11 listopada 2012


Wielki Kaukaz odwiedziliśmy w trzech różnych miejscach w Gruzji. Łatwiej Kaukaz zwiedzić pieszo czy na koniu niż samochodem. Doliny prowadzace w góry to często ślepe uliczki. Nie da się raz wjechać i potem jakimiś przełęczami przemieszczać się wewnątrz gór. Za każdym razem trzeba było wyjechać kompletnie z jednej doliny, przejechać po płaskim kilkadziesiąt kilometrów i wjechać w kolejną wielką dolinę. Co tu mówić, Gruzję i Rosję łączy jedynie jedna droga górska. Ale o niej to później, bo teraz znajdujemy się w Tuszecji - regionie Gruzji graniczącym z Czeczenią od północy i Dagestanem od wschodu. Generalnie to oprócz samych gór ciekawiło nas, jak wygląda życie właśnie na samych krańcach dolin. Tam często radzieckie pazury nie sięgały. A przed radzieckimi także innych nieproszonych gości, którzy chcieli się na stale w tym regionie zadomowić.

Tego samego dnia, którego byliśmy jeszcze na pograniczu z Azerbejdżanem, chcieliśmy dojechać do tuszeckiej wioski Omalo - i tam się zastanowić, co zrobic dalej.

Od Omalo dzieliło nas tylko 60km, w sumie to "aż" 60, bo i do pokonania była przełęcz Abano 2850m npm. Jak się okazało, dojazd na przełęcz zajął nam resztę dnia. Dolina szybko zwężyła się, droga prowadzona była półkami wyciętymi w skale, a i jeszcze co chwile doganialiśmy wielkie radzieckie ciężarówki, które potrzebowały nieco więcej czasu na pokonanie ostrych zakrętów i podjazdów. W pewnym momencie trzeba było włączyć reduktor w skrzyni biegów, by łada miała więcej mocy a mniej prędkości. Aż w pewnym miejscu nastąpił finalny moment wspinaczki, czyli niekończące się serpentyny i przepaść po jednej stronie drogi. Towarzyszyły nam piękne widoki, cudowna pogoda i wciąż obecne słońce.

Dno doliny powoli wypełniało się cieniem. Wysoko ponad lasami na górze panował już ziąb niezwykły, jako że wiało niesamowicie i słońce już świeciło bardzo słabo. Na dodatek coś zaczęło jakby grzechotać gdzieś w skrzyni biegów. To znaczy same biegi chodziły bez zarzutu, ale tam jeszcze były dwie dodatkowe dźwigienki do jazdy w ternie. No i one coś jakoś tak dziwnie grzechotały.
Na noc rozbiliśmy się niedaleko za przełęczą - na samej górze wiatr był nie do zniesienia. Nie było sensu już jechać dalej bo robiło się ciemno i żal było nam widoków.
Udało nam się nawet znaleźć jakieś resztki drewna pozostawione przez jakichś innych rodaków (sądząc po etykietach konserw i innych pozostawionych śmieci...), i cudem rozpalić ognisko, by nieco się wygrzać i ogrzać w cieple ognia kupione wcześniej haczapuri.



Następnego dnia czekał nas dojazd do Omalo - przede wszystkim zaś piękny zjazd z reszty przełęczy do doliny, w której rzeka niosła wodę już do Rosjan.
Znów mieliśmy cudowną pogodę, i nawet chrzęszczenie skrzyni nie tak straszne, bo wiadomo, że w dół już jakoś zjedziemy i ktoś nam pomoże.
Niedaleko przed Omalo zatrzymaliśmy się u strażnika parku, żeby zapytać o mapę okolicy, wioski i drogowe połączenia. Strażnikowi parku wybudowali przepiękny domek z lokalnego kamienia, ale niestety nie dali nikogo do towarzystwa. Szybko więc padło z jego strony zaproszenie żeby koniecznie wpaść na chwilkę na "pa sta gram". W środku zostaliśmy poczęstowani kozim serem, chlebem i pomidorami i gruzińskim bimbrem lanego po brzegi metalowych menazek.
Próbujemy gadać i wymigiwać się z drugiej kolejki, raptem strażnik wygląda przez okno i wykrzykuje "Ukraińcy!" i wybiega na zewnątrz, po czym za minutę wraca zadowolony z trójką rowerzystów. Ci jechali z drugiej strony, już wracali z Omalo i widać po nich było że byli przestraszeni: mieli przed sobą wielką przełęcz do pokonania a wyraźnie jedno spotkanie ze strażnikiem za sobą. Ukraińcy uprzejmie się napili i zebrali do odwrotu, a my za nimi.


