Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KLR650. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KLR650. Pokaż wszystkie posty

13 lutego 2010



Wieści z warsztatu przed weekendem nie nadeszły. Postanowiliśmy więc wykorzystać jakoś pożytecznie czas oczekiwania na motor i zobaczyć to co planowaliśmy autobusem i jakoś elastycznie reagować na rozwój wydarzeń.
Autobus do Cochabamby jedzie 7 godzin: pierwsze 3 na południe po płaskowyżu w kierunku Oruro, po czym odbija na wschód i górzystymi terenami zjeżdża do doliny w której znajduje się Cochabamba (2500m npm). Miasto to ma ponad pół miliona mieszkańców i należy do największych i najważniejszych w Boliwii. W przeszłości dzięki sprzyjającym warunkom naturalnym odgrywało wielką rolę jako producent żywności potrzebnej do wyżywienia górników z Potosi (o którym będzie mowa jak tam dotrzemy).
Wszystkie ambitne nasze plany efektywnego wykorzystania czasu spaliły na panewce. Zatrucie jedzeniem w drodze do Cochabamby spowodowało, że pierwszy dzień w mieście upłynął pod znakiem odzyskiwania sił i chęci do życia. Nie oznacza to jednak, że nie udało nam się wyrobić pierwszej opinii na temat tego miejsca.
Uderzył nas rozdźwięk pomiędzy poszczególnymi częściami miasta. Nasz hotel znajdował się w centrum miasta. Niedaleko piękny główny plac gdzie koncentruje się życie towarzyskie, od którego odchodzą zwykłe uliczki ze swoimi specjalizacjami (z kluskami, z łóżkami, z zakładami pogrzebowymi, z fryzjerami itd), w drugą stronę idąc dojdziemy do wielkiego targu, tłocznego i chaotycznego. Wszędzie jak to zwykle bywa sprzedawcy świeżo wyciskanych soków pomarańczowych, kramów typu 1001 drobiazgów, pucybutów itd. Boliwijski standard. W zasadzie jesteśmy tak przyzwyczajeni do tego typu widoków, że dopiero ostatnio przeglądając nasze zdjęcia do nas dotarło, że tego zwykłego życia jakoś nie uchwyciliśmy do tej pory.
Na wieczór jednak wreszcie przyszedł apetyt i postanowiliśmy zjeść coś odmiennego od naszej typowej diety. Pomimo że z mapy wynikało że aby skosztować perskiego kebaba będziemy musieli przejść stosunkowo duży kawał drogi, postanowiliśmy się przespacerować. W ten sposób zobaczyliśmy zupełnie inną Cochabambę. Bogatszą, czystszą spokojniejszą. Ze schludnymi domkami jednorodzinnymi , z nowymi apartament owcami, z kawiarniami wypełnionymi ludźmi o europejskich karnacjach, z kinopleksami, wieżowcami, ambasadami itd. Przejście jednego miasta w drugie jest stosunkowo płynne, jednak bardzo znaczące; odnosi się wrażenie, że jedni drugim w drogę sobie nie wchodzą.
Pyszny kebab tak nam posmakował, że następnego dnia postanowiliśmy spróbować włoskiej pizzy (co zazwyczaj jest dosyć ryzykowne w Ameryce Południowej) pieczonej w okolicy i znów się nie zawiedliśmy. Dodatkowo, już bliżej naszej bazy, udało nam się znaleźć kawiarnię z bezprzewodowym Internetem która serwowała przepyszne śniadania. W ten sposób Cochabamba zostanie nam w pamięci jako kulinarna rozpusta.
Wyrzuty sumienia spowodowane zbyt dużym czasem spędzonym w kafejkach internetowych próbowaliśmy nadrobić zwiedzając lokalne atrakcje turystyczne – piękne kościoły (wszystkie zamknięte), jak i wzgórze na którym ustawiono figurę Jezusa Chrystusa, troszeczkę wyższą niż ta w Rio, jednak obawiam się że nie dorównującą jej pod względem lokalizacji i widoku jaki oferuje na miasto.

Z ciekawostek, w czasie spaceru po największym targu Cochabamby podeszło do nas 6 (!) policjantów na raz i poprosiło w dość niemiły sposób o nasze paszporty. Słyszeliśmy wcześniej historie o nieprawdziwych policjantach żądających od turystów okazania paszportów, po to, żeby je ukraść. Powiedzieliśmy im więc, że na ulicy im nie pokażemy i że jeśli chcą je zobaczyć chodźmy po najbliższego posterunku policji lub do naszego hotelu. Zgodzili się. Po może 2 minutach marszu, krótko się ze sobą naradzili, po czym powiedzieli nam, że jednak z nami nie pójdą i że następnego dnia mamy przywieźć do urzędu imigracyjnego kopię paszportu i karteczki imigracyjnej. A jak tego nie zrobimy będą nas szukać po całym kraju, a konsekwencje będą poważne. I tak się rozstaliśmy. Po powrocie do hotelu opowiedzieliśmy całą historię i spytaliśmy się co robić, co oni na ten temat myślą. Nasz przemiły recepcjonista (naprawdę fajny Hostel - Florida) stwierdził, że nie ma co się przejmować, dobrze zrobiliśmy, to raczej byli oszuści i do urzędu imigracyjnego jechać nie musimy. No więc o sprawie zapomnieliśmy. To nie koniec historii... Kiedy już ruszyliśmy z Cochabamby autobusem do La Paz przy wyjeździe w miasta zatrzymała nas policja. Do autobusu wszedł policjant przedstawiając siebie jako Policja Imigracyjna i nie muszę już chyba dodawać, że była to znana nam twarz... Podszedł do nas poprosił o paszport i karteczkę, sprawdził tylko Madziulowy i zapytał czy w drugim jest to samo. Unikaliśmy wymiany spojrzeń jak tylko się dało, udzielenie odpowiedzi na jego pytanie musiało sie jednak skończyć spojrzeniem w oczy. Rozpoznał nas natychmiast. Zaśmiał się i powiedział: Ha, my się już znamy! My mniej szczęśliwym tonem, że tak... A on, że dziękuje nam za paszporty i życzy przyjemnej jazdy. Jeszcze tylko przez krótkofalówkę zgłosił, że nas spotkał i wyszedł z autobusu. Chyba jednak był policjantem "prawdziwym"... :P
W okolicach Cochabamby znajduje się szereg ciekawych miejscowości, które planowaliśmy zobaczyć. Jednak odkładanie wycieczki z dnia na dzień sprawiło, że nie było nam w końcu dane odwiedzić którąkolwiek z nich. A wszystko przez motor. Tzn przez jego brak, a także przez informacje które do nas napływały.
Dostaliśmy wiadomość, że motor będzie gotowy na sobotę. Hmm. Pomyśleliśmy sobie, że w takim razie z Cochabamby pojedziemy na weekend zobaczyć karnawał do Oruro , po czym wrócimy się do La Paz po motor, który odbierzemy w poniedziałek i ruszymy na południe (znów przez Oruro). Jednak w czwartek wieczorem, kiedy to planowaliśmy następnego dnia wyskoczyć wreszcie do miasteczek w pobliżu Cochabamby, nadszedł z warsztatu email, że motor już jest gotowy do odbioru (plus informacja o cenie bez informacji co było nie tak). Cóż, gdybyśmy wiedzieli wcześniej, wrócilibyśmy się do La Paz, załatwili w piątek ostatnie sprawy i pojechali z całym dobytkiem do Oruro, bez konieczności wracania się później do La Paz. Tu jednak drugie zaskoczenie: chwilę po tym jak napisałem, że zjawimy się w poniedziałek, nadeszła odpowiedź, że z powodu karnawału warsztat dopiero będzie otwarty w środę.
Nie mieliśmy więc wyboru. W piątek z rana pobiegliśmy na dworzec autobusowy aby zdążyć w La Paz odebrać motor przed końcem dnia. I tutaj kolejny raz Boliwia dała nam popalić. Podczas gdy kilka dni wcześniej zapłaciliśmy za bilet z La Paz 20bs, tak teraz ceny oszalały i za najtańszy trzeba było zapłacić 40bs (w tej samej klasie). Dodatkowo mnóstwo osób na dworcu i często bilety dopiero na trzeci czy czwarty kurs odchodzący za 2h. I tutaj zostaliśmy wykorzystani przez jedną z firm, która postanowiła uruchomić dodatkowy kurs widząc jak wielkie jest zapotrzebowanie. Pierwszy autobus odjechał miał podjechać drugi, nasz. Autobus zjawił się jednak dopiero 45 minut później, a ruszył za kolejne 45 minut, kiedy udało się sprzedać ostatni bilet. Byliśmy wściekli za okłamanie nas, bo tym razem naprawdę nam zależało na czasie. Dodatkowo, Ci kupujący na końcu (a więc CI co nie stracili nic swojego czasu) zapłacili mniejszą cenę. Tego bardzo nie lubimy.
I tutaj zakończę ten wpis, który piszę w autobusie. Mamy nadzieję, że uda nam się zdążyć odebrać motor jak tylko dojedziemy do La Paz (a warsztat na końcu miasta), no i oczywiście że wszystko z nim w porządku.
A jutro Karnawał w Oruro. Spodziewamy się przywieźć stamtąd ciekawe zdjęcia. Póki co dzielimy się tym co zobaczyliśmy w Cochabambie:
Cochabamba

Pozdrawiam
Michał

7 lutego 2010



Nasz przewodnik z pampy polecil nam 3 biura, które organizują dżunglę w ciekawy i odpowiedzialny sposób. Bardzo nie chcieliśmy bowiem powtórki z pampy. Jedno z nich to słynny Chalalan Lodge, o którym słyszeliśmy już wcześniej, i do którego bardzo chieliśmy pojechać, ale luksusowe ceny nie do końca współgrają z naszym skromnym budżetem. Pojedziemy tam jak będziemy dziadkami w białych skarpetach z business classy.

