18 listopada 2013


Zycie kazdego z nas ma swoje punkty zwrotne. Czasami przychodzi po prostu czas podjecia waznej decyzji lub dzieje sie cos zupelnie nieplanowanego, nieoczekiwanego, naglego, co wywraca nasze zycie do góry nogami. Ostatni rok przyniósł na naszej sciezce taki punkt zwrotny. Kryptonim: pelikanochomik. Nasza dwójka miała stać się trójką, świat postanowił powitać prawdziwy pelikanochomik.

Oczekiwanie na potomka to milion pytań, na które odpowiedź jest nieznana i trudna do przewidzenia. To wielka radość, niepewność - jak to w tej nowej konfiguracji będzie, duże emocje, bałagan, tajemnica. Na szczęście dziecko nie spada z nieba nagle. Jest 9 miesięcy, żeby przyzwyczaić się do tej myśli i uporządkować trochę rzeczywistość, zastanowić nad przyszłością i planami, również tymi podróżniczymi. Cieszyliśmy się na to, co nadchodzi, bardzo. Skłamalibyśmy jednak, gdybyśmy nie przyznali się do chwil żalu w naszych głowach. Żalu na to, że nic nie będzie już tak jak kiedyś, na przejazd na dwóch motorkach przez świat będzie już trudno się wybrać... Wiadomo jednak, że motorki mają swoje alternatywy, damy radę jeździć inaczej, tak, żeby całej trójce dobrze było. A póki małego na świecie nie ma, warto wykorzystać czas na ostatnie wyjazdy w duecie.

fot. Iza Gamanska, www.izagamanska.com


Chyba większość z nas miała w czasie długiej polskiej zimy marzenie o krótkiej ucieczce do ciepłego miejsca, żeby choć na chwilę wystawić twarz do słońca i nie zakładać na siebie pięciu warstw swetrów, koszulek i podkoszulek. Spędziliśmy pierwsze od dawna rodzinne święta, spojrzeliśmy na mapę pogodową Europy i ponieważ najwyższymi temperaturami i bezchmurnym niebem mogła pochwalić się tylko Hiszpania, katapultowaliśmy się z dnia na dzień do Katalonii.



Rewelacja. Wypozyczylismy samochód i od miasteczka do miasteczka przesuwaliśmy się wzdłuż wybrzeża w stronę granicy z Francją. Pomarańcze rosnące na drzewach, słoneczne dni, owoce morza i urokliwe miasteczka na pagórowatym wybrzeżu. Najbardziej urzekły nas okolice, które były również słabością Salvadora Dali- Cadaques i Port Lligat oraz Calella, Llafranc i Tamariu. Całe dnie spędzialiśmy na spacerowaniu pomiędzy miejscowościami z przerwami na posiedzenie na piasku. Zamoczyliśmy stopy w wodzie, Michał zaliczył nura w Llafranc, poznaliśmy przemiłą rodzinę peruwiańską, która zaprosiła nas na Sylwestra. Było spokojnie, trochę emerycko, ale i idyllicznie.


 I pewnie wrócilibyśmy z Hiszpanii z takimi wspomnieniami zimowej Katalonii, gdyby nie kolejny punkt zwrotny. W słoneczny dzień, na malutkiej, prostej, asfaltowej drodze łączącej dwie wioski, z prawie zerowym ruchem, mieliśmy wypadek. Okoliczności, w jakich wydawać by się mogło, nie prawa nic się stać. Mi (Magdzie) nic poważnego się nie stało, Michał w ciężkim stanie trafił na długie tygodnie do szpitala. Świat się zawalił. Niechętnie wracam do tamtych emocji, nie czas to i miejsce, żeby się rozpisywać. NAJważniejsze, że ta trudna historia ma swój happy end. Dostaliśmy drugą szansę, drugie życie. I jesteśmy od czerwca w trójkę (!!!), zdrowi (!!!) i totalnie zakochani w naszym wspaniałym Ignaśku :DDDD


Wiecie co między innymi obiecaliśmy sobie w tamtym czasie? Że skoro najbardziej w świecie lubimy razem-bycie musimy zrobić coś, co znowu umożliwi nam przez jakiś czas być 24h na dobę w jednej przestrzeni. Nasza obietnica wchodzi właśnie w końcową fazę prac przygotowawczych. Ale o tym wkrótce - będzie o czym pisać :)

Katalonia

Magda

3 komentarze :

  1. Ależ Ignacy wyrósł od naszego spotkania! Widzę, że już nawet w śpiochach nie chodzi tylko w koszulach z kołnierzykiem! Elegancko! :)

    Nie możemy się doczekać szczegółów waszych planów!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta druga szansa po coś została Wam dana. Teraz nie ma co rozmyślać tylko łykać świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wlasnie robimy, lykamy najbardziej jak sie da :]

      Usuń