19 listopada 2012


Jak dotąd w Gruzji było pięknie. Dopisywała pogoda, otaczały nas przepiękne widoki, a własnym samochodem mogliśmy zatrzymać się gdzie nam się podobało: przy lokalnym targu, na przełęczy, nad rzeczką na kąpiel. Byliśmy Pan(i)ami sytuacji
Tym razem jednak to nie my chcieliśmy tego postoju.
Nasza ładzina po przejechaniu 120 km po górskich drogach po powrocie do cywilizacji i przełączeniu biegów z górskich na drogowe zgrzytała straszliwie 
Dzięki mieszkańcom Pshaveli udało nam się znaleźć garaż lokalnego mechanika.
Nie będę już tu się rozpisywał na temat naszych uczuć, kiedy usiedliśmy na małych stołeczkach przed bramą garażu, a master pod samochodem szukał źródeł pisków. Z mechanikiem nic nie szło się dogadać, bo nic po rosyjsku nie kumał, ale babeczka z naszej wypożyczalni zapewniła nam ekspresowe telefoniczne tłumaczenie konsekutywne, a i przy okazji dowiedziała się o całej akcji. Awaria skrzyni biegów: całkowity brak oleju, połamany jakiś trybik. Potrzeba części sprowadzić z miasta... Uwierzylibyście, że po 3 godzinach samochód był gotowy drogi? Mimo udanej jazdy testowej nie chciało mi się jednak wierzyć, że awaria się już nie powtórzy. Za 200 km mieliśmy wymienić olej w skrzyni biegów. No dobra.
Ale wyjechać się jednak nie udało.

Bo my jednak nie siedzieliśmy tak całych 3 godzin na tych stołeczkach. Podczas gdy, możemy już tu chyba zdradzić, Ważka zajmował się samochodem, nami zaś zajęła się jego żona, Eliza. 
Centrum życia to w domu Elizy jest jak w wielu polskich domach - przy stole. Stół zaś stoi na wolnym powietrzu, ale dach jest na tyle przedłużony, że w czasie ulewy deszcz do talrzy się nie leje.
Eliza na szczęście znała rosyjski dużo lepiej niż my, jednak żalowaliśmy, że nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się wszystkiego co nas interesowało, jak i sami nie mogliśmy wyrazić wszystkiego, co chcieliśmy powiedzieć. Mieliśmy nawet rosyjskie rozmówki, ale to nie to samo co płynna rozmowa. Z Ukraińcami i Rosjanami o tyle jest łatwiej, że nawet jak mówimy po polsku z rosyjskim akcentem, to oni sobie jakoś jedno słowo dopasują, a inne zgadną. Gruziński zaś jest kompletnie inny więc o ile nie znaliśmy poprawnych słów, wiele naszych "strzałów" nie trafiało do celu.
Legendarna gruzińska gościnność jednak spełniła się w 100%. Co chwilę na stół wjeżdżała nowa dostawa do naszych żołądków. A to pielmieni, a to po prostu orzechy, a to znowu jakiś napój gazowany. Itd itp. 


50 metrów od domu Elizy znajduje się prawdziwy młyn W ramach krótkiej wycieczki zostaliśmy oprowadzeni przez młynarza, który przedstawił nam cały proces technologiczny - a że żonę ma Ukrainkę, wiele udało nam się zrozumieć. Mogliśmy sami sterować rzeką i zemleć kamieniami nieco kukurydzy. Do czego to doszło, że musimy wyjechać za Kaukaz, żeby pierwszy raz w życiu móc się przyjrzeć takim instalacjom...

Ok. ale dlaczego nie wyjechaliśmy jak samochód był gotowy? 
Kiedy jazda testowa zakończyła się sukcesem, wciąż było jasno, ale wiadomo było, że wiele kilometrów nie ujedziemy. Dla Elizy i Ważki jednak, to było po prostu niewyobrażalne, że mamy spać pod namiotem, jeśli możemy spędzić noc u nich. 
Wiedzieliśmy, że ciężko będzie zebrać się o świcie, i kolejny znów nam się nieco rozejdzie, ale z drugiej strony, sytuacja była niepowtarzalna i czuliśmy że po prostu chcemy zostać.