Pozostałe dwie propozycje były zdecydowanie tańsze, wciąż jednak drogie - 60USD za dzień. Nazywały się - Berranco del Madidi i Madidi Travel. Berranco del Madidi ma swoje obozowisko głęboko w dżungli, a wycieczka z nimi dostosowana byłaby w 100% do naszych potrzeb. Kusiło bardzo, ale stwierdziliśmy, że za drogo. W dosyć mocno zrezygnowanych humorach poszliśmy do pierwszego biura z brzegu i zupełnie bez przekonania zarezerwowaliśmy 3-dniową wycieczkę do dżungli. Stwierdziliśmy, że nie ma najmniejszego sensu tracić dużo czasu na porównywanie ofert itp itd, bo i tak na 99% zostaniemy sprzedani. Przykre to trochę, że rezerwujemy wycieczkę do miejsca, na które tak bardzo się cieszyliśmy, i jesteśmy smutni. Oboje mieliśmy poczucie, że chcemy z Rurre uciekać. Jak najszybciej. Jako, że jednak przez porę deszczową dojazd do ciekawych parków narodowych z boliwijskiej dżungli jest mocno utrudniony, a w wielu przypadkach niemożliwy, sprawa była prosta - jeśli chcemy zobaczyć dżunglę, to jest to właśnie nasza ostatnia szansa. Obiecaliśmy sobie, że postaramy się cieszyć i negatywnie nie nakręcać, i poszliśmy się dobrze dla poprawy humoru najeść.

Następnego dnia okazało się, że zostaliśmy oczywiście sprzedani i jedziemy do dżungli z Fluvial Tours. Z parą Szwajcarów, którzy jadą na dwa dni - na conajmniej dwóch spacerach w dżungli będziemy więc mieli przewodnika tylko dla siebie. O ile wycieczka na pampę polegała na wożeniu tyłka łódką, w dżungli mieliśmy chodzić. Po 3 godzinach w łódce mieliśmy dobić do brzegu rzeki Tuichi, po czym po 10 minutach marszu mieliśmy dojść do naszego obozowiska pośrodku dżungli. I tak też się stało. Po drodze minęliśmy jeszcze ścianę, którą lubią się żywić piękne czerwone ary (siedziały na niej akurat 4) i spotkaliśmy całe stado kapibar!



Zapowiadało się super.

Obozowisko nasze proste było. Kilka chateczek ze zbitych desek z prostymi pryczami i moskitierami, jadalnia i łazienki. Elektryczności brak. Zjedliśmy pyszny obiad i kiedy chcieliśmy wyruszyć na pierwszy spacer, przyszła burza z oberwaniem chmury. Ucięliśmy sobie więc z Machencjuszem drzemeczkę, po czym obudził nas o 16 przewodnik, że deszcz przeszedł i idziemy.

Ogólnie rzecz biorąc, nasz pobyt w dżungli polegał na ciągłym chodzeniu, co naprawdę bardzo się nam podobało. I tak po śniadaniu, obiedzie, a czasami nawet po kolacji wychodziliśmy na 3-4 godzinny spacer. Zwierząt wielu nie widzieliśmy. Żeby zobaczyć te słynne jaguary, czy też pumy trzeba albo mieć wielkie szczęście albo wybrać się w głąb dżungli. Bo jak powiedział nam Eriberto - nasz przewodnik - bardzo dużo ludzi polowało na jaguary i pumy w okolicach rzeki Tuichi i kociaki wyniosły się głębiej w góry. Udało nam się jednak zobaczyć małego żółwia lądowego, dziką świnię, która wygląda trochę jak dzik, trochę małp, stada czerwonych ar, wiewiórki i całą masę różnego rodzaju owadów - głównie mrówek, ale tez żuki, gigantyczne pasikoniki i przeróżne pająki. Wszystkie historie opowiadane na temat tych wszystkich mapotykanych stworzeń były przeciekawe. Jako, że najwięcej spotykaliśmy mrówek - najwięcej słyszeliśmy właśnie o nich :) I tak widzieliśmy mrówki giganty wielkości połowy mojego palca z bardzo ostrym jadem. Mrówki, które kradną jaja innym owadom; mrówki ogniste, których jad w odpowiednim natężeniu może zabić człowieka, mrówki zbierające liście i składające je w swoich gniazdach i niepozorne mrówki Madidi, które tworzą mrowiska na gałęziach drzew.



Mnóstwo nasłuchaliśmy się też o dżunglowej florze. Eriberto dzielił się z nami wiedzą przekazywaną od pokoleń odnośnie właściwości toksycznych i kuracyjnych roślin. Co 20-50-100 kroków zatrzymywał się koło jakiejś rośliny i coś mówił. Że na przykład to drzewo pachnie jak czosnek. Urąbał kawałek kory i rzeczywiście - żywy czosnek!!! A to jest cedr, a te czerwone korzonki znakomicie leczą anemię, a jak się ugotuje tę korę z tą lianą - można wyleczyć każdą biegunkę! Był też antybiotyk lasu, który leczy też alergie skórne, najdroższe drzewo świata, którego unikalność tkwi w pięknej kolorystyce i trwałości drewna, trujące drzewo, którego 3 krople wystarczą do zabicia człowieka, a Indianie nasączali jego sokiem strzały do zabijania zwierząt i siebie nawzajem. I drzewo kauczukowe było - rzeczywiście jego płyn staje się po 2 minutach jak mocny klej! I liany, z których pić wodę mineralną można! Niezwykle to wszystko ciekawe. Spacery mijały nam niezwykle szybko. Na każdym kroku było coś! A nawet jak nie było "nic" - były dźwięki, niesamowicie przejmujące odgłosy dżungli.



Niezwykła była też w tym wszystkim osoba naszego przewodnika. Taki człowiek buszu, z siódmym zmysłem i niesamowitą pasją. Byliśmy pewnie jego milionowymi klientami, a on tak osobiście do nas podchodził i taaak starał się nam jak najwięcej pokazać. Nie do opisania było jako przejęcie, jak wypatrzył jakąś papugę w koronie drzewa i starał się nam dokładnie wskazać, gdzie też ona jest. Albo jak biegliśmy przez krzaki, bo właśnie chancha, czyli ta dzika świnia, gdzieś w oddali gałązkę złamała... Oczy wielkie, 7. zmysł na pełni obrotów i natychmiastowa teoria - są 50 metrów od nas, jedzą, pójdą pić, musimy iść na zachód. Maczetą sru, sru - parę roślinek i przejście jest, biegiem! I dogoniliśmy w końcu te chanche i zobaczyłam jedną. Machencjusz był za mną i nie zdążył. Ależ Eriberto się cieszył, że się udało!!!! Niesamowite było też jak starał się nam tarantulę pokazać. Tworzył sobie maczetą cienki, elastyczny patyk i wkładał go delikatnie do gniazda. Mieszane tu miałam trochę uczucia, ale aż z uśmiechem myślę o tym cierpliwym, delikatnym, szepczącym Eriberto: "No quiere salir, no quiere..." (Nie chce wyjść, nie chce...). I w końcu wylazła taka jedna. Z dzieciakiem :)



I to nam się właśnie w dżungli podobało. Wszystko było poznawaniem i podglądaniem, obserwacją. Nic nie było oczywiste, nic nie było wiadome. Wszystko było dane, wychodzone, wszystko wynikało ze szczęścia. Wszystko było prawdziwe, mimo że często napotykaliśmy na niewyobrażalne wcześniej rośliny.



Doświadczenie dżungli troszkę popsuła mi angina, przez którą ominął mnie jeden ze spacerów. Oboje wyjeżdżaliśmy z niedosytem i mocnym postanowieniem powrotu do dżungli. Następnym razem, jak wrócimy do Ameryki Południowej pójdziemy w las z plecakami. Upał i niewyobrażalnie wysoka wilgotność na pewno da się w czasie takiego trekingu we znaki, ale my wyzwyania lubimy. A nagroda w postaci doświadczenia jest bezcenna.

Wracają łódką przeleciało jeszcze niedaleko naszych głów 6 ar. Na piękne pożegnanie. W Rurre byliśmy o 16 i zdecydowaliśmy, ze poczekamy do jutra i wyjedziemy z samego rana, coby jak najwyżej zajechać i dać sobie noc na aklimatyzację. Wieczór spędziliśmy leniwie.

Następnego dnia udało się nam jak na nas naprawdę rano zebrać. Zajechaliśmy jeszcze do apteki po kolejną dawkę leków na moje gardło i do mechanika, gniazdko do GPS naprawić. Nie ujechaliśmy daleko, kiedy motor znowu zaczął się krztusić. I tak krztusząco się dojechaliśmy do Yucumo, prosto do mechanika. Naszego nie bylo, wiec zajechalismy do innego. Ten po godzinny majsterkowaniu stwierdził, że gaźnik był brudny i coś ze sprzęgłem nie tak. Ale wszystko naprawił. Machencjusz pojechał więc na jazdę próbną. I dupa. Dalej to samo. Mechanik na to, że przypuszcza w takim razie, że mamy problem ze sprzęgłem, ale do La Paz spokojnie dojedziemy. Spory dystans mieliśmy do jego gwarancji, ale postanowiliśmy spróbować. I nie ujechaliśmy 8 km kiedy zaczął się krztusić i dusić naprawdę ostro, po czym na 10km zgasł i odpalić już nie chciał. Zdjęliśmy stroje, usiedliśmy na ziemi i po prostu milczeliśmy. I po raz pierwszy raz pomyślałam sobie, że mam tego dość. Bo ileż można mieć cierpliwości do smokowych kaprysów... Daje nam tyle pięknego, ale i tak w dupę jednocześnie.

Po kilkunastu minutach zaczęliśmy rozmawiać. Bo przecież coś zrobić trzeba. Nie rozdzielamy sie, to pewne. Machencjusz optuje za łapaniem cieżarówki z stronę La Paz, z miejscem na motor oczywiście. Ja za próbą sturlania się do Yucumo, do którego mamy może 10km. Tam przynajmniej ludzie będą. Może coś doradzą. Łatwiej będzie złapać transport do La Paz, zagadać. Siedzimy i czekamy. Ruch boliwijski, czyli żaden. Machenjusz odwraca się w końcu i zrezygnowany przygląda cóż to się stać mogło. I zauważa, że gaźnik odapdł... Przykręcamy go i motor odpala! Jest więc nadzieja na sturlanie się, bo próbować jechać w stronę La Paz nie mamy minimalnej ochoty... Udaje się. Jest głównie z górki, więc sporo na luzie, z gasnącym co chwilę silnikiem dojeżdżamy do Yucumo. Po drodze zatrzymujemy się przy kontroli antynarkotykowej zapytać się, jak możemy przetransportować się wraz z motorem do La Paz. Policjanci mówią, że najłatwiej będzie autobusem. Motor do bagażnika się swobodnie zmieści...