W Omalo jedynie kilka starszych osób żyje cały rok, większość na zimę zjeżdża w niższe tereny.Okoliczne wioski są wykonane z lokalnego kamienia, z pięknymi drewnianymi, zdobionymi balkonami i werandami.Tu widać że czas się zatrzymał. A przynajmniej zwolnił.

Tak się przypadkowo stało, że w Omalo byliśmy 28 sierpnia - to w kościele prawosławnym święto Zaśnięcia Bogurodzicy - odpowiednik nasze Wniebowzięcia NMP - tylko oni mają te święta poprzestawiane. W Gruzji to święto nazywa się mariamoba (więcej o tym na stronie portalu gruzja24.pl). Generalnie to świętuje się nadzwyczaj chętnie i intensywnie. W Omalo polegało to na tym, że na początku odbywając się wyścigi na koniach - akurat dojechaliśmy na sam koniec. Potem wszyscy mężczyźni, wraz z księżmi  wsiadają w samochody terenowe i jadą gdzieś ze strzelbami - podobno na jakieś polowanie, ale o tym też nie powiemy, bo zostaliśmy na miejscu, szukając jakiegoś miejsca by zjeść obiad.
Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie objedliśmy się. Wkrótce mężczyźni wrócili z polowania i zaczęła się uczta.


W trzech rzędach na polanie rozstawione zostały potrawy przyniesione przez kobiety, coś trochę w stylu szwedzkiego stołu. Oprócz nas było jeszcze kilku innych turystów i mieliśmy dla siebie własny kącik. Do stołu zaprosiliśmy jeszcze Pawła i Kamę, którzy przyjechali swoim domem na kółkach aż z Irlandii, i akurat przystanęli widząc co się dzieje.

Abstynentów wsród Gruzinów nie stwierdziliśmy. Czacza - wódka pędzona z winogron lała się szklankami, choć napić można było się również z bawolego rogu - całkiem mocna dawka. Panowała ogólna "alko-radość", co rusz ktoś wygłaszał toast - za pokój, miłość, ojczyznę i zabawę :D. Gruzini nie traktowali nas jako turystów, którzy przyjechali im zrobić zdjęcia jak zwierzętom w Afryce, tylko po prostu jako gości - było to więc strasznie miłe przeżycie. Zrobiło się ciemno, a jedzenia i czaczy nadal nie brakowało i myśleliśmy że zabawa potoczy się przez cały wieczór aż do rana. Nic z tych rzeczy. Nie wiem o co poszło, niemniej ktoś się z kimś pokłócił i "alko-paliwo" sprawiło że świętowanie przerodziło się w wielką bitkę.
Zawinęłiśmy się stamtąd by rozbić obozowisko wraz z innymi turystami. I jak tak sobie siedzielismy wieczorem przy ognisku, padl pomysl zrobienia wycieczki na koniach dnia nastepnego.
Od dawna już o czymś takim marzyliśmy i nie mieliśmy planów na kolejny dzień sprecyzowanych, więc troche nie wiedzac co jazda na koniach oznacza,decyzje podjelismy szybko.

W końcu dołączyły do nas Niemka Fritzie i Szwajcarka Dominika, para Izrealczyków i Polaków - uzbierała nas się więc cała  ósemka. Jedynie jedna szwajcarka posiadała umiejętność jazdy konnej, więc troche na wariata to wszystko. Wraz z nami było dwóch przewodników - jednego oceniamy na 16 lat, drugiego na 12. Żadnego angielskiego nie znali, więc w sumie wyrośliśmy z Madziulą na rosyjskich tłumaczy :)  Najmniej kłoptów mieliśmy z tłumaczeniem części teoretycznej tego przyśpieszonego kursy - bo po prostu żadnych instrukcji nie dostaliśmy, tylko każdej osobie został wydany koń, chłopcy pomogli nam wsiąść i w zasadzie to tyle.



