10 maja 2010



Wizyta w Bariloche była naszym ostatnim etapem prawdziwego zwiedzania: nieśpiesznego, swobodnego, beztroskiego. Chcieliśmy jeszcze wybrać się na ostatnią wycieczkę w pobliskie góry, ale pogoda pogorszyła się na tyle, że postanowiliśmy nieco wcześniej opuścić region jezior i obrać kierunek bardzo prosty: Buenos Aires.
Założyliśmy, że odcinek między Bariloche i Buenos Aires nie będzie zupełnie ciekawy, i potraktowaliśmy go tranzytowo. Autobusy łączące te miejsca potrzebują mniej niż dobę na tę trasę, dla nas pokonanie odcinka prawie 1700 km oznaczało 4,5 dnia ciągłej jazdy. Prawie 400 km każdego dnia przy maksymalnej prędkości, zbliżonej zresztą do średniej wynoszącej 70km/h wymagało 6 godzin jazdy. Schemat każdego dnia podobny – w miarę szybkie zebranie się z rana, przejazd pierwszych 100 km za jednym razem, potem już przerw co raz więcej, w tym długa obiadowa. Na wieczór zawsze dojeżdżaliśmy do obranego wcześniej miejsca, i zawsze udało się znaleźć miejsce kempingowe – wszystkie darmowe ze stanowiskami do grillowania, łazienką z gorącą wodą, niektóre nawet z bezprzewodowym Internetem.



Można by powiedzieć, że podczas przejazdu nie zwiedziliśmy żadnego miasta, nie zboczyliśmy do żadnej atrakcji turystycznej, czy też nie widzieliśmy nic nadzwyczajnego. Mimo wszystko jest kilka rzeczy wartych wspomnienia.
Po pierwsze, była to dla nas bardzo ciekawa lekcja geografii. Podczas tych 5 dni z jednej strony mieliśmy wrażenie monotonii i niezmienności krajobrazu (proste jak od linijki drogi i skąpe strawska po stronach obu), z drugiej strony, pomimo całkowicie płaskich terenów mogliśmy zauważać stopniowe zmiany – w końcu podczas gdy pierwszą połowę trasy przejechaliśmy wśród całkowicie pustych i nieprzystępnych terenów (czasami przez 200-300 kilometrów nie było naprawdę nic), druga połowa była zdominowana przez pola uprawne – a na nich krowy lub zboże. Ogólnie na monotonnie niektórych części kraju Argentyna mogłaby spokojnie rywalizować z Australią i szczerze mówiąc wydanie sprawiedliwego werdyktu byłoby bardzo trudne.
Niesamowita była zmiana temperatur – wyjeżdżając z Bariloche pierwszy dzień jechaliśmy przemarznięci i pozakładaliśmy wszystko co tylko na sobie mieliśmy, podczas kolejnych dni codziennie zdejmowaliśmy po jednym ciuchu – kurtka przeciwdeszczowa, polar, sweter. Skoki ciepła były niesamowite, biorąc pod uwagę fakt, że dziennie nie zmienialiśmy naszej pozycji o więcej niż 400 km, a i nie było żadnych gór, które mogłyby fizycznie oddzielać masy powietrza ciepłe od zimnych.
Tak więc poczyniliśmy pewne obserwacje przyrodnicze. Ale też i społeczne. Po pierwsze, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Argentyńczycy są niesamowicie socjalnym narodem. Łączy ich oczywiście piłka nożna, ale to tylko jedno zamiłowanie. Pierwszy maja tutaj w Argentynie znany jest jako Dia de los Trabajodores, czyli Dzień Pracowników, z tej okazji oczywiście cały kraj miał wolne. Ciężko było to stwierdzić jadąc przez pustki, gdzie odległości między niewielkimi najbliższymi miasteczkami sięgały 160km, jednak na wieczór dojechaliśmy do niedużej miejscowości na granicy Pampy pustynnej i uprawnej – Santa Rosy. Tam chcieliśmy przenocować na miejskim kempingu położonym nad jeziorkiem, czy też miejskim zalewem. I tak jak dzień wcześniej, w piątek, na pobliskim kempingu, byliśmy jedynymi turystami, za to wśród 16 osób zatrudnionych przez samorząd do utrzymywania kempingu (samorząd czerpie zyski z hydroelektrowni, a bardziej sensownych miejsc pracy nie ma, stąd mnogość sprzątaczek, ogrodników etc), tak w Santa Rosie chyba każdy z 80 tysięcy mieszkańców tego dnia pojawił się nad zalewem. Oczywiście w ruch poszły tykwy z mate i termosy z wrzątkiem, coby sobie dolewać gorącej wody i pić pić pić, i rytualne w każdą niedzielę grile, więc ledwo wypatrzyliśmy zalew wśród dymu z palenisk, jednak było coś więcej: tego dnia miejski kemping był miejscem, w którym trzeba było się pokazać - małomiasteczkowy lans jakich mało. Samochody z głośną muzyką, buczące skutery, tłumy pieszych. Do tego nad zalewem – specjalnie wydzielone na wysepkach wielkie place zabaw dla dzieci z kombinacją zjeżdżalni, przejść, miejsc do wspinania się i tarzania (jak w Walencji!!!). Z tego dziecięcego raju korzystały DOSŁOWNIE tysiące dzieciaków w ieku różnym. Nie wyobrażaliśmy sobie trochę, jak w takim tłumie znaleźć odpowiednie miejsce na rozbicie namiotu. Oczywiście znalazł się pewien motocyklista, który kazał jechać za nim i tak wskazał nam miejsce blisko łazienek, grillów, ale i bramy wjazdowej. Wszyscy na wieczór rozjechali się do domów, my zaś mieliśmy świetny nocleg, z darmowym Internetem bezprzewodowym w namiocie. Za darmo. Nie przewiedzieliśmy tylko, że to będzie ostatni!