Dojeżdżamy do "centrum" Yucumo, stoją właśnie 3 autobusy. Pytamy, czy zmieszczą motor i jeden mówi, że tak. Łatwie to nie jest. Odpinamy wszystkie bagaże, odkręcamy przednie koło i z najwyższym trudem z pomocą kilku mężczyzn wciskamy moto do bagażnika.

Kierowca przywiązuje go wieloma linami, żeby się nie wywalił i ruszamy. My nie mamy miejsc siedzących, mamy dostać w jednej z kolejnych miejscowości. A płacimy jak Ci z miejscami siedzącymi.

W połowie drogi, na postoju, wołają Machencjusza i mówią, że za motor też trzeba zapłacić. 300Bs, czyli jakieś 150zł. Kwota niewyobrażalnie wysoka jak na te warunki (szesciokrotnie wiecej niz bilet). Micho odchodzi, mówiąc, że musi to ze mną skonsultować. Postanawiamy, że spróbujemy się jak najdłużej to tylko możliwe kontynuować wymigiwanie się. Szybko jednak wybucha awantura. Zatrzymują autobus i mówią, że wywalą motor, jak zaraz nie zapłacimy. Otwierają pokrywę bagażnika, podłoga w benzynie. Pewnie przez korek się wylała od tych giga dołów. Płacimy kierowcy 150Bs i jedziemy dalej. Ze smokiem. Uff.

Po 9 godzinach jazdy, o północy dostajemy miejsca siedzące. I padamy. W życiu tak dobrze nie śpi mi się na siedząco. Nawet nie próbuję wgramolić się na kolana Machencjusza. Śpię jak zabita. Budzi mnie tylko zimno w nocy. Wyjeżdżamy na przełęcz na 4700mnpm. A my w T-shirtach i spodniach motocyklowych. Nakładamy kurtki motocklowe ale to za mało...

W La Paz jesteśmy ok 6.30. Kierowcy obrażeni, że tak mało zapłaciliśmy nie chcą nam pomóc nam wyciągnąć z bagażnika motoru. Pomaga jeden z nich i spotkany jeszcze w dżungli Belg z Francuzem. Koło przykręcone, motor stoi. I wszystko się wyjaśnia. Przy upychaniu motoru w bagażniku przywalili nim mocno w metalowe słupy i ..... zrobili dziurę w baku.... Stąd wyciek. Dodatkowo mamy połamane drugie i ostatnie lusterko i uszkodzony kierunkowskaz... Mamy na tyle dość, że średnio się tym przejmujemy. Chcemy już odstawić ten motor do mechanika i znaleźć się w łóżku w hostelu. Musimy jednak jakoś do tego hostelu/mechanika dojechać. Na szczęście z dworca autobusowego do hostelu jest głównie z górki. Szansa więc jest. Zjeżdżamy na sam dół, do głównej ulicy La Paz i rodzi się zagwozdka - do hostelu musimy podjechać kawałek pod górę. Mamy do wyboru dwie drogi. Prostą i krótką, ale pod prąd. I krętą z dużymi stromiznami, których nie pokonamy na 90%. Wybieramy opcję pod prąd. Jest rano, nie ma dużego ruchu. I się udaje. Otwieramy drzwi od hostelu, parkujemy motor i podchodzi do nas policjant. A właściwie biegnie policjant. Micho nie chce go wpuścić. Mówi, że to teren prywatny i policjant nie ma prawa wstępu (!?). Przekonuję go, żeby się nie wygłupiał i poszedł spokojnie porozmawiać z policjantem. A ja idę zapytać o pokój. Jak wracam sytuacja jest gorąca. Michaśko jest wściekły. Gestykuluje tak jakby chciał policjanta pobić, i krzyczy tak jakby to policjant coś złego zrobił. Policjant też zaczyna być wściekły. Wkraczam do akcji, bo jak nic, zaraz zaaresztują mi Machencjusza za znieważenie oficjela państwowego. I mówię to samo, co Machencjusz, tylko spokojnie, przepraszając i prosząc o wyrozumiałość. Policjant przyznać trzeba jest wyjątkowym służbistą i ciężko mu się wszystko tłumaczy. Ale zaczął mięknąć. Tłumaczy nam zasady ruchu drogowego i mówi, że razem z nim stał na skrzyżowaniu jakiś tam kapitan, który kazał mu nas na piechotę gonić i aresztować... Ostatecznie i Michaśko się uspakaja razem udaje się nam przebłagać policjanta. Obiecujemy, że się to nigdy nie powtórzy i prosimy, żeby przeprosił w naszym imieniu kapitana. I odchodzi. Uff po raz kolejny.

Pozostaje jeszcze odwiezienie motoru do mechanika. Na szczęście z górki. Michaśko jedzie sam. Ja zostaje w hotelu się grzać. Po drodze Micho myli drogi i jedzie pod prąd. I policjanta spotyka. Nie myśląc dużo zeskakuje z motoru, zgasza silnik i pcha motor, udając, że się zepsuł.... Policjant nie zwraca większej uwagi. Udaje się do mechanika dojechać. A tam nawet biorą motor na przejażdżkę i obiecują, że następnego dnia się z nami skontaktują, żeby powiedzieć, co dokładnie się zepsuło i ile to będzie kosztowało. I o tym razem następnym.

Odpowiednia partia zdjęć:
Boliwijska dżungla


Madziula

5 lutego 2010


Od października jedziemy przez Andy, w stałym bliższym lub dalszym sąsiedztwie Amazońskiej Dżungli. W Kolumbii wizyta mogła być niebezpieczna (guerilla), w Ekwadorze z Banos dojechaliśmy do jej skraju, wiedząc już wtedy, że zobaczymy ją w miejscu najtańszym: w Boliwii. W Boliwii swoistym Zakopanem jest Rurrenabaque. Lot z La Paz trwa 40 minut, autobus dowiezie w 18 godzin. Smok powinien plasować się po środku.
Rurrenabaque leży na drodze prowadzącej z La Paz m.in. do Guayaramerinu, który jest głównym przejściem granicznym łączącą północną Boliwię z Brazylią. Przy wyjeździe z La Paz zauważamy, że samochody wyglądają inaczej niż te spotykane do tej pory. Autobusy mają bardzo wysoki prześwit, podobnie jak ciężarówki, zaś mniejsze auta to w większości terenówki i pickupy. Wpasowują się one bardzo dobrze w nasze wyobrażenia dżungli.
Z La Paz wyjeżdżamy późno, po południu. Sam wyjazd z La Paz zajmuje nam sporo czasu: przejechanie na drugi koniec miasta, zatankowanie. Dziwne że mieliśmy jeszcze większość baku a tu silnik coś kaszle. A może to w gaźniku przez kilka dni bez jazdy coś się zasiedziało i potrzebuje się przepalić? Wyjazd z miasta pod górę, w kierunku przełęczy w Cordilierze Real. Przełęcz na 4.700, w linii prostej niewiele kilometrów od pierwszego schroniska pod Huayna Potosi. Jest bardzo zimno, a przez przełęcz przetaczają się chmury. Ale później już tylko w dół. Aż ciężko uchwycić jak się zmienia otoczenie. Nagie ściany, porosty, pierwsze krzaczki, drzewka, zaraz potem zbocza już całe w roślinności. I nowo wybudowana droga w kierunku dżungli. My z niej zbaczamy, bo nie możemy nie przejechać „ Najniebezpieczniejszą Drogą Świata”. Droga jest miejscami bardzo wąska, prowadzona na skalnej półce, miejscami wprost na nią leją się strumienie wodospadów. Wyobrażamy sobie, że kiedyś, kiedy cały ruch był prowadzony po niej, z pewnością była końcem podróży dla wielu osób. Jednak dziś, po oddaniu do użytku nowej drogi stara służy obecnie jako trasa do zjazdu rowerowego dla gringoskich turystów.

Drogę polecić możemy na pewno przede wszystkim ze względu na piękno krajobrazu, które dzięki spokojnej jeździe i możliwość zatrzymania jesteśmy w stanie do woli podziwiać.

Rozumiem że wszyscy zwróciliście że jestem na tym zdjęciu? (dla gap: mniej więcej po środku, tak Madziulka kadrowała)
Droga prowadzi do niewielkiej wioski Coroico, leżącej 3 km w pionie niżej niż wcześniejsza przełęcz. Robi się wieczór, a ciepło pozostaje. Miły klimat, piękna okolica i niewielka odległość od La Paz sprawia, że do miasteczko w weekend bardzo chętnie odwiedzają Paceńczycy (mieszkańcy La Paz). My widzimy przede wszystkim jednak Argentyńczyków, którzy spędzają tu część swoich letnich wakacji. Główny plac gwarny do późnego wieczora, wokół bawią się lokalne dzieci. Cóż za odmiana w stosunku do ruchliwej, chłodnej i deszczowej stolicy.
Następnego dnia udziela nam się niespieszny nastrój i wyjeżdżamy dopiero koło 10tej, a do przejechania mamy kawał drogi do Rurre. Do głównej drogi dojeżdżamy z Coroico w miejscu, gdzie zmienia się z asfaltowej w szutrową. Jednocześnie kolejny raz zmieniamy kierunek ruchu. Bo w tych rejonach to, po której stronie drogi się jedzie, zależy od tego, po której stronie drogi jest przepaść. Zauważyliśmy, że bliżej przepaści jedzie samochód który zjeżdża z górki. I w zależności od tego raz na jakiś czas spotykamy znaki zmieniające ruch z prawostronnego na lewostronny. Można nieźle przećwiczyć swoje odruchy podczas takiej podróży.

