14 września 2012

Do Ugandy przyjeżdża się przede wszystkim dla goryli. A precyzyjniej, dla goryli górskich, bo te nizinne można zobaczyć w innych częściach Afryki i jest ich tysiąc razy więcej niż górskich, które żyją jedynie w dwóch miejscach: w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi i w górach Wirunga. Oba te miejsca są w południowo-zachodniej Ugandzie, z czego góry Wirunga ciągną się jeszcze do Rwandy i Konga.

Goryle żyją w rodzinach, a ich odwiedzanie jest ściśle reglamentowane: jedną rodzinę może dziennie zobaczyć jedynie jedna grupa kilku turystów. Generalnie to świetnie dla goryli i świetnie dla budżetu Państwa - bo cena jaką płaci turysta za dzień spędzony na poszukiwaniu goryli i 60-minutowej ich obserwacji to 500 USD. Przepraszam - od kiedy kupiliśmy ceny już skoczyły i w Rwandzie płaci się obecnie już 700 USD. Co nie ma wpływu zasadniczo na zmalenie popytu.

My z tej przyczyny odpuściliśmy sobie tę przyjemność, choć zwłaszcza Madziula chętnie by sobie te zwierzęta poobserwowała. Podobnie wcześniej odpuściliśmy sobie czterodniowy treking w Ruwenzori ( bo to już by wyniosło koło 3000zl od łeba).

Chcieliśmy jednak w Ugandzie doświadczyć choć trochę gór i zdecydowaliśmy się na jednodniową wycieczkę w Wirundze. Łańcuch górski stanowi kilka wulkanów rozrzuconych po trzech krajach (Uganda, Rwanda i Kongo). W Ugandzie można wejść na Muhaburę (4127m), Gahingę (3474m) i Sabinyo (3674m). Oczywiście najchętniej by się weszło na najwyższy, ale zdecydowaliśmy się wejść na Sabinyo - to taki tutejszy Krzemieniec: na nim spotykają się granice trzech państw. Za bardzo tego pewnie nie czuć, ale można choć też rzucić okiem na wioski rwandyjskie i kongijskie.

Już przyzwyczailiśmy się, że w Afryce w góry od tak się nie chodzi. Trzeba wykupić bilet wstępu, jak również mieć ze sobą przewodnika wskazującego drogę i skauta chroniącego nas przed dzikimi zwierzętami. 60 usd od osoby.

Stopień trudności szlaku zmienia się proporcjonalnie do wysokości npm i wynika z naturalnej krzywizny stożka wulkanicznego.
Początek trasy to płaski spacer przez nieregularny las - dobrze można obserwować przybliżający się szczyt. Dostaliśmy specjalne gumiaki, w których dobrze się idzie przez rozmiękłe łąki. W pewnym momencie Madziula robi krok i gumiak zostaje w błocie, a Magda próbuje złapać równowagę by nie stanąć skarpetą w ciemnej mazi.

Stopniowo zwiększa się nachylenie i w pewnym momencie zamieniamy gumiaki na nasze buty górskie. Gumiaki ukrywamy w krzakach, a sami zaczynamy zasadnicze podejście. Wysokość nabieramy mozolnie błogosławiąc wysokie krzaki, dzięki którym idziemy w słońcu. Cieszymy się oczywiście, że trafił nam się prześliczny dzień bez jednej chmurki. Przez dziury w krzakach widać co raz dokładniej szczyt na który chcemy wyjść.
Gałęzie oblezione są przez pięknie wyglądające porosty - przewodnik tłumaczy nam że występują one tylko w miejscach, gdzie powietrze jest niezanieczyszczone. Oddychamy więc pełną piersią. W pewnym miejscu krzaki się kończą i wchodzimy na szczyt. Ale nie ten główny. Bo Sabinyo ma w zasadzie trzy szczyty. Po pierwszym z nich trzeba nieco zejść, by wdrapać się na drugi, po czym znów po lekkim obniżeniu atakuje się ostatni, trzeci szczyt, gdzie właśnie jest granica trzech państw. Trzy małe szczyki ustawiają sie w linię, której przedłużeniem są dwa pozostałe ugandyjskie wulkany. Przełęcze pomiędzy nimi są całkiem niskie i dla goryli nie stanowią żadnej bariery. Przewodnik tłumaczy, że goryle swobodnie przemieszczają się między państwami i akurat teraz wszystkie z tego obszaru są w Rwandzie. Pytam, czy kraje nie starają sie zwabiać do siebie goryli - bo przecież w innym wypadku ucieka im zarobek - ale przewodnik poważnie zaprzecza. Co ciekawe, on nigdy jeszcze w Rwandzie nie był. W miejscu w którym stoimi wioski rwandyjskie są równie blisko jak te ugandyjskie, z któych przyszliśmy. Nie mamy lornetki, ale tak na pierwszy rzut oka wyglądają porządniej. Blaszane dachy domów odbijają się w promieniach słońca - w Ugandzie wciąż nie są powszechnym standardem. Kiedyś musimy tam wpaść.
Podczas rozmowy o zwierzętach z przewodnikiem okazuje się, że można tu zobaczyć kameleony. Madziuli rozpalają się oczy, zaś przewodnik ze skautem zaśmiewają się z nas - jak to, nigdy nie widzieliście kameleona???