Następnego dnia bowiem, będąc w połowie drogi między Santa Rosą a Buenos Aires, mając już rozbity namiot na kempingu Argentyńskiego Związku Motorowego, kiedy aktualizowaliśmy na pobliskiej stacji benzynowej naszego bloga, zagadał do nas Walter. Wielokrotnie już byliśmy zaczepiani przez mieszkańców i aż głupio powiedzieć, ale się do tego przyzwyczailiśmy. Tyle że zazwyczaj każdy ma ten sam zestaw 5 pytań, więc czasem, kiedy jesteśmy czymś pochłonięci, nie za bardzo mamy ochotę na rozmowę, jako że wiemy, że na głęboką wymianę zdań nie ma szans: skąd jesteście? i z Polski motorem? czy Argentyna się Wam podoba? etc. Znamy na pamięć taki scenariusz. Acha, tyle że śmiesznie się porobiło, bo im bliżej Buenos Aires, tym co raz częściej wszyscy z góry zakładali, że jesteśmy Brazylijczykami (nie wiem jak to świadczy o naszym hiszpańskim…) – bo to szlak którym wielu z nich jeździ na południe Argentyny. Wcześniej byliśmy Francuzami.

Wracając do Waltera. Walter jest rolnikiem. Zadawał wiele pytań i nie poprzestał na tych pierwszych. Widać, że oczy mu się świeciły, kiedy opowiadaliśmy mu o naszej podróży. Po czym po 15 minutach powiedział, że o ile mamy ochotę, to zaprasza nas do siebie na nocleg. W takich momentach nie można dać się przezwyciężyć lenistwu – dopiero co się rozbiliśmy, a tu znów wszystko zwijać, pakować, przywiązywać, po czym po kilku kilometrach znów rozbierać. Zwłaszcza że deszczu ani zimna w nocy nie będzie. Ale warto się przemóc. Walter okazał się być szefem wielkiego przedsiębiorstwa rolniczego. Tak zamożnego rolnika w życiu nie widzieliśmy. Swoją drogą bardzo to zdrowe, że w każdej gałęzi gospodarki można się nieźle dorobić. W wielkim domu Waltera dostaliśmy własny wielki pokój z własną łazienką. Na łóżku czekały już na nas komplety białych ręczników, a przy łóżku woda w małych buteleczkach. Po kąpieli zeszliśmy do salonu porozmawiać, a tam czekały specjalnie dla nas kupione butelki schłodzonego piwa…