Droga z Coroico wiedzie przez wąską, stopniową dolinę, która stopniowo ulega spłyceniu i wypłaszczeniu. Jedzie się stosunkowo powoli po tej krętej drodze, co chwilę trzeba hamować, czasami przejechać przez jakieś grząskie miejsce. W miejscowości Caranavi droga rozwidla się i nasza trasa wiedzie przez niewysokie wzgórza. Niewysokie, aczkolwiek wykręcające drogę na wszystkie strony. Musiało niedawno padać, bo droga jest bardzo mokra. Przyzwyczajeni do starych łysawych opon nie możemy się nadziwić, jak pewnie poruszamy się po tej kilkucentymetrowej warstwie błota. Ale nawierzchnia potrafi nagle się zmienić z błotnistej na kamienistą, która raczej przypomina dno suchej rzeki pełnej otoczaków, umykających spod kół. Po kilku godzinach znów zjeżdżamy nisko i przejeżdżamy most na rzece Beni, z którą kolejny raz spotkamy się w Rurrenabaque. Teraz tylko już stosunkowo płaskie górki dzielą nas od Yucume i stamtąd płasko do Rurre.
Niestety, znów technika przeszkodziła nam osiągnąć cel tego dnia. Owo kasłanie, które rozpoczęło się jeszcze w La Paz, niestety rozwinęło się w co raz większy problem. Przy ujmowaniu gazu, na przykład podczas hamowania silnikiem, silnik potrafił gasnąć, będąc ciągniony jedynie przez koła pędzącego motocykla, nie zaś przez minimalną część spalanego paliwa. Wystarczyło jednak leciutko wysprzęglić, żeby silnik wznowił pracę. Nie za bardzo wiedząc co jest przyczyną, a jednak będąc w stanie kontynuować jazdę, mieliśmy nadzieję zajrzeć „pod maskę” w Rurre. A tymczasem problem narastał i czasem naprawdę ciężko mogłem cokolwiek zdziałać.


Katastrofa dopełniła się, kiedy urwała nam się linka sprzęgła. Akurat zbiegło się to jeszcze z nadejściem tropikalnej burzy, która na szczęście przeszła dosyć szybko, ja zaś wymieniłem linkę na zapasową, nie do końca pasującą. Linka działała, sprzęgło jednak nie. W momencie kiedy urwała się linka, coś musiało stać się z samym sprzęgłem. Albo na odwrót. Tak czy siak, nie można było zmienić biegów. Zdecydowaliśmy się na dosyć ryzykowne rozwiązanie, tzn. próby dojazdu do mechanika w Yucume. Jak dobrze że mamy rozrusznik elektroniczny, a nie w kopce. Udało nam się odpalić motor i na ryczącej jedynce wyjechać na wzgórze. Kiedy było lekko z górki, stanęliśmy, zmieniliśmy na dwójkę na zgaszonym silniku i jakimś cudem udało się go odpalić i pojechać nieco szybciej. Niestety, silnik znów potrafił tak zakasłać, że musieliśmy stawać i rozpocząć procedurę od nowa.
Sześćdziesiąt kilometrów, jak się okazało dzielących nas od Yucume na dwójce nie upłynęło zbyt szybko. Mogliśmy jedynie cieszyć oczy pięknymi widokami żywej zieleni, jednak wciąż za dużo zdenerwowania żeby porobić zdjęcia z jazdy. Bo oczywiście o zatrzymaniu nie mogło być mowy. Przypominały nam się również laotańskie widoki - przynajmniej pod względem architektonicznym: ścianki domów z patyków, dachy ze słomy. Ładnie to wygląda, dosyć skromnie może, ale na pewno ekologicznie. Kiedyś kupią sobie blachy na dach, potem zaczną straszydła z cegieł budować. Znamy kolejne stadia rozwoju wsi na świecie...
W Yucume udało nam się znaleźć mechanika, który przez noc i z rana uporał się z usterkami: wymienił świecę, wyczyścił gaźnik, w którym podobno była woda, pewnie po myciu po salarze i naprawił sprzęgło. Linkę sobie wymienimy na oryginalną w La Paz, to wtedy będzie chodzić jak dawniej. Nie chciało nam się wierzyć że naprawdę motor jest zdolny do jazdy – przyzwyczailiśmy się do kilkudniowych oczekiwań na części i niespiesznej pracy mechaników. Więc zamiast zostawić motor mechanikowi, zapakowaliśmy się, i po dwóch godzinach jazdy po płaskim terenie, choć na pewno nie płaskiej drodze, cali okurzeni, znaleźliśmy się w Rurrenabaque. I na ostatnich metrach motor pozwolił sobie na jedno kasłnięcie, które znów kazało nam się zastanawiać: oddać motor do mechanika tutaj podczas kiedy będziemy na wycieczce w dżungli, a może wracając kazać poprawić robotę mechanikowi z Yucume, a może uda się dojechać do La Paz i tam to naprawić?

Ciąg dalszy w następnym poście.

A okolice wyglądają tak:


Pozdrawiamy! Czytajcie szybko bo wkrótce nadlecą kolejne wpisy i będziecie mieli zaległości
I kilka zdjęć dosłownie:
Droga do Rurre

Michał

12 grudnia 2009

Dawno nie jeździliśmy autobusem, a tym bardziej nocnym - ostatni raz w ubiegłym roku, kiedy wracaliśmy z Koh Tao do Bangkoku po kursie nurkowania. Dla nas to jak teleportacja - do tej pory każdy centymetr mapy musieliśmy mozolnie wysiedzieć na motorze, a tu: budzimy się i jesteśmy tak bardzo na południu. Arequipę od Limy dzieli ok 900 km, stąd autobusy często jeżdżą bezpośrednio do Chile - na południe, jak i na wschód do Boliwii do Jeziora Titicaca (wiadomo, z Limy można nawet i do Buenos Aires pojechać, ale to rodzynek). Arequipa to drugie miasto Peru, jednak 700 tys. mieszkańców stanowiłoby jedną z dzielnic Limy, gdyby je porównać. Przepięknie położone, na wysokości ponad 2000 metrów u stóp wulkanów sięgających ponad 6000 metrów.

Przywitała nas również przepiękna pogoda! Ostatnie dni (z pominięciem wizyty na pustyni w Huachachinie) spędziliśmy albo we mgle na wybrzeżu, albo w deszczu w górach. A tutaj niebieskie niebo i słońce. Aż się chce iść zwiedzać miasto. Starsza część miasta nie robi wielkiego wrażenia. Miasto wielokrotnie nawiedzały silne trzęsienia ziemi (ostatnie w 2001). Na tle ciekawych, aczkolwiek niepowalających kamienic wyróżniają się kościoły i rynek, których remonty miały szczególny priorytet w przypadku odbudowy miasta. Perełką miasta jest jednak Monasterio de Santa Catalina. Jest to klasztor, który przez 300 lat był swoistym miastem w mieście - zamkniętym dla świeckich. W drugiej połowie poprzedniego stulecia, po tym jak klasztor poważnie ucierpiał w trzęsieniu ziemi, klasztor został odnowiony i jego część została udostępniona dla turystów. Zwiedzanie nie jest tanie (30zł od osoby), co sprawia, że jeśli już się zdecydujemy zapłacić, nie musimy się obawiać tłumów. Ukazane są domy, w których żyły siostry - ich cele (także pewnej siostry, którą Jan Paweł II ustanowił błogosławioną), kuchnie, jadalnie, pomieszczenia pracy itd. - jak również pomieszczenia wspólne, dolny chór, w którym siostry gromadzą się na Msze Św. w odseparowaniu od świeckich, a także kilka pomieszczeń, w których zorganizowane są wystawy tutejszego malarstwa sakralnego. Wszystko jednak stanowi bardzo zadbaną, dobrze utrzymaną całość mini miasteczka, z ulicami, skwerami, sadzawkami, drzewkami pomarańczy i z budynkami pomalowanymi na intensywny niebieski bądź ceglany kolor. Bardzo piękne miejsce, spędziliśmy w nim całe popołudnie. Wizyta udana, pora iść dalej.

Przede wszystkim po kartę SIM. Po tym, jak pierwszego dnia w Ameryce Południowej straciłem telefon, miesiąc później została mi wysłana nowa karta SIM. Tylko, że priorytet z Polski do Ekwadoru nie szedł 5 dni (jak reklamuje poczta), lecz dużo dłużej, tak, że byliśmy już głęboko w Peru, kiedy hostel w Banos wysłał maila, że przesyłka właśnie doszła. To poprosiliśmy o przesyłkę do Arequipy - tak żeby na pewno tym razem karta przyszła przed nami. Tyle ze w Arequipie to wg planu mieliśmy być za kilka tygodni. Ale sie udało. Trochę dziwnie wyszło, bo kartę prosiłem przesłać do pierwszego lepszego hostelu, który wyskoczył w Google, natomiast my spaliśmy gdzie indziej. No, ale przesyłkę nam wydali bez słowa, karta działa, tylko pusta. Wiec z tego miejsca proszę o smsa z imieniem i nazwiskiem co bym sobie odtworzył książkę adresową.
Wracając do Arequipy i porównania podróżowania motocyklem i autobusem. Motocyklem podróżuje się stopniowo, po drodze zatrzymując się w wybranych miejscach, większych i mniejszych. Autobusem się podróżuje skokami. Od punktu do punktu. W takim Peru jest tych punktów kilkanaście. Jednym z nich jest Arequipa. I w takim właśnie punkcie jest zatrzęsienie agencji turystycznych, które sprzedają wycieczki na wszystko co tylko możliwe, od zwiedzania miasta, po wycieczkę do atrakcji oddalonej wiele godzin drogi. I dodatkowo wszelkie możliwe aktywności: nauka hiszpańskiego, tańca, rafting czy rowery górskie. A trzeba przyznać, ze Arequipa ma niebywałe sąsiedztwo, które warto zobaczyć. Oprócz wulkanów, na które można sie wspiąć, względnie niedaleko jest do najgłębszych kanionów świata: Cotohausi i Colca. Gdybyśmy mieli motor, pojechalibyśmy do Cotohausi. Ale ze autobus jedzie tam 10h, w czasie który mieliśmy do odbioru motoru w Limie nie było sensu tam jechać. A wiec do Colki - do niedawna uznawanego właśnie jako najgłębszy. Podczas tych dni bez motoru mieliśmy okazje pogadać z wieloma turystami i odnieśliśmy przytłaczające wrażenie, ze wszyscy masowo korzystają z agencji podroży, aby pojechać do Colki. Ale to raz drogo, poza tym masowo. To nie w naszym guście. Jednak, widzieliśmy zalety: autobus turystyczny zatrzyma sie w punkcie widokowym, który autobus lokalny pominie. No ale z drugiej strony, podpatrzymy sobie mieszkańców w autobusie.
Wieczorem spedzilismy jeszcze milo czas z Jackiem i dwojgiem innych Polaków, ktrórzy zatrzymali się w tym samym hostelu. Okazało się, że była to koleżanka Magdy ze studiów, świat więc mały. Agata i Piotrek podróżują również od pazdziernika, tylko ze zaczeli od Meksyku - w szybszym tempie.
Tutaj kilka zdjec z Arequipy:
Arequipa