Madziula jako jedna z pierwszych wsiadła na konia, no i koń od razu odszedł gdzieś tam w odwrotną stronę niż planowaliśmy. Ryczeliśmy ze śmiechu prosząc uprzejmie bezradną Madziulę, żeby do nas wróciła. W końcu jednak każdy dosiadł swojego rumaka. Byliśmy zdalnie sterowani przez dwójkę chłopców, ale wiadomo że nie każdemu to wystarczało :)
Wskazówki szwajcarki co do zakrętów w lewo czy prawo i oczywiście hamowania zadziałały też na moim koniu. No to co jeszcze zostało.... Gaz! :) Nie od razu i nie za każdym razem, ale poklepywania tyłka, dźganie butami w brzuch i jakieś niewerbalne dźwięki jednak sprawiały, że ten mój konik naprawdę szybko biegł. Co ciekawe, albo mój koń dawał przykład innym, albo na inne działały te moje komendy, niemniej wszyscy mogli zakosztować tej niewątpliwej przyjemności czy też adrenaliny. Chłopakom to nawet się spodobało i jak skręciliśmy z głównej drogi w ściezkę, puścili wodze fantazji i sami zachęcili konie do wyścigów. To się podobno nazywa cwał. Ho ho ho! Instynkt przeżycia sprawił. Każde siodło bylo wyposażone w taką metaową obręcz, trzymaliśmy się ich z całych sił (co po niektórzy nawet dwoma rękami :D) i pędziliśmy! Nauczone ścigania się konie, strasznie się nawzajem napędzały i momentami tratowały, nikt z nas jednak nie potrafił nad tym zapanować... podnoszenie nóg w czasie jazdy to chyba nie najlepszy pomysł, ale w innym przypadku wydawałoby się że zostaną one zciśnięte przez brzuch sąsiedniego konia. Od tego wyścigu wiele osób intensywnie zabrało się za naukę hamowania :)

Celem naszej wycieczki było niewielkie jezioro Oreti, położone już powyżej granicy lasu pod jednym z okolicznych szczytów. Na piechotę by dojść i wrócić zajęło by ze dwa dni albo jeden bardzo intensywny. Koniem 8h z przerwą nad jeziorem.
Widoki były nieprawdopodobne i frajda i emocje wielkie z doznania czegoś nowego. Samo jezioro zimne jak nie wiem co, ale jak inni weszli, no to jak nie wejść...
Prym wiedli Yetz i Duffi - którzy to właśnie i te konie zorganizowali, i pierwsi do wody wbiegli.
Pięknie się prezentowali.

Zanim Yetz doszedł do tego miejsca, spotkała go nieciekawa historia: jego siodło, wiązane od dołu, niestety się rozwiązało i Yetz wraz z siodłem zsunął się do tyłu i zleciał na ziemię, kiedy wdrapywaliśmy się pod strome zalesione zbocze. Nasi przewodniccy najedli się wyraźnie strachu i pośpiesznie sprawdzili inne siodła i generlanie nic więcej nikomu się nie stało.
Poza obtarciami kości ogonowych. Bo generalnie to wszystko pięknie na zdjęciach wygląda, i fajnie się pościgać, jednak jazda była strasznie męcząca. Na pewno to kwestia złej czy też braku techniki jazdy, więc nie jesteśmy zrażeni do koni, ale wiemy już z czym to się je mniej więcej. Najgorzej było w kłusie, kiedy po prostu waliliśmy tyłkami o siodła i miałem wrażenie jakbym dostawał jakieś lańsko w tyłek, tylko nie paskiem a jakąś deską. Mięśnie następnego dnia każdego inne bolały. Jedno nogi, drugiego tyłek i plecy, Madziulkę ręka, którą mocno trzymała obręcz i lejce by jej koń nie przystępował do kolejnych wyścigów, a trzeba tu dodać, że jej koń lubił ściganie się najbardziej ze wszystkich.
Na wieczór zabraliśmy się z Pawłem i Kamą nieopodal nad rzekę. Strasznie miło było posłuchać opowieści naszych Irlandczyków, którzy swoją terenówką przemierzyli Europę, Turcję i Armenię i w zasadzie dla których zbliżał się już punkt odwrotu. Wóz Pawła posiadał wszystko co tylko sobie można było wymarzyć. Pierwszym punktem na liście marzeń Madziuli jest zawsze ciepły prysznic. Haraszo. Proszę bardzo.