Póki co po krótkiej przerwie kanapkowej czeka nas podejście na 2 ostatnie szczyciki Sabinyo. Każdy wyższy 100 metrów od poprzedniego, problem jednak jest w nachyleniu. Zwłaszcza wejście na ostatni jest tak strome, że w zasadzie przewyższenie pokonuje się w całości po skleconych z gałęzi krzaków drabinach. Pode mną raz po jakiś czas załamuje się kolejny szczebelek owej drabinki. Muszę motywować nieco Madziulę, żeby wdrapała się dla pięknego widoku.

Na górze uzyskujemy panoramę 360 stopni. Teraz możemy rzucić okiem i na Rwandę i na Kongo. Przede wszystkim zaś na wulkany, które dalej się ciągną wzdłuż granicy rwandyjsko-kongijskiej.
Bardzo lubimy wulkany.
Pamiątkowe zdjęcie, łyki wody i w sumie musimy się zbierać. Przewodnik delikatnie pospiesza, bo według jego harmonogramu powinniśmy być już w połowie zejścia na dół.
Jak wiadomo jednak, wejście na szczyt to połowa sukcesu, drugim jest dotarcie do bazy.

Pierwsze schody to te na drabinie. Nieco łatwiej po niej wchodzić niż schodzić. Pojawia się problem znany jako "nie mam oczu z tyłu głowy", znany tutaj jako "nie mam oczu na łydkach". Tak samo jak czasem się zastanawiamy, jak koń stawia tylne łapy idąc po trudnym terenie, tak tutaj nie tak prosto schodzić po drabinie nie widząc gdzie są poszczególne szczebelki. Madziulka była więc nieco wystraszona, ale dzielnie i spokojnie pokonała trasę w dół i wkrótce wróciliśmy byliśmy już na pierwszym szczycie. Tam czekał na nas skaut, który z braku niebezpieczeństw na samej górze nie towarzyszył nam we wspinaczce na samą górę. W miedzy czasie jednak nie nudził się bardzo: postawił sobie na ambicję zaskoczyć nas i znalazł kamelona!

Słońce już tak nie pali, a wręcz schowało się za górą, jednak dopiero teraz widzimy, ile wcześniej się na maszerowaliśmy pod górę. Schodzimy, schodzimy i wciąż w dół. W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie ukryliśmy gumiaki. Zejście zakończone, ale wciąż jeszcze kilka kilometrów po tych łąkach do końca szlaku.
Zamiast tysiąca słów niech przemówi to zdjęcie.

Jako że czasem gramy w totolotka, to i teraz liczyliśmy, że może a nuż przypadkowo trafimy na goryla. Oczywiście go nie spotkaliśmy, podobnie jak dzikich słoni, przed którymi miał strzec nas pan skaut. Przez radio przewodnika dotarła do nas jednak informacja, że goryli nie zobaczyła też tego dnia grupa turystów w lesie Bwindi. Powód? Goryle trzeba odszukać. Wiadomo, gdzie się znajdowały poprzedniego dnia, więc nie jest to wielka tajemnica, niemniej żeby się do nich dostać, trzeba iść przez niełatwy teren. I tego dnia właśnie w grupie turystów jedna osoba już nie miała sił. W konsekwencji cała grupa musiała zawrócić Zwrot pieniędzy by im się należał tylko w przypadku, jakby to przewodnicy nie rady znaleźć goryli. To nam, wstyd przyznać, poprawiło nieco humory - jak dobrze, że zdecydowaliśmy się na Sabinyo, a nie te goryle!

Wycieczka na Sabinyo dała nam choć trochę możliwości spędzenia czasu poza siodełkiem motoru w górach. Nie spotkaliśmy tego dnia żadnych innych turystów na tej trasie i zastanawiamy się w sumie, czy to wynik małego zainteresowania tą trasą turystów, czy jednak również poniekąd stawek - nawet osoby z zachodniej europy się dziwiły cenom. Kwestia ta oczywiście ma wiele aspektów i chyba nie miejsce tu na nią.
W tamtym momencie byliśmy po prostu szczęśliwi, że 100 metrów od końca szlaku czekało na nas wygodne łóżeczko.

Polecamy zdjęcia!

Mgahinga NP - Uganda

A tutaj relacja filmowa:


Pozdrawiamy

Michał

P.S.:  Nasz szlak w everytrail:

Mount Sabinyo Trek

>

0 komentarze :

Publikowanie komentarza