Pod przeszklonym blatem stołu w salonie leżały stosy atlasów i książek podróżniczych – powód zagadania nas na stacji stał się więc jasny. Walter, starszy od nas o kilkanaście lat, wychowujący z żoną dwie córeczki, dzielił z nami pasję podróżniczą. Za miesiąc rusza w podróż swoją nowiutką terenową Toyotą. W 3 miesiące chce dojechać do Alaski. Zobowiązania służbowe nie umożliwiają mu dokonanie tego w bardziej swobodnym czasie. Dzieliliśmy się więc dotychczasowymi doświadczeniami, pokazywaliśmy zdjęcia, jednak rozmowy z czasem zataczały bardzo różne kręgi. Gdyby nie zmęczenie i konieczność wstania kolejnego dnia, z pewnością rozmawialibyśmy dłużej niż do pierwszej w nocy. Kolejnego dnia Walter poszedł do pracy dopiero wtedy, kiedy zjedliśmy razem śniadanie i mógł nas osobiście pożegnać i odprowadzić do głównej drogi. Naprawdę, mieliśmy niezwykłe szczęście poznać Waltera – od czerwca będziemy śledzić jego podróż na www.hastaalaskaentoyota.com.ar. W głowie nam się ta serdeczność, gościnność i otwartość Argentyńczyków nie mieści. A Walter i Sirvina przebili te i tak wysokie standardy argentyńskiej gościnności o poziomów tysiąc. VIVA ARGENTINA!!!!!!!!!!!!!!!!



A że od Waltera wyjechaliśmy skandalicznie późno, do Buenos Aires dojechaliśmy pod wieczór. Aglomeracja Buenos Aires jest gigantyczna, mieszka w niej co trzeci Argentyńczyk. Ruch gęstnieje, co chwilę jakieś rozjazdy, wielkie centra handlowe. A między nimi slumsy, jakich nie widzieliśmy od czasów Limy. Tyle że tutaj kontrast jest jeszcze większy. Zbudowane z byle czego domki, między nimi dzieci, palące kosze na śmieci. Autostrada natomiast kilkupasmowa, pełna samochodowych „nówek-sztuk”.
W Buenos Aires planowaliśmy zatrzymać się u Pierra i Laraunce, poznanych w grudniu podczas trekkingu w Peru, którzy podróżują po świecie na łódce. Już 6 miesięcy temu zaprosili nas do siebie. A w międzyczasie wyrazili chęć kupna naszego motoru, aby pojechać nim do Kolumbii. Pierre i Laraunce zatrzymali się łódką w Tigre, tam więc pojechaliśmy. Ale o tym już w następnym odcinku. A działo się, owszem, działo. Nawet nie mieliśmy czasu cieszyć się, że udało się bez przeszkód (deszczu, zmiany koła, awarii gaźnika itp.) po pięciu dniach od Bariloche szczęśliwie dojechać. Tym samym osiągnęliśmy cel naszej motocyklowej podróży!!!

Bariloche - Buenos Aires


Pozdrawiamy serdecznie!

Michał i Madziula

2 komentarze :

  1. Dzis napisane, dzis przeczytane. A gościnnośc Waltera owszem, nie do pobicia. jakie to krzepiace że jest jeszcze wielu bezinteresownych ludzi na tym swiecie. A Wasze obserwacje i relacje ciekawe jak zawsze. Pozdrawiam z bazy kieleckiej

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję osiągnięcia celu! A przede wszystkim gratuluję Magdzie wytrzymałości podczas jazdy w formie plecaczka:P Przede mną tez wyprawa na miejscu pasażera, trochę się tego obawiam:P a tak w ogóle śledzę Wasz blog od jakiegoś czasu, przepiękne zdjęcia i to musiała być fantastyczna podróz poślubna!

    OdpowiedzUsuń