1 listopada 2016



Wypaśne Landcruisery strzelają drogę z Duszanbe do największego miasta Pamiru - Chorogu w jeden bardzo długi dzień, frunąc nad milionem dziur. Łazik fruwać nie umie, musieliśmy więc na tych jamach wielkości wszelakiej trochę poskakać. I skacząc tak za 182 razem coś trachnęło. Bardzo głośno trachnęło. Zatrzymaliśmy się, zajrzeliśmy pod spód, niby wszystko na pierwszy rzut oka OK. Auto jedzie. Ale jest ewidentnie obniżone po stronie kierowcy. I skacze na dziurach jak gdyby próbowało odbić się i do chumr doskoczyć. W Chorogu weryfikujemy przyczynę huku. Jedna z części zawieszenia, lokalnie zwana tarsjonką, złamała się na pół. Zastępnika nie znajdziemy, jedyna opcja to poszukać pomocy u spawacza. No więc spawamy. Spawacz jest z siebie bardzo zadowolony. „Spokojnie, do Berlina dojedziecie” - orzeka. No niestety, ąż tak dobrze nie jest. Nie dojeżdżamy do hotelu. Spawamy drugi raz. „UUU teraz to do Portugalii nawet możecie jechać”. Mamy kolejny dobry powód [poza chęcią przetestowania reakcji dzieci na wysokość], żeby rozpocząć przygodę z Pamirem od kilku dni w dolinie Szachdary.

No to jedziemy!

Trasa wspina się powoli, jak to drogi wzdłuż rzeki. Przystajemy w różnych miejscach, robimy spacery, dłuższe przerwy obiadowo – zabawowe. 30 km za Chorogiem słyszymy znowu znany nam łomot w zawieszeniu. Jakaś bliska Chorogu ta tadżycka Portugalia. Humory co tu dużo mówić nietęgie. Zastanawialiśmy czy wysokość pozwoli nam pokonać drogę przez Pamir do Kirgistanu, a tymczasem nie wiemy czy nasze zawieszenie podoła na bezdrożach płaskowyżu. Znajdujemy „swarkę”, czyli spawacza i od nowa przechodzimy cały proces. Zlecamy jednocześnie poznanemu Azerowi w Duszanbe poszukiwania części. I ruszamy dalej.

Mniej więcej w połowie doliny jest jeziorko Drum Kul, do którego chcemy się przejść. Możemy wreszcie zrealizować nasz plan górskiej wycieczki, aklimatyzując się jednocześnie lepiej na wysokości przekraczającej trochę 3000 mnpm. Pakujemy na plecy dwa nosidła, przekąski, i niezastąpiony rower biegowy i zaczynamy! Pięknie jest. Ścieżka wspina się początkowo wśród pól i pastwisk, po czym pokonuje jedno wzniesienie i JEST! Słońce oświetla turkusową taflę jeziora podkreślając jego obłędny kolor. Dookoła strome, skaliste zbocza gór, jest cicho i niewyobrażalnie pięknie. Ochy, achy! Nad jeziorem robimy dłuższy postój. Chłopcy bawią się wodą i kamykami, my kładziemy się, wystawiamy twarze do słońca i oddajemy się błogości. Zero myśli, spokój i zachwyt. Chwilo trwaj. Piękne chwile mają to do siebie, że kończą się niestety za szybko. Czas wracać, żeby dojść do samochodu przed zmrokiem. Ignaś trochę szczęka zębami, bo zaliczył niekontrolowaną kąpiel w ciuchach w lodowatej wodzie jeziora, a niemowlęcy polarowy kombinezon Tymka nie daje mu tyle ciepła co normalne ciuchy. Idziemy więc żwawo. Po pół godzinie marszu, Michał orientuje się, ze nie wie gdzie są kluczyki do samochodu. Przewala kilka razy cały nasz bagaż. To samo robię ja. I znowu Michał. Jeszcze raz ja. Rozstąp się ziemia, klucz przepadł. I choć bardzo bardzo chcemy go w tej małej kieszonce na zamek znaleźć i oczami wyobraźni już go tam widzimy, niestety wyobraźnia rzeczywistością być nie chce. No nie ma.

Są tacy ludzie, którym takie historie zdarzają się raz w życiu i stają się rodzinnymi legendami. Nam zdarzają się często. Ciężko zliczyć ile razy podobne wypadki mieliśmy i plus tego doświadczenia jest taki, że ... zahartowaliśmy się:) Ciśnienie nam nie skacze, ręce nie opadają, humory nie siadają. Wyrzutów też żadnych nie ma, bo ani one niepomocne w takich chwilach, ani żadno z nas nie czuje się uprawomocnione do zarzucania drugiej osobie tego, co jest obiektywną słabostką obojga nas. Łyk wody i krótka burza mózgów co robić. Nazad! Ja czekam, a Michał wraca nad jezioro, poszukać klucza w kamykach. Nie ma. Idziemy więc dalej do łazika wpatrując się nachalnie w mijane pod stopami kamyki. Nawet nie wiecie ile kamyków klucze przypomina! Dalej jednak wyobraźnia nie chce stać się rzeczywistością, a kamyk auta nie otworzy. Przynajmniej nie zamka. Pytamy wszystkich ludzi pracujących jeszcze w polu o klucz. Może jakimś cudem znaleźli. Klucz staje się problemem społeczności. Ludzie o tym rozmawiają, wysyłają dzieci do poszukiwania naszego klucza. A ten dziad wziął i przepadł. Dochodzimy do łazika i zanim odpowiemy sobie nawzajem na pytanie: „co teraz?” znajdujemy klucz w drzwiach pasażera. [Fanfary] Matulu, dlaczego kolejny raz...?