Przyspieszajac historie nieco: wyruszylismy o swicie z Arequipy, przejechalismy przez plaskowyz, ktory dochodzil do 5 tys metrow npm, i już po obejrzeniu 2 odcników znanego filmu "Zaginiony w akcji" dojechalismy do miejscowosci Chivay, lezacej tuz kolo poczatku kanionu. Stamtad kolejne prawie 3 godziny jazdy beznadziejna droga wzdluz kanionu prowadzacej do miejscowosci Cobanaconde, skąd schodzi się na dno kanionu. Bylem wrogo nastawiony do Colki. Po pierwsze, liczba biur podrozy w Arequpie byla tak wielka, ze spodziewalem sie hord turystow, po drugie, wiedzialem ze kanion, dlugi na ponad 100 km i gleboki miejscami na prawie 4 km, nie jest takim jakim go sobie kiedys wyobrazalem. Bo kanion - to Wielki Kanion w Stanach. Widzielismy go prawie 2 lata temu. Plaski teren, nagle dochodzisz do krawedzi kanionu i widzisz jaka to dziura w ziemi o pionowych zboczach. A Colca? Glebokosc mierzona jest od szczytow otaczajacych go wierzcholkow ponad 6tysiecznikow. Wyglada jak zwykla dolina. O stromych zboczach, ale jednak dolina. Pieknie, stromo, ale to nie kanion. Kanion byl niedaleko Caraz (tam co nam hamulec odpadl), a tu jest dolina. Dobrze, juz nie marudze. Idziemy sie przejsc po dolinie Colca. Zjedlismy sobie obiadek, zakupilismy wode i kilka innych produktow i ruszylismy na szlak. No, moze nie szlak tylko sciezke. Przez to, ze prawie wszyscy turysci sa tutaj ze swoimi przewodnikami, wogole sie nie dba o to zeby szlak jakkolwiek oznakowac, nie wspominajac juz zupelnie o postawieniu jakich tablic z mapkami czy informacjami. Ale slady w zapylonej drodze sa wystarczajaco dobrze widoczne, zebysmy mogli sobie dziarsko dreptac. MIelismy ze soba wszystko co potrzebne do przezycia dwoch dni: jedzenie, wode, namiot, karimaty i spiwory. Troche to wazy, jednak aoszczedzimy troche pieniedzy, bo w kanionie wszystko drogie, bo musi byc przetransportowane na oslach (i po prostu bo turysci sa sklonni placic), a dodatkowo bede miec trening dla nog przed jakims powazniejszym trekkingiem. Dogonilismy grupe 4 turystek i ich przewodnika, ktorzy z jednej strony popatrzyli z uznaniem na nasze ciezkie plecaki (madziula miala w malym plecaku mnostwo wody), zas z poltowaniem na nasze stopy - jako ze nie sadzilismy wyjezdzajac z Limy, ze dojedziemy do Arequipy, wzielismy ze soba jedynie sandaly. 4 godziny drogi zajelo nam dotarcie na dno doliny, dwie ostatnie to juz ostre zejscie w dol po zygzakowatej sciezce, poprowadzonej w stromym terenie. W sumie 1200 metrów w dół - z 3500 na 2300. Zanocowalismy u pewnej gospodyni, ktorej przebieglosc byla dosyc malo inteligentna. Z jednej strony cieszymy sie kiedy mozemy wesprzec biednych ludzi, z drugiej strony nie lubmy naciagactwa. Bo potrzebowalismy tylko miejsca pod namiot (co bylo "gratis"), reszte mielismy. Kolacji nie potrzebowalismy, bo sobie sami ja zrobilismy. Babeczka podala nam nawet gratisowa herbatke, kolejny raz sie upewniajac czy nie chcemy sniadania. Ugielismy sie i zamowilismy, dla jednej osoby. Okazaly sie nim byc dwa ciasta nalesnikowe i herbata. Zamowilismy jedno, dostalismy oczywiscie dwa, a zaplacailismy jak za trzy (bo jeszcze herbata - swoja droga fantastyczna, ze swiezo zebranych lokalnych ziol). I nie o to chodzi, ze to duza kwota, choc i tak byla zawyzona oczywiscie, lecz o samo wykorzystywanie przez gospodynie faktu, ze ona wie, ze wolimy zaplacic niz sie wyklucac o kilkanascie zlotych.
Dobrze, koniec narzekania. Bo przeciez to tylko mala refleksja. Humory mielismy bardzo dobre. Piekna noc pod gwiazdami, wreszcie sie wyspalismy (wczesniej noc w autobusie, po czym krotka noc przed wstaniem na autobus o 4tej rano), kolejny dzien pieknej pogody. Troche nogi bola, ale dzis juz schodzic nie bedziemy. Idziemy wzdluz rzeki, po czym wychodzimy spowrotem na górę. Okazalo sie jednak ze droga idaca w dół biegu rzeki w rzeczywistosci poprowadzona jest po zboczu góry. A więc 500 metrów do góry - pikuś w porównaniu do zejścia 500 m z naszymi zakwasami. Po 3 godzinach dochodzimy do Oazy - stworzonej dla turystów osady, w której na nas czekają baseny, leżaki, palmy, zimne piwo i wszystko czego możemu białemu człowiekowi brakować po kilku godzinach marszu w suchym kanionie. Oczywiscie bylo rozczarowanie ze konsumpcje ograniczylismy do kupna pieczywa - reszta z plecaka. I zamiast zeby zostac i przespac sie w bungalowie, my od razu chcemy czmychać na górę.
No to teraz 3 godziny pod górę. Mozolnie, stale pod górę. Co 7,5 minuty łyk wody, co kwadrans kilka łyków wody i 10 głębokich oddechów, co pół godziny przerwa ze zdjęciem plecaków, co godzina jabłko. Niby niewiele czasu zostaje przy takim schemacie przerw na samo chodzenie, jednak każda minuta kiedy odpoczywamy jest jakaś taka krótka, a jak tylko zaczynamy iść, trwa niemiłosiernie długo. W pewnym momencie mija nas grupa turystów wyjeżdżających na góre na mułach - za 30 złotych można sobie oszczędzić wspianczki. W innym, z naprzeciwka nadchodzi starszy pan, któremu w Polsce babcia zabroniłaby iść samemu po gazetę z obawy, czy nie zasłabnie po drodze. Pan zapytuje się o godzinę, po czym palcem wskazuje sobie miejsca w oddali po drugiej stronie doliny i liczy: szesnasta, siedemnasta, osiemnasta = do domu ma jeszcze 2 godziny, Hm, to dziwne, bo dokładnie stamtąd idziemy i nam zajęło 4.
Słońce powoli zachodzi (wcześniej o 12tej było prawie w zenicie, cień między człowieka między stopami), jesteśmy wyżej idzie się lepiej. Wpatrzeni w ścieżkę, chociaż ja staram się obserwować niebo. I wreszcie się udaje wypatrzeć Kondora - podobno największego ptaka na ziemi, o rozpiętości skrzydeł do 3 metrów. Kondory żyją w Andach od Alaski po Patagonię, jednak nie łatwo je zobaczyć. Colca z nich słynie, mimo wszystko trzeba mieć szczęście. My je mamy. Kondor szybował nad doliną, unosząc sie nad prądami termicznymi bez jednego machnięcia skrzydłami. Był wysoko nad nami, jednak zrobił ogromne wrażenie. Wreszcie, po ponad 3 godzinach wspinaczki, osiągamy krawędz doliny.

Stamtąd do wioski niecała godzina przez łaki i pola, po czym krokiem marynarza idziemy przez wioskę do znajomej nam restauracji na kolacyjkę. Madziula padała ze zmeczenia, wiec kupujemy bilety na poranny autobus i szukamy miejsca na rozbicie namiotu. Tak sie sklada ze akurat w restauracji znaja takie miejsce. Jest juz ciemno, kiedy jestemy prowadzeni kilkaset metrów od rynku i stajemy przy zagrodzie ze swinia. - O, tutaj mozecie spac. Albo tam. NIe widzielismy co powiedziec, ale wiedzielismy ze nie wypada odmowic goscinnej rodzinie. Wybralismy zagrode bez swini, w ktorej niewatpliwie zazwyczaj mieszka sobie krowa. Rozbilismy szybko namiot, jednak zasnac nie moglismy dlugo. Pomimo duzego zmeczenia, walczylismy z bezsennascia - byl to objaw choroby wysokosciowej. Fatalne uczucie. Do tego ryczace swinie i osly, szczekajace psy. Zazwyczaj spimy jak kamien i zupelnie by nam to nie przeszkadzalo, jednak tym razem ostro nas wymeczylo.
Rano ruszylismy w strone Arequipy. Nogi bolą, ale jest satysfkacja. Bardzo nam się ten kanion podobał, tymbardziej że główne obawy co do tłumu turystów nie sprawdziły się. Szczyt sezonu to czerwiec i lipiec - obecnie turystów spotkaliśmy każdego dnia mniej niż 15. Wracamy wiec w dobych humorach. Znow te same filmy w autobusie, Madziula sie troche zle poczula jak wyjechalismy na te 5000 m, ale podroz mimo wszystko piekna - rozlegle krajobrazy za oknem, wysokogorska roslinnosc, biegajace lamy, kolorowo ubrani ludzie. Mamy nadzieje, ze jeszcze takie tereny zobaczy jak bedziemy na motocyklu. Zeby mozna bylo sie zatrzymac.

