23 kwietnia 2014


- Michaś, Ty to jesteś cwany. Ja nie wiem, jak to się dzieje, że za każdym razem po ładowaniu baterii do latarki, dostajesz tą lepszą. A w moje ręce wpada zawsze ta, która zaraz przestanie świecić... - narzekałam, ślepiąc w ziemię i szukając miejsca na stopę na kolejny krok.
- Oj, przesadzasz... - odpowiedział Michał, uśmiechając się pod nosem. - Idziesz...?
- Idę, idę... Ślisko mi w tych klapkach i ledwo cokolwiek widzę.
Wchodziliśmy do jaskini w Lanquin. Nie chcieliśmy tak naprawdę jej jakoś super dokładnie zobaczyć. Przyjechaliśmy w to miejsce głównie przez nietoperze, których mieszka w jaskini mnóstwo i które o zachodzie słońca wylatują gromadnie na łowy. Przez to jednak, że za wcześnie pojawiliśmy się przy wejściu, padł pomysł na zajrzenie do środka. Dosłownie na 10 minut.

Miało to być miłe zakończenie i tak ciekawego dnia. Wieczorem dnia wcześniejszego zajechaliśmy do Lanquin, miejsca położenego tuż przy wapiennych basenach w Semuc Champey. Było już ciemno, dużo czasu straciliśmy na poszukiwania miejsca do spania. W końcu znajdujemy pokój, mało przyjemny, i nie najtańszy, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Zapłata za pokój, przed wejściem do niego - jak w Meksyku. Grzebiemy w portfelach i widzimy, że na nocleg wysupłamy, ale nic poza tym nam nie zostanie, nawet na śniadanie zabraknie, nie mowiac juz o benzynie, ktorej w baku brak. Coś nie najlepiej zaplanowaliśmy nasze fundusze. Trudno, będziemy musieli rano wymienić dolarowe zaskórniaki - myślimy sobie i idziemy spać. Niestety nie jest to takie proste. Welcome to the jungle - tak kwituje to jeden ze spotkanych Gwatemalczyków, ktorego zaczepiamy na ulicy z prosba o pomoc. W miasteczku jest jedno miejsce, w którym można wymienić pieniądze - bank Banrural. Pracownicy zostali w nim jednak zobowiązani do nieakceptowania banknotów innych niż 50 i 100 USD. Przyczyna? Narkotrafikańci obracają sfałszowanymi banknotami 20USD, którymi zalany jest rynek w Gwatemali. A my mamy przy sobie tylko 20-dolarówki. Chcieliśmy być przezorni i nie zabraliśmy ze sobą dużych nominałów, z którymi zazwyczaj są problemy. Zapewnienia, że są to banknoty prosto z amerykańskiego bankomatu nie wystarczają. Trudno, na pewno są tu jakieś nieoficjalne miejsca wymiany walut. I są, a właściwie i jest. Apteka, tam farmaceuta handluje też walutami. Po tak zbójeckim kursie, że chyba bardziej opłacałoby się nam pojechać do miasta, oddalonego o 2 godziny drogi, niż wymieniać u niego. Ostatnią deską ratunku na sensowne pozyskanie quetzali wydaje się być mój szeroki uśmiech i ... Ignaś pod pachą. Może uda nam się złagodzić zasady bankowych biurokratów. Zanim jednak przebiję się do okienka, 60 osób przede mną, kolejka na kilka dobrych godzin stania, bo w Lanquin jest dzień targowy i ludzie wykorzystują wizytę w mieście do złożenia depozytu lub wypłacenia kasy z konta. Kolejkę poza budynkiem udaje mi się sforsować łatwo. Istnieje taka niepisana zasada, że interesanci z dzieckiem mogą wejść bez kolejki. Już tylko 30 osób przede mną, obserwując ruchy pracowników - jakieś 2 godziny stania. Z Ignasiem na ręku - 2 godziny nudnego stania w kolejce? Można zapomnieć. W środku ochroniarze kierują mnie do osobnej kolejki, nie wierzę własnemu szczęściu - przede mną jest tylko jedna osoba! Radość moja jednak krótka jest, bo facet przede mną obsługiwany jest już od godziny i nie zanosi się na zakończenie jego sprawy. Po czym szybko okazuje się, że nie ma mowy o wymianie banknotów 20-dolarowych, a nawet gdyby mowa była to i tak po odstaniu swojego w tej kolejce muszę iść do drugiego okienka, za 30 osób. Nie będę już wchodziła w kolejne szczegóły, dość, że z pomocą przyszedł mi współ-w-kolejce-stacz. Miał przy sobie akurat kilka grubszych dolarów. Zamienił moje banknoty na wyższe nominały, po czym pracownicy banku jakoś tak to wszystko zorganizowali, że ostatecznie wyszłam z banku z gwatemalskimi quetzalami w dłoni, bez konieczności stania za 30 osobami.