"W Derhy są gorące źródła" mówią lokalni ludzie. "Lecznicze". Robimy przy nich kolejny postój. Takich gorących źródeł jeszcze nie widzieliśmy. Gorąca woda na łące wytryskuje w kilku miejscach. Ludzie podjeżdżają tam autami, wyciągają z bagażnika łopatę, wykopują dół, z szlamikiem na dnie i moczą się. Jest też kilka dołów obłożonych kamieniami – to baseniki. Akurat jeden się zwalnia, nie wyciągamy więc naszej łopaty, wchodzimy do nory z ciepłą wodą już istniejącą. Cudnie jest!

Tuż za Derhy, w Jawshanguz, kończy się dolina, tam planujemy nasz ostatni nocleg przed przełęczą na 4200. Jesteśmy na 3500, jedziemy już 5 dzień i jest dobrze. Dzieci znoszą wysokość dobrze, wygląda na to, że pamirskie marzenie staje się realne. Chyba możemy zacząć się cieszyć całymi serduchami na to co nas czeka.

W ciągu godzinnego spaceru po wiosce i okolicznych polach dostajemy trzy zaproszenie na nocleg do domu. Bardzo serdeczne i bezinteresowne, bo taka jest pamirska tradycja – pomóc podróżującemu. Piękne to. I trudne jednocześnie. Nasz gospodarz oferuje nam nie tylko pokój w domu, ale i jedzenie, pełne wyżywienie, odrzucając stanowczo propozycję zapłaty. Dzieli się wszystkim, co ma, a żyje w prostych warunkach i bardzo surowym klimacie. - Mam wszystko czego potrzebuję – mówi – Nic mi nie dawajcie, jestem szczęśliwym człowiekiem, nic od Was nie chcę. Jakie zachowanie jest dobrym zachowaniem? Gdzie jest granica pomiędzy gościnnością, kurtuazją, a naszą jako turystów odpowiedzialnością? Dzielimy się owocami, których jego dzieci pewnie na co dzień nie jedzą, dziękujemy 100 razy za gościnę i wsuwamy pod materac banknot w nadziei, że go nie urazimy. Bo że się mu przyda to wiemy na pewno.

Następnego dnia czeka nas przełęcz i kolejny test wysokości. Krajobraz zmienia się, otwiera, góry stają się coraz mniejsze mino że otaczają nas 5-tysięczniki. Wjeżdżamy na Marsa, Boliwijskie Altiplano. W oczach łzy szczęścia, chciałoby się to wszystko nagrać w mózgu i wciskać replay i replay i replay, wieczorem, w nocy i jeszcze 100 razy po powrocie. A to dopiero przecież początek. Jak dzieci? Oczy doszukują się w nich objawów, stres żołądek zaciska. Ale nic złego się nie dzieje. Jest dobrze. Tuż za przełęczą śmiejemy się i bawimy, trochę jakbyśmy świętowali, że daliśmy radę. Nasz plan powiódł się. Jeśli zrobimy to samo jadąc kolejną doliną na płaskowyż, przejechanie Pamiru powinno się powieść - w zdrowiu i pełnej radości z przebywania w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Zjeżdżamy w dół. Widzimy już w oddali asfaltową drogę, słynny Trakt Pamirski. Droga tymczasem robi się coraz gorsza. Skaczemy, toczymy się w tempie piechura. Najtrudniejsze czeka nas jednak przed samym dojazdem do drogi – rzeka. Wody jest na tyle dużo, a nurt rwący, że boimy się w nią wjechać. A mostki? Pierwszy zawalony, drugi też. Jest jednak trzeci. Jeszcze się trzyma, tylko wjazd i zjazd z niego jest mocno sfatygowany. Usypujemy wjazd z kamieni, wzmacniamy też konstrukcję zjazdową. Mierzymy, analizujemy, powinno się udać. Ja pilotuję, Michał jedzie. Udaje się. Uff. Jak to dobrze, ze przyjechaliśmy od tamtej strony, bo gdybym zobaczyła taki początek trasy szutrowej, zjeżdżając z asfaltu, w życiu bym się na ten przejazd nie zgodziła. Jeszcze tego samego dnia jesteśmy w Chorogu. Jeden z najlepszych tygodni w naszym życiu za nami.


A swarka? Swarka dojechała w całości. I dobrze, bo nasz zaprzyjaźniony Azer części w Duszanbe, Dubaju, Moskwie ani Niemczech nie znalazł. Do Kirgistanu przez Pamir ruszymy więc na zespawanym zawieszeniu.

pierwszy nocleg w dolinie Szachdara


Swarka zawieszenia

Dodaj napis

Ruszamy do jeziora Drum Kul


A to już jeziorko.




Panowie upolowali świstaka. Twierdzą, że pyszny!

Odsłaniają się szczytu Karla Marxa i Engelsa

Gorące źródła w Derhy




Domek naszego gospodarza w Jawszanguz




Wspinamy się na przełęcz



Pierwszy widok na pamirski płaskowyż








2 komentarze :

  1. Pięknie opisane. No i emocje czytelniczkę tez biorą, bo przygód macie co niemiara...

    OdpowiedzUsuń