I moze kilka zdjec z wycieczki:
Canon Colca


Tymczasem w Arequipie zadzwonilismy do naszego p. Carlosa, co by potwierdzic, ze motocykl gotowy. Okazalo sie ze potrzebuja jeszcze jednego dnia. W sumie to dobrze. Po nocnym transferze do Limy, zamiast wsiasc i jechac, odetchniemy nieco, zrobimy pranie, zakupy. I rankiem kolejnego dnia wyjedziemy. W Arequpie, po krotkiej wizycie w hostelu aby wziac prysznic i rzeczy ktore tam zostawilismy, wrocilismy na dworzec autobusowy. Tym razem zdecydowalismy sie na autobus mniej znanej firmy, w ktorej najwyzsza klasa byla niewiele drozsza niz najtansza w Cruz del Surze. Na dolnym pokladzie autobusu zainstalowanych bylo jedynie 9 miejsc w trzech rzedach. Madziula byla w siodmym niebie. Wielkie fotele, rozkladajace sie w lozka, zapowiadaly komfortowa podroz. Wszystko byloby w porzadku gdyby nie to, ze dwa razy wjechalismy w cos, co za pierwszym razem jedynie wytworzylo glosny huk, za drugim zas mocno wstrzasnelo autobusem i skonczylo sie wymianą koła. Po czyms takim Madziula pozostawała w lekkim stresie, ale reszta drogi przebiegla spokojnie. Do Limy zajechalismy rano i caly dzien postanowilismy wykorzystac na realizacje zadan porzadkowo organizacyjnych. Aby kupic kilka turystycznych artykulow, wybralismy sie do bogatszej dzielnicy Limy i musimy przyznac, ze roznica byla zauwazalna. Obiadek udalo nam sie zgrac w czasie z kibicowaniem Rubinowi starciu z Interem w lidze mistrzow. Niestety, kiedy zjawilismy sie u p. Carlosa, miny nam zzrzedly.Smok co prawda juz mial wlozony silnik. jednak brak fotela i baku wskazywal, ze praca nie skonczona. - Jutro, o 12tej w poludnie. Brakuje kilku godzin. No dobrze. Coz robic. Od razu zaplacilismy, zeby wieczorem z gotowka przez miasto nie wracac. A juz mowiismy sobie, ze juz nie bedziemy musieli autobusami jezdzic.
I dziś o 12tej motor znów nie był gotowy. W tym nie ma żadnej złośliwości. Tutaj po prostu podejscie do terminowosci jest naprawde abstrakcyjne. W warsztacie sami mechanicy, dlubiacy cos przy innnych motorach. Powoli, niespiesznie, z usmiechem na ustach. Starannie, solidnie. Jak bedzie gotowe, to bedzie. I w koncu jest Don Carlos. A tu jeszcze lusterko nie przykrecone, a tu jeszcze jedna sruba brakuje, to mechanik pojedzie ja kupic. A tu jeszcze troche oleju dolac i lancuch naoliwic. Pan Carlos bardzo uprzejmy, proponuje ze moze bym sobie skesorowal ksiazke serwisowa motocykla, na wypadek jakby kiedys jeszcze byly problemy z dala od serwisu. No to ide skserowac. 250 stron. Dopiero piate ksero decyduje ze moze zrobic to odreki. Odrecznie. Wiec juz za 1,5 h gotowe. Jejku, jak późno. A mieliśmy rano wyjechać. Ale kiedy zapalam motor, usmiech na twarzy pojawia sie w sekundke.

Tesknilismy oboje za starym smokiem, ale teraz to nowy motor. Cichutki, równopracuący silnik. Róźnica kolosalna. Madziula w Hotelu konczy pisac relacje, lecimy na pozny obiad i sie zastanawiamy, co robic. Pozno, ale przydaloby sie wyjechac z Limy i spac gdzies wyzej. Inaczej, wciagu jednego dnia bedziemy muisli sie wzniesc w ciagu niecalych 150 km z poziomu morza na przelecz na wysokosci prawie 5000 m. Juz prawie ciemno, a mielismy nie jezdzic po ciemku. Jechac czy nie jechac?

CDN

Pozdrawiam

Michał

10 grudnia 2009

Tyle się ostatnio działo, że zaczynając ten wpis aż boję się myśleć ile mi zajmie opisanie każdego dnia ostatniego tygodnia...

Skończyliśmy w Limie. Ten wpis też z Limy piszę :) Nie znaczy to jednak, że aż tyle w Limie siedzieliśmy. Po przyjeździe do Limy i dniu organizacyjno-blogowym w moim przypadku oraz motocyklowo-mechanikowym w Machencjusza, plan ułożył sie w naszych głowach prosty - jeden dzień w Limie i jedziemy dalej, miasto zdecydowanie nas nie urzekło. Motor miał zostać odstawiony do mechanika rano na wymianę oleju i naprawę lusterka, które się nam ostatnio ułamało, a my w tym czasie chcieliśmy się przejść po mieście. Poraz kolejny jednak przekonaliśmy się, że tworzenie planów, kiedy motor jedzie do mechanika większego sensu nie ma. I tak też stało się tym razem. Mechanik - supersympatyczny fachowiec orzekł sekundę po tym jak usłyszał pracę naszego silnika - "Macie poważny problem z silnikiem, trzeba go rozkrecić i zobaczyć co się dzieje, inaczej silnik padnie zanim dojedziecie do Titicaca". Od Quito wiedzieliśmy, że coś z silnikiem jest nie tak. W Quito nie potrafili nam jednak pomóc i powiedzieli, żebyśmy jechali do Limy, co tez zrobiliśmy. Motor przyśpieszał niezmiennie dobrze, jedynym znakiem, że coś dzieje się złego, był więc tak naprawdę dźwięk - nierówna praca silnika.

Mechanik zaproponował, że rozkręci silnik i sprawdzi co dokładnie się dzieje. Wcześniej jednak zadzwonił do serwisu Kawasaki dopytać jakie części są dostępne od ręki w Limie. I okazało się, że dostępność jest mocno ograniczona, a minimalny czas potrzebny na sprowadzenie cześci ze Stanów to 20 dni... Humory nasze nietęgie się stały. Nie pozostało nam nic innego niż wierzyć, że wada silnika okaże się niewielka, a części uda sie kupić w Limie. I tak smok został na operację na sercu, a my poszliśmy zwiedzać Limę.

Na początku kilka słów o samej Limie. Lima jest 5 największym miastem Ameryki Łacińskiej - po Mexico City, Sao Paulo, Rio de Janeiro i Buenos Aires. Mieszka tu 8 milionów ludzi, czyli jedna piąta całej populacji kraju. Miasto rozrosło się do tak monstrualnych rozmiarów w dużej mierze w ostatnich latach, kiedy to ludzie ze wsi zaczęli migrować do Limy w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Jak to we wszystkich dużych miastach biedniejszej części świata - doprowadziło to powstania wielkiej ilości slumsów. Większość mieszkańców Limy żyje za mniej niż 500 dolarów miesięcznie, a miasto uchodzi za jedno z najbardziej niebezpiecznych w Ameryce Południowej. Wszędzie widać płoty elektryczne, lusterka w samochodach są przywiązane do samochodu łańcuchami, taksówkarze obudowani kratami. Na mnie działa to przerażająco. W życiu nie chciałabym mieszkać w miejscu, w którym cały czas trzeba strzec swoich wartościowych rzeczy i czuwać. Straszne.

Lima została założona przez Pizarro w 1535 roku i szybko stała się najważniejszym miastem w tej części imperium hiszpańskiego i to tu po wygranej wojnie o niepodległość Peru ulokowało swoją stolicę. Lokalizacja Limy ma zarówno swoje zalety jak i nie małe wady. Pomimo że znajduje sie na pustyni tak blisko równika, panujące w mieście temperatury są mocno umiarkowane i ulegają gwałtownym wahaniom tylko w latach, kiedy Amerykę Południową nawiedza El Nino. Od czerwca do grudnia miasto właściwie codziennie pokrywa gęsta mgła, która nie daje się przedrzeć promieniom słonecznym. Lima dostaje rocznie ok 1200 godzin słońca - czyli niezwykle mało jak na tę szerokość geograficzną (dla porównania w Warszawie mamy co roku ponad 1600 godzin słońca...). Największe zagrożenie dla miasta stanowią jednak regularne trzęsienia ziemi. W wyniku trzęsień ziemi nieraz ucierpiała już architektura Limy - widać to bardzo na głównym placu miasta, gdzie zdecydowana większość budynków pochodzi z XX wieku.

Lima


W Limie urzekło mnie kolonialne budynki z pięknymi, zabudowanymi, drewnianymi balkonami. Taki też balkon miał nasz Hostel Espana, który możemy absolutnie każdemu polecić. Piękne pokoje bez łazienki można tu dostać już za 35soli=35zł (po lekkim targowaniu). W Hotelu mieszka też piękna Ara, którą poraz pierwszy widzieliśmy tak z bliska:



Następnego dnia z ciężkimi sercami pojechaliśmy do mechanika, który miał już wtedy mieć rozkręcony silnik i wiedzieć co dzieje się z naszym silnikiem. Silnik rozkręcony został, ale w połowie. Wstępna diagnoza też była. Część napędowa silnika działa bez zarzutów. Wyrobiły się natomiast łożyska i to one są przyczyną złej pracy silnika. Pan Carlos powiedział, że części oryginalnej nie dostaniemy, zdobędzie jednak część nieoryginalną i tak ją dopasuje, że będzie silnik będzie działał idealnie. Nie wiadomo jednak czy czegoś jeszcze nie będzie trzeba wymienić. Po krótkiej dyskusji zapadła szybka decyzja - wyjeżdżamy z Limy na południe zobaczyć wyspy Ballestas. Do Pana Caralosa dzwonimy dnia następnego. Ma już wiedzieć, co dokładnie trzeba będzie wymienić i ile będzie potrzebował na to czasu. No i koszty, przynajmniej orientacyjnie, też ma znać. Pierwsze wiadomości są więc pozytywne. jest szansa, ze nie bedziemy musieli importowac czesci ze Stanów, co oznacza mniejsze koszty i zdecydowanie krótszy czas oczekiwania.

Następnego dnia rano jedziemy, poraz pierwszy od Kolumbii, na dworzec autobusowy, szukać publicznego autobusu do Pisco. Dowiadujemy się więc cokolwiek o peruwiańskich autobusach. I tak:
1. W Peru operuje wiele firm autobusowych, które nawzajem ze sobą konkurują.
2. Lima nie posiada jednego głównego dworca autobusowego. Większość firm ma swoje indywidualne małe dworce. Niektóre zgrupowały się w na szczęście koło siebie.
3. Standard autobusów jest baaaaardzo zróżnicowany. Począwszy od najprostszych, po super luksusowe, w których fotele rozkładają się jak łóżka, jest klima, internet bezprzewodowy i stewardzi, którzy serwują posiłki. Najbardziej luksusowa firma - Cruz del Sur ma swoje punkty sprzedaży w większości hosteli i to ich autobusami najczęściej podróżują turyści. Zamiast płacić 50 soli za dojazd do Pisco/Paracas z Cruz del Surem, jedziemy na mini dworzec i prostym, acz wygodnym autobusem firmy Soyuz za 20 soli, transportujemy się do Pisco, a właściwie do miejscowości przy Panamericanie, w której odbija droga na Pisco.

