12 sierpnia 2010



Lotnisko w Rio to jakieś dziwaczne, betonowe monstrum. Przyjechaliśmy wystarczająco wcześnie, żeby jeszcze wszystko przepakować i zmniejszyć ilość posiadanych tobołków. Problemy zaczęły się już przy check-in-ie – okazało się, że w systemie nie widzą, że lecimy do Frankfurtu/Warszawy, przez co nie mogli nadać naszego bagażu od razu do Europy. Zdziwiło nas to tym bardziej, że w Salwadorze mieliśmy tylko godzinę na przesiadkę – nawet przy małym lotnisku to nieco maławo jak na konieczność odebrania bagażu, nadania go na nowy lot i pobrania kart pokładowych. Powiedzieliśmy jednak sobie, że przecież to jeden bilet i muszą wiedzieć, co robią.

Nasz niepokój zaczął narastać, kiedy czekaliśmy już przy wyjściu do samolotu i okazało się, że mamy opóźniony samolot o nieokreśloną liczbę minut. Nasza godzina zaczęła się kurczyć i ostatecznie skurczyła się do 30 minut. Niedługo po starcie zawołaliśmy stewardessę, żeby powiedzieć jej o naszej sytuacji i zapytać, co zrobić, żeby nasza przesiadka przebiegła możliwie bezproblemowo. Myśleliśmy – nie my jedyni i pierwsi kupiliśmy taki bilet – muszą mieć na to jakąś procedurę… Stewardessa zrobiła jednak wielkie oczy i zawołała lepiej mówiącą po angielsku koleżankę. Ta jednak też wyglądała, jakby pierwszy raz spotkała się z podobną sytuacją. Powiedziała, że porozmawia z pilotem i poprosi go, żeby ten skontaktował się z obsługą naziemną i przekazał info do Condora (linii, która miała zawieźć nas do Frankfurtu), że jesteśmy na pokładzie i prosimy o sprawną koordynację. Cobyśmy szybciej wyszli z samolotu stewardessy kilka minut przed lądowaniem zrobiły niezłe zamieszanie, przesadzając ludzi i usadzajac nas mozliwie blisko wyjscia.
Już w rękawie czekały na nas dwie osoby z informacjami. A właściwie informacją jedną – że nie polecimy… Samolot stoi jeszcze wprawdzie na lotnisku, i ludzie dopiero zaczęli do niego wchodzić, ale check-in jest już zamknięty… Zostaniemy zaprowadzeni do szefowej Condora, a tam powiedzą nam co dalej. Mimo dość bezpośredniego i stanowczego przekazania nam niedobrej dla nas informacji, nie dochodziła do nas myśl, że możemy jeszcze dzisiaj nie polecieć. Tyyyyyle planów porobionych na kolejny tydzień, cała machina powrotowi nakręcona, bo już nawet nie o nastawienie chodzi… Micho wypatrzył szybko, że 1,5h później odlatuje samolot TAP,-u do Lizbony. Obie linie nijak się do siebie mają, kolejny lot Condora jest jednak za tydzień, przecież nie będą nas tu aż tyle trzymali…
Kazali nam czekać na korytarzu. Minęło 15 minut nie wyszedł do nas nikt. Minęło 30 minut nie wyszedł do nas nikt. 45. 60. Złość zaczęła przeradzać się w furię. Micho wyznaczył im kilkuminutowy deadline, po czym wszedł do biura z naszymi bagażami. Ja za nim. Nawet miejsce do siedzenia się dla nas znalazło. Szefowa Condora nie odezwała się do nas słowem, nerwowo odświeżała pocztę z częstotliwością mniej więcej raz na 10s. Ktoś w tle przebąkną, że wysłali maila do Niemiec z pytaniem, co z nami zrobić. Po 15 minutach my zaczęliśmy mówić. Kłótnia. Bo oni są bezsilni i nie mogą nic zrobić bez autoryzacji z Niemiec. A my mamy dosyć takiego traktowania. Sytuacja nasza wygląda tak, że jedyne co mogą nam zaproponować to tygodniowy pobyt w hotelu w Salwadorze. Ciężko nam w to uwierzyć. Mówimy, że musimy lecieć najpóźniej jutro, podkreślając kilkakrotnie słowo musimy. I tak wsiadamy do taksówki w kompletnie tropikalnym klimacie Salvadoru de Bahia.



Przyjezdzamy do hotelu. Emocje po drodze opadaja. Na recepcji pytaja nas do kiedy zostajemy. Mowimy ze jeden dzien, ale smiejemy sie oczywiscie, ze jak zle pojdzie, to i tydzien zostaniemy.



Hotel niczego sobie. Turystyczno-konferencyjny moloch. Brazylijskie 5 gwiazdek z trochę tandetnym luksusem i obsługą niemówiącą po angielsku. Siłownia, bilard, piłkarzyki wielki basen, plaża przez okno. Ogólnie nienajgorzej - choć w życiu nie wydalibyśmy kasy na pobyt w takim miejscu. Wolimy nasz namiot. Jedyne co było naprawdę niezłe i w tej podróży niezmiernie rzadkie to jedzenie - szwedzki stół uginający się od owoców warzyw, potraw ciepłych i zimnych. Soków różnych, mięs, ryb i makaronów do wyboru. Pierwszego dnia nie mogliśmy się kompletnie opanować - jedliśmy tyle, że ledwo zaczynaliśmy móc swobodnie oddychać po posiłku, szliśmy na kolejny.



Pierwszy dzień okazał się nie ostatnim. Condor milczał. Zostaliśmy na kolejny dzień. I na jeszcze następny. I tak do kolejnej niedzieli... Dopiero w piątek dostaliśmy potwierdzenie lotu na niedzielę. W międzyczasie dzwoniliśmy pewnie kilkanaście razy na infolinię Condora i do biura w Salvadorze. Różne rzeczy słyszeliśmy. Raz powiedzieli nam nawet, że pierwsze miejsca mają dopiero za 3 tygodnie i tyle przyjdzie nam czekać w naszych 5 gwiazdkach...



Z czasem nauczyliśmy się rozsądnie jeść i cieszyć absolutnie piękną plażą i błogim lenistwem. Dnie spędzaliśmy leżąc brzuchem do góry, pochłaniając kolejne lektury i popijając drinki różne. Bo skoro nie wydajemy nic, na Caipirinhe niejedną się uzbiera :) Czasami na spacer dłuższy się wybraliśmy. Z jednej strony całkiem fajny wypoczynek, ale zupełnie nie nasz. Dużo ciekawiej było ze smokiem. Strata czasu takie plażowanie przez tydzień w betonowej kupie.



W niedzielę przy check-inie nie obyło się oczywiście bez problemów. Nie było nas na liście pasażerów, a samolot miał komplet rezerwacji. Wstrzymaliśmy kolejkę na dobre 30 minut. Ostatecznie udało się i zasiedliśmy w niewygodnych fotelach. Po ponad 10godzinach nocnego lotu z potwornie gadatliwym Niemcem jako sąsiadem wylądowaliśmy po prawie 8 miesiącach w Europie. Z bardzo mieszanymi uczuciami. Trochę obaw przed tym jak to będzie, jak my się odnajdziemy. Trochę ogólnej niechęci. Trochę tęsknoty za smokiem. I wreszcie trochę radości, że zobaczymy już wkrótce naszych polskich przyjaciół i rodziny. Nasze fotki z Salvadoru możecie zobaczyć tu:

Salvador de Bahia

0 komentarze :

Publikowanie komentarza