Wieczór spędziliśmy swojsko. Eliza na jednym palniku butli gazowej ugotowała gigantyczną kolację. Ważka wrócił z warsztatu, i dołączył do nas świeżo wykąpany i uśmiechnięty od ucha do ucha. Przyjechał również brat Ważki ze swoją dwuletnią córką, którą Madziula do dziś wspomina przez pryzmat długaśnych włosów:

 Kto był w Gruzji, scenariusz wieczoru zna, kto nie był, i tak sobie wyobraża. 
Wraz z przybyciem braci średni poziom języka rosyjskiego spadł na poziom nieco powyżej naszego laotańskiego. Z drugiej strony mogliśmy skosztować lokalne piwko i czaczę w opcji znanej jako "wielka dolewka". 
Chyba nie wspomniałem dotąd, że Eliza i Ważka też mają dzieci. Córeczka, koło 10 lat i synek, sam poczatek podstawówki. Córeczka nawet niektóre słowa kojarzyła po angielsku, ale była niesamowicie speszona i głównie siedziała wpatrzona w Magdę - była niesamowicie przejęta i jak na dłoni można było dostrzec, jak bardzo chciałaby z nią pogadać. Przerwy na wpatrywanie się w Magdę były wyznaczane przez mamę poprzez kolejne zadania typu przynieś wynieś. Synek zaś siedział z nami przy stole cały czas i obiema rękami trzymał swoją wielką szklankę. Z początku żartowałem, że jego sok jabłkowy jest podobny do piwa, na co bracia się śmieli bardzo głośno i potwierdzali, że rzeczywiście. Do tej pory pamiętam jakim było dla mnie szokiem, jak rzeczywiście okazało się, że chłopiec z zadowoleniem popija piwo. 6 lat!!!

 Serwowane jedzenie i napoje bardzo nam smakowały i staraliśmy się to wyraźnie pokazać. Być może nawet nieco zbyt wyraźnie. Trudno powiedzieć, która była to godzina w nocy, ale brat Ważki stwierdził, że koniecznie musimy pojechać do niego do domu po wino dla nas. Kilkaset metrów vectrą pokonaliśmy w mgnieniu oka i już po chwili rureczką zasysaliśmy wino z beczki do butelek  Dodatkowo otrzymaliśmy słynną czaczę, również domaszną. Mimo że generalnie było ciemno, nie mogliśmy wrócić do Elizy i reszty załogi zanim nie zostałem oprowadzony po całym majątku dumnego gospodarza: naprawdę dorodne miał te świnie, konie, kury itd. 
Impreza u Elizy trwała jakiś jeszcze czas, ale dzięki zastosowanej sympatycznej asertywności udało nam się zakończyć ją w dobrym stylu. Ależ przyjemnie się spało nie w namiocie, lecz pierwszy raz od Tbilisi pod dachem!
Nie bez śniadania i nie o świcie i nie bez serdecznych pożegnań ruszyliśmy w dalszą drogę. 

Madziulka siadła za sterem Nivki po raz pierwszy i mam wrażenie że bardzo jej się jazda podobała. Okrzyk niezadowolenia z zaliczenia kolejnego wyboju na drodze zastąpił nieskrywany śmiech. Wiadomo - puntk widzenia zależy od punktu siedzenia - ale dodatkowo rzeczywiście prawy fotel miał w oparciu jakieś metalową część, na której już wiele gąbki nie zostało. 

Samochód sprawnie pokonywał kolejne kilometry, jednak kolejnym hamulcem okazała się pogoda. Nie było się dokąd śpieszyć, więc przynajmniej mieliśmy zachętę by przystawać na dłużej przy zabytkowych kościołach, czy namiastkach kawiarni. 