Pod bankiem Banrural
Skoro mamy już jak zapłacić za benzynę na dalszą drogę i śniadanie, jedziemy kilka kilometrów dalej do Semuc Champey. To ukryty w dżungli 300 metrowy wapienny most, pod którym przepływa rzeka, a na którym jest seria basenów, połączonych ze sobą małymi wodospadami. Po wodospadach można zjeżdżać na tyłku, przeskakując pomiędzy kolejnymi basenami, można pływać i eksplorować jaskinie. Taki prawdziwy naturalny Aqua Park, tylko dosyć tłoczny. Jeszcze nigdy w tej podróży nie spotkaliśmy tylu gringo backpackersów na 1km2. Jak się jednak wejdzie do basenu, w którym akurat nie ma tłumu ludzi lub też jak się poczeka do po południa, kiedy to wszystkie "toury" wracają do Lanquini może być naprawdę super przyjemnie. Zakumplowujemy się przy jednym z basenów z gwatemalską rodziną. Seniorka rodu nie wchodzi do wody i jest bardzo chętna do opieki nad Ignasiem. Idealnie.








Po powrocie z basenów w Semuc Champey przepakowujemy plecaki i jedziemy do wspomnianej na początku jaskini na spotkanie z chmurą nietoperzy. Wchodzimy do niej pomału. Ścieżka - chodnik szybko się urywa, dalej w głąb jaskini idzie się po ziemi i skałach. W jedynym miejscu jest drabinka w dół, dalej z kolei trzeba przejść po skałach, które normalnie zatopione są w rzece. Teraz po rzece nie ma śladu, mamy koniec suchej pory. Widać, że do jaskini została kiedyś doprowadzona elektryczność. Dzisiaj wiszą tylko nad nami gdzieniegdzie kable, a pod stopami widzimy rozbite żarówki. Bardzo, bardzo tu ciemno. Moja latarka jest zdecydowanie za słaba, żeby dojrzeć jakieś stalaktytowe formacje. Poza tym ślisko mi w tych klapkach i obawiam się, że nietoperze mi uciekną. Żadna radocha z takiego pobytu w ciemni. Równie dobrze mogłabym się w kibelku zamknąć, zgasić światło i uruchomić wyobraźnię ze stalaktytami gdzieś tam w tle. Chcę wracać. Michał z kolei chce zobaczyć jeszcze do jamy za winklem. Zostaję więc z Ignasiem, Michał idzie sam, ma za sekundę być z powrotem. Sekundę później słyszę dźwiek upadającego "czegoś/kogoś", widzę gwałtowny ruch strumienia światła i ... ciiiiszaaa.
- Michał! - wołam.
Cisza. Wołam więc głośniej. I jeszcze głośniej. Drę się jak tylko najgłośniej potrafi moje gardło. Cisza. Nikt nie odpowiada, nie słyszę żadnego kroku ani ruchu. Przecież nie może mnie nie słyszeć, przecież minęło kilkanaście sekund od kiedy się rozdzieliliśmy. W głowie wielki burdel. wyobraźnia ruszyła z kopyta i nie chce się zatrzymać. Patrzę na ziemię - mam plecak, aparat i Ignasia. Nosidełka brak, Michał zabrał go ze sobą. Nie ma opcji, że z Ignasiem pod pachą pójdę w tą ciemnię szukać Michała, który pewnie gdzieś upadł. Postanawiam więc iść do wyjścia poszukać pomocy. Plecak i aparat zostawiam na ziemi, Ignaś pod pachę i idziemy. Póki jest ścieżka jest łatwo. Trudniej pokonać "rzekę". Ostrożnie, pomału, skała po skale udaje mi się. Dochodzę do drabinki. Ignaś zaczyna chyba wyczuwać strach mamy - zaczyna płakać, wyrywać się. Jak ja mam z nim płaczącym wejść po tej drabince? Krzyczę, jestem już tak blisko wyjścia. Może mnie ktoś usłyszy...? I owszem ktoś mnie słyszał i płaczącego Ignasia, nie z tego kierunku, z którego się spodziewałam. Michał. Dwie minuty później byliśmy już przy wyjściu z jaskini. Usiedliśmy na skałce i patrzyliśmy na wylatujące tłumnie nietoperze. Nie wiem, ile trwała ta chwila strachu. 15 minut? Krótko, choć te 15 minut trwało w mojej głowie z godzinę.



Nic takiego się nie stało. Michał mówi, że na chwilę stracił orientację i chwilę mu zajęło odnalezienie się. Skąd ten dźwięk, skąd ruch latarką? Pewnie po prostu skoczył ze skały. A w jaskiniach dźwięk różnie się przenosi, dlatego mnie nie słyszał. Chciałabym mieć trochę mniejszą wyobraźnię. Strach ma bardzo wielkie oczy. Tylko co było źródłem tego strachu. Ciemność? Przeczytane historie o Gwatemali? Ukryte lęki, które pozostały we mnie po wypadku? Wie to tylko moja wielka głowa i ukryta w niej podświadomość.

Magda

Więcej zdjęć
Semuc Champey


Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

0 komentarze :

Publikowanie komentarza