Pisco zostało mocno zniszczone przez trzęsienie ziemi, które nawiedziło Peru w 2007 roku. Jeszcze dziś miasto jest jednym wielkim placem budowy, z właściwie każdego domu wystają druty, które będą stanowiły filary pod kolejne piętra. 2 lata temu większość osób, które chciały odwiedzić wyspy, zatrzymywała się właśnie tu, teraz większość jedzie do Paracas. Z Panamericany wzięliśmy więc colectivo do Pisco, gdzie przesiedliśmy się w inne colectivo do Paracas. W tymże autobusiku spotkaliśmy pierwszego od Bogoty Polaka!!!!! Jacka, który podróżuje właśnie po Ameryce Południowej ze swoją dziewczyną Rebeccą. Jako, że Rebecca i Jacek chcieli jeszcze pojechać na dworzec kupić bilety autobusowe na następny dzień do Arequipy, umówiliśmy się na kolację i wysiedliśmy na głównym placu Paracas. Napadła na nas NATYCHMIAST cała zgraja naganiaczny. Czegoś takiego jeszcze w Ameryce Południowej nie widzieliśmy. Zorientowaliśmy się w cenach noclegów - DROŻYZNA straszliwa i po mocnym targowaniu się wybraliśmy tani i mało miły hostel. Właściciele zaczęli później wyskakiwać z tekstem, że musimy z nimi jechać na wyspy Ballestas, w przeciwnym wypadku mamy im dopłacić 10 soli za pokój. Michaśko mocno się podkurzył, ale ostatecznie olaliśmy ich i poszliśmy na kolację z Rebeccą i Jackiem. Wcześniej zabookowaliśmy tylko wycieczkę na wyspy z hostelem Jacka i Rebecci - najtańsza w mieście - 25soli i zadzwoniliśmy do mechanika... - PIERWSZA rozmowa Machencjusza po hiszpańsku przez telefon :) Mechanik w pierwszym zdaniu powiedział - Tengo muy buenas noticias (Mam dobre wieści)! Zepsute są tylko łożyska, motor będzie gotowy na wtorkowy wieczór. Kosztów jeszcze nie zna, ale obiecuje, ze zrobi wszystko, zeby bylo w miare tanio! Yuppi!!! Szybko powstał plan - zobaczymy wyspy, Huacachinę i ewentualnie pojedziemy do Arequipy.



Kolejny dzień obfitował we wrażenia. Zaczęło się od wysp. Wyspy Ballestas to zgrupowanie skał, które stanowi dom dla niepoliczalnej ilości ptaków. W życiu czegoś takiego nie widzieliśmy. Miliony ptaków na skałach, w powietrzu! Czarne peruwiańskie pelikany, kormorany, mewy, głuptaki! Nie tylko! Pingwiny Humboldta, Lwy morskie i foki, sępy, który oczyszczają wyspy, a po drodze delfiny!!!! Miliony ptaków produkują gigantyczną ilość kup, w których Hiszpanie odkryli żyłę złota - ptasie kupy są znakomitym nawozem. Kupy były więc eksportowane do Europy, a handlarze dorobili się na nich wielkich pieniędzy :)



Wyspy obserwuje się z łodki, coby ptaków nie wystraszyć, a wszystko trwa ok 2h. Polecamy każdemu!!Po powrocie do Paracas uderzyła nas ilość turystów. Tysiące gringo zalały Paracas. Widok nowy dla naszych oczu...

Islas Ballestas


Z Paracas pojechaliśmy do Huacachiny z Rebeccą i Jackiem. Jakiś facet zaproponował nam podwózkę w cenie biletu autobusowego swoim prywatnym samochodem, więc się zdecydowaliśmy. Huacachina to oaza na środku pustyni, kilka kilometrów od Ici. Kiedyś była kurortem peruwiańskiej inteligencji, teraz jest oazą backpackersów. Atrakcje oferuje właściwie 3 - opcja 1 sandboarding, czyli letnia alternatywa dla snowboardzistów, opcja 2 boogie - czyli przejazd po wydmach samochodem - wrażenia jak z kolejki górskiej, bo wydmy są naprawdę gigantyczne, i opcja 3 - spacery po wydmach i baseny w oazie. Wybraliśmy kombinację opcji 1 i 3. Machencjusz wypożyczył deskę, a ja poszłam na piechotę. Wdrapanie się na wydmę proste nie było. Stromo pod górę, obsypujący się piasek i te piaszczysty wiatr. Po 5 minutach marszu piasek mieliśmy DOSŁOWNIE wszędzie. Najbardziej doskwierał jednak ten, który znalazł się w oczach. Jak już wdprapaliśmy się na górę - Machencjusz stwierdził, że nie zjeżdża :) Nie chciałoby mu się jeszcze raz wspinać na wydmę na zachód słońca, postanowiliśmy więc poczekać. Godzina siedzenia na szczycie wydmy, z piaskiem bezczelnie wdzierającym się WSZĘDZIE. Czego się jednak nie zrobi dla pięknego zachodu słońca. Machencjusz wyciągnął słownik i tak uczyliśmy się hiszpańskiego. Z czasem wkurzenie spowodowane piaskiem wszędzie opadło, biegaliśmy po wydmach i podziwialiśmy absolutnie BOSKI zachód słońca. Warto było. Na deser został nam zbieg/zjazd z wydmy. Machencjuszowi sandboarding się nie spodobał, pewnie dlatego, że dostał jakąś kiepską deskę, która tonęła w piasku.



Huanchaco


Słońce zaszło, a my postanowiliśmy, że nie zostajemy w Huacachinie ani chwili dłużej i jedziemy szukać autobusu do Arequipy. Luksusowy autobus Cruz del Sur jest dla nas zdecydowanie za drogi, a biuro Cruza w Huacachinie powiedziało nam, że tanie autobusy Cruza zostały skasowane przez niski popyt. Nie chciało nam się w to wierzyć, pojechaliśmy więc do Ici szukać tańszych opcji. I znaleźliśmy. Tanie autobusy Cruza nie zostały zlikwidowane, jeżdżą, kupiliśmy jeden z ostatnich biletów. Myśleliśmy jeszcze o kupieniu biletu z inną firmą, która ma lepsze autobusy niż nasz Ideal Plus z Cruz del Sur, a cena taka sama. Droga z Limy do Arequipy uchodzi jednak w nocy za niebezpieczną, zdecydowaliśmy się więc na jazdę z podobno bezpiecznym Cruz del Surem. 14h na niewygodnym siedzeniu, przy drzwiach ciągle otwierającej się, śmierdzącej ubikacji... Do tego - drąca się rura wydechowa tuż pod nami. Okrutnie męcząca jazda.

Do Arequipy dojechaliśmy rano, wzięliśmy taksówkę do hostelu, do którego przyjechali chwile wcześniej Jacek i Rebecca i zaczęliśmy planować kolejne dni. O tym w następnym wpisie :)

Madziula

5 listopada 2009



... i dalej łatwo nie jest.
Jesteśmy już w Ekwadorze. I narazie ciężko nam cokolwiek o pierwszych wrażeniach powiedzieć. Odpowiedż na pytanie dlaczego - za chwilę.

Z Popayanu wyruszyliśmy do Pasto. Miasta leżące na granicy Kolumbii i Ekwadoru uchodzą za niebezpieczne, nie chcieliśmy się więc zatrzymywać w nich na noc, Pasto miało być więc punktem wypadowym do Ekwadoru, a konkretniej do Otavalu w Ekwadorze. Droga między Popayanem a Pasto uważana jest ciągle za niebezpieczną, jest właściwie jedynym odcinkiem Panamericany W Kolumbii, na którym napady bandytów na przejeżdżające nocą autobusy zdarzają się dość regularnie. Z racji tej właśnie złej sławy i naszego porannego grzebania się, drogę Popayan - Pasto pokonywaliśmy znowu w pośpiechu, bez wielu przerw, żeby przed zmierzchem hotel znaleźć. I znowu wielka szkoda, że nie udało nam się nic na zdjęciach uwiecznić. Z wysokości prawie 2000mnpm zjechaliśmy do doliny na 400mnpm, po czym po naprawdę niesamowitych górach, z momentami totalnie pionowymi ścianami, wdrapaliśmy się na 3000mnpm, żeby zjechać do Pasto na 2500. Było mniej więcej tak:



Następnego dnia zebraliśmy się dosyć wcześnie. W planie był dojazd do granicy, zobaczenie spektakularnie położonej katedry w Las Lajas i dojazd do Otavalu. I pewnie wszystko wyszłoby zgodnie z planem gdyby nie problemy 3. Pierwszy - najbardziej przyziemny - pogoda. Kiedy podjechalśmy pod katedrę nadeszły chmury i zaczęło padać i tak padało już co chwilę do wieczora. Jazda na motorze w deszczu do przyjemności nie należy, a tym bardziej przyjemna nie jest, jak jeździ się na wysokościach w granicy 3000mnpm. Na początku stwierdziliśmy, że jedziemy, ale po kilku kilometrach tak przemokliśmy i zmarzliśmy, że pod dachem resztę deszczu przeczekaliśmy i zamarzniętymi rękami zdzieraliśmy z siebie mokre ciuchy, zamieniając je na nie-motocyklowe, ale - suche (które później znowu zamokły...). Drugi problemik - to nasz motor. W czasie jazdy po wybojach Parku Narodowego Purace nadwyrężyliśmy nasz tylny amortyzator, który ostatecznie padł w drodze do Pasto. Machencjusz lepiej by tu wytłumaczył, co dokładnie się stało, ja zrozumiałam (w uproszczeniu) - że padł tłok i została sama sprężyna. Na smoku jeździ się więc teraz jak na koniu, buja przy każdym zahamowaniu, dole, mocniejszym skręcie niemiłosiernie. W obawie przed awarią sprężyny musieliśmy więc ograniczyć prędkość przejazdu do Otavalu. Trzeci problem - mi doskwierający najbardziej - to mój żołądek, który postanowił przypomnieć mi jak to Syrii w Tartusie się czułam. A czułam się tak (dosłownie) gównianie, że tylko Karwas i Machencjusz, no i troche obserwująca nas Zuza są w stanie to zrozumieć :) Zatrułam się nie wiem czym, przypuszczam, że poraz kolejny świeżo wyciskanym sokiem. Chyba - to jedyna rzecz, której Michał ze mną nie pił/nie jadł. Dość, że zaczęło mnie mdlić, zaczęłam się czuć niezwykle słabo, wszystkie mięśnie bolały itd itp. Pod koniec dnia miałam już takie dreszcze na tym motorze, że zębami szczękałam Machencjuszowi do intercomu. Tak więc tak.