Podobnie jak chmury, nad naszymi głowami kłębiło się zasadnicze pytanie - co tu dalej robić. Prognoza na całą Gruzję jednakowo beznadziejna i długotrwała. Ale coś przecież musimy zrobić. Nie możemy siedzie jak niegdyś w Puconie w Chile i czekać aż znów na niebie nie będzie innego koloru oprócz niebieskiego. 
Koniec końców zdecydowaliśmy, że damy szansę Kazbekowi. Najsłynniejsza góra Gruzji jest położona niedaleko jedynej w Gruzji drogi prowadzącej do Rosji. Sam szczyt, przekraczający 5000m npmn leży dokładnie na granicy i zdjęcie na jego tle należy do programu obowiązkowego każdej wycieczki. Dodatkowo, u stup szlaku prowadzącego na górę położony jest słynny klasztor z XIVw., Cminda Sameba, niezwykle ważny dla Gruzinów. 
Z Tbilisi do miejscowości Kazbegi (obecnie Stepancminda), skąd odbija się w terenową drogę prowadzącą do klasztoru, zwana jest Gruzińską Drogą Wojenną, którą wybudowano, by Rosjanie mogli sprawnie przerzucać wojsko przez Kaukaz by chronić własne interesy. Widoki oczywiście są przepiękne, jednak dziś nawierzchnia w znakomitej większości zrobiona jest z asfaltu, hotele przy narciarskim kurorcie wielkością dorównują tym alpejskim, a bogate samochody na rosyjskick blachach jadą jeden po drugim. Czuliśmy się więc chyba nieco jak turysta który po pobycie w Bieszczadach przyjeżdża do Zakopanego. Czujecie, nie? 


Taką właśnie pogodę mieliśmy przy klasztorze Cminda Sameba. Z mgły wyłonił się dopiero kiedy bylismy oddaleni o jakieś 20 metrów od jego bramy. Fatalnie! Wewnątrz rzeczywiście piękny i warto zajrzeć, jednak nie mamy wątpliwości, że to jego przepiękna lokalizacja sprawia, że odwiedzają go nie tylko religijni Gruzini, ale i wszyscy goście Gruzji. 
W górach pogoda się szybko i nieprzewidywanie zmienia - daliśmy więc Kazbekowi drugą szansę. Może rano będzie lepiej?  
A i owszem, poprawa była znaczna.


Tym razem słynny klasztor było widać ze słynnej polany - ale nie było mowy ani o zobaczeniu go na tle wielkiej góry, leżącej po przeciwnej stronie doliny, ani tym bardziej - patrząc w odwrotnym kierunku, majestycznego Kazbeka. 
Może z tego zdjęcia tego nie da się wywnioskować, ale byliśmy jakoś niesamowicie zadowoleni, a już na pewno nie rozczarowani. Już tyle razy w naszym wspólnym podróżowaniu pogoda sprawiała, że to, co oglądaliśmy w przewodniku okazywało się być inne niż akurat w tym dniu kiedy mieliśmy szansę zobaczyć, że jakoś łatwo było nam się z tym pogodzić. Daliśmy szansę, nie udało się. A i tak kaweczka zrobiona na polanie smakowała wyjątkowo, a i mamy jakieś dziwne wrażenie, że to miejsce jeszcze kiedyś nam będzie dane zobaczyć. No i dojazd na polanę ładziną kosztował nas kilka złoych za paliwo, a nie godziny marszu  czy też wielokrotnie więcej za wynajęcie specjalnej taksówki. Przy okazji obydwa razy zabraliśmy turystów, którzy po drodze nie wahali się ani chwili, by zamienić pieszkę na tylną ławę łady. 
Próbowaliśmy jeszcze dać szansę i znaleźć jakąś alternatywną drogę z Kazbegów do głównej drogi prowadzącej na zachód Gruzji, ale niestety, po raz kolejny okazało się, że nie sposób "przeskoczyć" do innej doliny i trzeba trasę powtórzyć. Ale i te próby dostarczały nam mnóstwo radości:


A kilka dodatkowych zdjęć zobaczcie w kolejnym albumie:

Kazbeg i okolice

Do następnego odcinka, 
Pozdrawiamy

Michał

0 komentarze :

Prześlij komentarz