczekać na wizytę w obserwatorium z bardziej profesjonalnym teleskopem. Coś niesamowitego!!!!!!

Saturn widzieliśmy dokładnie tak (ujęcie, widok, skala są naprawdę identyczne, nie jest to jednak zdjęcie, a zrzut ekranu w programie Stellarium - świetny program do obserwacji nieba):



Niestety, mimo, że obserwatorium słynie ze znakomitej widoczności (co roku jest tu od 280 do 300 bezchmurnych nocy) my trafiliśmy na jedną z tych pochmurnych i mogliśmy obserwować niebo jedynie przez pierwszą godzinę – 22-23. Później była walka z ciągle przemieszczającymi się chmurami aż w końcu przed północą się poddaliśmy i wróciliśmy na camping w Barrealu. Jak to zwykle bywa, nie dojechaliśmy na camping, a chmury się rozeszły…

Droga z Barrealu do Mendozy to kolejne piękne kilometry. Pierwsze 40 to jazda wzdłuż ośnieżonych szczytów, które wyglądają tak:



Później chwila monotonni, dojazd do Upsallaty, skąd ostatnią setkę do Mendozy zrobiliśmy po mało uczęszczanej obecnie drodze przez Villavicencio (popularny kurort argentyński w latach 50-tych). Przypomniała się nam trochę Boliwia. Znowu było szutrowo-skaliście – widoki – PIĘKNE!!!!!!! Z ponad 3000 zjechaliśmy serpentynami na ok. 700mnpm, z zimna wysokogórskiego do upału pustynnego. Z przełęczy były piękne widoki na Acongague. Zdjęcia jednak dobrego nie mamy, postaramy się je zrobić w drodze do Chile.



O dniach w Mendozie następnym razem. A tymczasem zdjęcia z ostatnich dni:

Valle de Calingasta


Pozdrawiamy właśnie z Mendozy,
Madziula

P.S. Udało nam się uploadować zdjęcia do poprzedniego wpisu. Tu link:
Ruta 40 do San Juan

1 komentarz :

  1. Zdrowych, pogodnych Świąt.
    życza
    Karola i Piotrek

    OdpowiedzUsuń