Mimo tych wszystkich przeciwności losu jechaliśmy do przodu. Po obejrzeniu katedry, którą tylko Michał widział, bo ja się NIE-czułam, i po przeczekaniu deszczu dojechaliśmy na granicę. I zaczął się stres. To był jedyny moment, kiedy troszkę cieszyłam się, że źle się czuję, bo ogólna beznadzieja samopoczucia nie pozostawiła dużo miejsca na stres. Stres tak naprawdę narastał już od jakiegoś czasu, a przyczyną jego były dokumenty, o których już wcześniej kiedyś wspomniałam. Sedno naszego problemu dokumentowego stanowił tzw. import permit, czyli dokument poświadczający, że importowaliśmy motor na czas określony do Kolumbii i dający nam prawo do poruszania się po tamtejszych drogach. Sanne i Wouter importowali smoka na granicy z Ekwadorem, oczywiście na swoje imie i nazwisko. Przy sprzedaży przerobili dla nas ten dokument w photoshopie, dzięki czemu Michał się na nim znalazł. Problem jednak polegał na tym, że miejsca wjzadu motoru do kraju (Ipiales - z Ekwadoru), nie zmieniliśmy, nie zgadzało się zatem nasze miejsce wjazdu do Kolumbii z miejscem wjazdu motoru. To już budzi podejrzenie. Jeszcze większe podejrzenie budzi fakt, że wydrukowaliśmy ten dokument w złym formacie, a każdy urzędnik jednostki odpowiedzialnej min za import/eksport pojazdów wie przecież jak jego dokument wygląda. Jeden z pierwszych policjantów, który zatrzymał nas w Kolumbii spytał o ten nieszczęsny dokument, a my postanowiliśmy, że już lepiej mówić, że go nie mamy, niż pokazać ten nieszczęsny - posiadany. Machencjusz wymyślił na poczekaniu, że nam go ukradli... Trochę to dziwne, że żadnego innego dokumentu nie ukradli, tylko ten jeden. Na co policjant - czy mamy dowód z policji, że nam go ukradli. A my że nie... Koledzy zawołali go jednak w tym momencie do samochodu, że już głodni są i na lunch chcą jechać, odpuścił więc nam... Powiedział jednak, żebyśmy załatwili tę sprawę w najbliższym mieście, czego oczywiście nie zrobiliśmy. Każda napotykana policja wywoływała później u nas ciarki, nie mówiąc już o granicy, przed którą po drodze było kilka patroli DIAN-u (tego urzędu od import permitu), a na samej granicy przejeżdżało się w korku pod ich okienkiem... Wszystko przebiegło na szczęście zgodnie z planem i zgodnie z tym co wielokrotnie tłumaczył nam Paul, Sanne i Wouter. Na granicach w Ameryce Południowej nie ma szlabanów. Podjechaliśmy do budynku, zaparkowaliśmy motor, zdjęliśmy z siebie wszystkie moto-podobne ciuchy i kask i poszliśmy (każdy osobno) po pieczątkę. Wsiedliśmy na motor, przejechaliśmy przez most i już byliśmy w Ekwadorze. Nic niczego nie sprawdzał, żadnego policjanta, żadnego szlabanu! Formalności w Ekwadorze trochę nam zajęły, importowaliśmy motor i rozpoczęliśmy naszą jazdę w stronę Otavalu. Za cel postawiliśmy sobie Ibarrę, choć wiedzieliśmy, że przed zmrokiem nie damy rady. Ostatnie kilometry były dla mnie przez mocno rosnącą gorączkę naprawdę traumatyczne. Znaleźliśmy hotel u przemiłego starszego pana, weszłam w dwóch swetrach i kurtce w mój puchowy śpiwór i dalej się trzęsłam. Zaczęło mnie to wszystko po mału doprowadzać do obłędu. Mam ze sobą 1/4 plecaka leków, ale co z tego, skoro nie wiem, co mi tak naprawdę jest. W tamtej chwili uciążliwości brzuchowe były marginalne - dużo bardziej męczyła mnie temperatura i ból mięśni. Postanowiliśmy więc pojechać do szpitala. W szpitalu wielki zamęt w izbie przyjęć, nie zamykały się właściwie drzwi, co chwilę ktoś przyjedżał, kogoś przywozili. I oczywiście nikt nie mówił po angielsku. Ze słownikiem w ręku wytłumaczyliśmy im co mi jest, zbadali, pobrali krew i kał do analizy w laboratorium i kazali czekać. Nie wiem jak długo czekaliśmy 1-1,5h. Wypisali trzy recepty, które okazało się, że są do zrealizowania w szpitalnej aptece (za darmo!!!!!), zrobili zastrzyk w tyłek i wypuścli do domu. Próbowałam się dowiedzieć, co mi jest, ale nic z ich tłumaczenia nie zrozumiałam... Mama pomogła po krótkiej analizie chemicznej przypisanych leków.

Następnego dnia zebraliśmy się prosto do Quito. Ja dalej czułam się źle i miałam ochotę tyko na łóżko, amortyzator mechanika potrzebował. Wylądowaliśmy w miłym hostelu, poleconym nam przez napotkanego na granicy Izraelczyka - z PYSZNYM śniadaniem. Ja wegetowałam, a Machencjusz sprawy motorowe pojechał załatwiać. Nic jednak nie załatwił, bo wczoraj święto było. O Quito i dalszej części historii - reanimacja smoka w następnym poście :) TBC :P

Kilka (dosłownie) zdjęć z przejazdu i Ibarry tutaj:

W drodze do Ekwadoru


Pozdrawiamy,
Madziula

P.S. Jest tak beznadziejny net, że zdjęcia dodamy następnym razem :)

10 października 2009

ryzyko się opłaciło!



Teraz zapłacić naszym Holendrom resztę pieniędzy i w drogę.

Madziula dopiero jak na własne oczy zobaczyła motor to stwierdziła że duży jak smok i muszę sam pojeździć i "poczuć się pewnie" zanim ona wsiądzie :))))

pozdr
M.

2 września 2009


HA!!!!

Nasze milczenie mogło oznaczać tylko jedno - coś się musiało dziać! Potrenowałem cierpliwość, co rzadko mi się zdarza i z newsem wstrzymałem się do końca. Kupiliśmy motocykl! Czeka na nas już w Medellinie, gotowy do drogi. Chcecie od początku pewnie....

Koncepcja zwiedzania motocyklem ma swój początek w 2008. Jest to wręcz nieunikniona i natuaralna konsekwencja naszej podróży skuterkiem po Laosie. No ale to już poważna sprawa, i ani skuterek ani przyczepka nie mogła wchodzić w grę. A więc motor. Jeden. No bo jednak to ma nam dodać mobilności, a nie jestem przekonany (i mam tu poparcie Madziuli) czy osobny motocykl dla Madziuli byłby dla nas ułatwieniem poznawania mniej popularnych terenów. A więc motor. Tylko skąd motor. Kupić lokalnie od miejscowego, i pojezdzic po sasiednich krajach wcale nie jest latwo. I nawet nie dlatego że mają tam słabsze maszyny, jak z powodu formalności. Można też kupić od turysty, zarejestrowanego w jakimś innym kraju. Często taki motor jest odpowiednio do podróży przygotowany. No to szukałem. Chyba od kwietnia. Jest taka strona Horizons Unlimited dla podróżujących motocyklistów, i mają tam takie forum. Raz na jakiś czas pojawia się oferta. Ale żeby znaleźć motor na sprzedaż w tym czasie i tym miejscu co trzeba to nie takie proste. No ale trzeba wierzyć, że się uda, nie? Nie chcemy 1000 motorów, chcemy 1.
Proście a otrzymacie.
Z Sanne i Wouterem pierwszy kontakt nawiązałem chyba jeszcze w lipcu. Tyle że oni planowali dojechać do celu, Kolumbii z południa, pod koniec sierpnia i na początku września wylecieć już dalej na północ. Ale co - email nic nie kosztuje. No to napisałem że jestem zainteresowany ale że będę dopiero w październiku więc jest kilka kwestii do rozwiązania. No i oczywiscie odpisali i podziekowali mowiac ze sprzedaja komus mniej wirtualnemu na miejscu.
Przyszła koza do woza. 9 dni temu napisałem im że mamy już bilety lotnicze i jak tam u nich, a tak wogóle moja oferta nadal aktualna. No i nie trzeba było długo czekać na odpowiedź!
Dużo się działo w przeciągu tych 9 dni, ale wynik negocjacji emailowo skajpowych jest taki, że motor już stoi w garażu pewnego Nowozelandczyka prowadzącego hostel w Medellinie, czeka na nas gotowy do drogi. 65% ceny wpłacone przez nas w pierwszej racie, i liczymy że nie popełniliśmy błędu. Pozostałe 35% Holendrzy mają nadzieję otrzymać jak tylko sprawdzimy, że motor działa, mimo, iż żadnej siły nie będą na nas już wówczas mieli. Formalności udało się załatwić. Dodatkowo, dostaliśmy od nich trochę narzędzi, metodologię pakowania (z tyłu plecaki na tę deskę polecą jeden na drugim), no i - co ważne - stroje motocyklowe z kaskami. Nie wiem jakie mają głowy Sanne i Wouter, ale wiem że Sanne jest mniej więcej tak wielka jak Magda, za to Wouter wyższy ode mnie mniej więcej o tyle, o ile za mały na niego był jego strój.

Dobra, koniec pisania. Może jeszcze jakieś zdjęcie! Na zdjęciu na samej górze mamy niewątpliwie motor, Holendrów w strojach i niższe o 3 głowy pracownice hotelu.
Tutaj mamy Woutera w akcji, zwróćie uwagę że ledwie widać ten motor spod bagażów.



Dobra, nie piszę już więcej nic bo stracicie wątek zanim jeszcze zdążymy wyjechać z Polski!!!!

Pozdrawiam

Michał

P.S. Jesteśmy podekscytowani!
P.S. numer dwa: Dla fanów niderlandzkiego polecam Bloga Sanne i Woutera o intrygującej nazwie Pindaqueso. Ciekawe, czy to cos w stylu Pelikanochomika. Zapytam.