Paweł rozstawia w jedną sekundę kabinę prysznicową z Decathlonu, podłącza odpowiednie węże do silnika, przekręca kluczyk w stacyjce i gotowe. Niewiarygodny luksus! Madziulka wniebowzięta, ale chętnie korzysta każdy.

Rano obudził nas deszcz i wiadomo było że nie mamy czasu by przeczekać to załamanie pogody, więc skierowaliśmy się ku wyjazdowi z doliny przez znaną przełęcz. Cofnęliśmy się do Omalo, po Yetza i Duffy, którym zaoferowaliśmy podwózkę - dostać i wydostać sie stąd bez własnego środka transportu jest nietanie i niełatwe. 
Na przykład kiedy po ulewie osunie się zbocze i droga zostanie zablokowana. Na szczęście na miejscu jest spychacz, który naprawia zepsute odcinki, więc blokada nie trwała długo. Widoki beznadziejne. Zimno, wszędzie wokół chmury, totalne mleko. Na przełęczy opowiadaliśmy tylko Yetzowi i Duffie jak tutaj potrafi być pięknie. Oni w drodze do Omalo jechali nocnym busem i też nic nie widzieli.
Pamiątkowa fota z przełęczy żeby pokazać jak nie było nic do pokazania:

Jechało się jednak strasznie sympatycznie. Izraelczycy w Gruzji stanowią chyba drugą po Polakach największą  grupę turystów. W sumie to do wielu sąsiadów mają wjazd zamknięty, więc Gruzja jest na wyciągnięcie ręki. W drodze przystanęliśmy również przy kolumnie 5 samochodów z Izraelczykami w średnim wieku, którzy zaprosili nas na herbatkę. Z kilkoma z nich rozmawiamy po polsku, mimo że z Polski wyjęchali jako malutkie dzieci. Miło się gawędzi, ale mamy ambitne plany i musimy kontynuować jazdę.
Dolina się poszerza, a droga znów staje się dostępna dla zwykłych osobówek. Można wyłączyć górskie biegi, bo można trochę przyspieszyć. Hmm... coś jakoś poskrzypuje, czyżby zawieszenie się trochę zepsuło na tych dołach? Oglądam samochód od dołu nic nie widać. Ale jak tylko zaczynamy jechać, okropne metaliczne dźwięki powracają. Zmieniamy biegi na górskie i problem ustaje. Ale jak przejechać całą Gruzję z maksymalną prędkością 40 km/h?
W pierwszej wiosce przystajemy by spytać się o radę. Przecież te łady tutaj królują, więc na pewno ktoś będzie znał rozwiązanie. Niestety, kilku mieszkańców wzrusza ramionami i mówi, że naszej nivce trzeba Mastera.
No ładnie. Trzeci dzień jazdy samochodem i już mamy awarię...Yetza i Duffy przerzucamy w busa, bo muszą zdążyć na nocny pociąg. Rano obudzą się w Mestii. Myśmy tam planowali dojechać dopiero za kilka dni, a teraz to już w ogóle nie wiemy czy nam się uda. Podobnie jak z motorem w Ameryce Południowej, własny środek transportu oznacza wolność, kiedy działa, i totalną kotwicę, kiedy przestaje.

O tym jednak co dalej nas spotkało, następnym razem.

Pakiecik zdjęć:

Tuszetia / Gruzja


Pozdrawiamy!

Michał

Madziulka jeszcze chce słówko do Was:

0 komentarze :

Prześlij komentarz