2 marca 2010



Im dluzej jestesmy w Boliwii i wiecej od La Paz widzimy tym bardziej nam sie ten kraj podoba. Potosi to juz kolejny przyklad niezwyklej Boliwii. Miasto to zrobilo na nas olbrzymie wrazenie. Na tyle wielkie, ze ... zostalismy dluzej niz poczatkowo planowalismy.

Historia Potosi, i ogolniej wszystko co jest z tym miastem zwiazane, laczy sie rowniez mniej lub bardziej ze srebrem. Legenda mowi, ze localny Inka - Diego Huallpa szuakajac lamy, ktora uciekla, zatrzymal sie i rozpalil ognisko pod gora zwana w quechua Potojsi - co oznacza grzmot lub eksplozje. Ogien stal sie tak goracy, ze ziemia pod nim zaczela sie topic i blyszczaca ciecz wyplynela spod ziemi. Diego od razu uswiadomil sobie, ze musi to byc surowiec, ktorego usilnie poszukuja hiszpanscy konkwistatorzy. Legenda legenda - w rzeczywistosci Hiszpanie szybko dowiedzieli sie o bogactwie tkwiacym w gorze. W kwietniu 1545 Hiszpanie zalozyli pod zboczem gory miasteczko i rozpoczeli wielki proces wydobycia srebra. Warunki pracy z kopalniach byly tak ciezkie, ze lokalni indianie umierali w wyniku wypadkow lub chorob spowodowanych wdychaniem toksycznych substancji. Z czasem Hiszpanie sprowadzili wiec niewolnikow z Afryki do pracy z kopalniach. Zmuszani oni byli do pracy przez 12h, poz ziemia spali i jedli, a ich zmiana konczyla sie po 4 miesiacach. Hiszpanie wydobywali w pewnym momencie tyle srebra, ze mowilo sie ze moga zbudowac z niego most do Hiszpanii i wciaz beda mieli co nim transportowac.

Wydobywane srebro przyczynilo sie do znaczacego rozrostu miasta. Potosi stalo sie najwiekszym i najbogatszym miastem w obu Amerykach. Z czasem jednak zasoby srebra zaczely znaczaco sie kurczyc, miasto zaczelo podupadac. Obecnie wydobycie w Cerro Rico jest kontynuowane i bazuje glownie na wydobyciu cynku, srebro jest surowcem marginalnym.

Wiekszosc turystow przyjezdza do Potosi, zeby zobaczyc jedna z wciaz operujacych kopalni. I jest to niewatpliwie atrakcja niezapomniana. Nam jednal niemniej podobalo sie samo miasto. Ale po kolei.

Po przyjezdzie do Potosi i znalezieniu przyzwoitego nolcegu, co po raz juz kolejny latwe nie bylo, poszlismy zarezerwowac wycieczke do kopalni. Wiele osob polecalo nam Koala Tours, jako ze jednak tam zawolali od nas 100 Bs od osoby (40zl), poszlismy poszukac czegos tanszego i znalezlismy za 60 Bs (20zl). Nastepnego dnia o 9 spotkalismy sie w biurze, tam herbata z koki i do busa. Busik zawiozl nas do jakiegos prywatnego domu, w ktorym byl magazyn strojow. Kazdy z nas dostal spodnie, bluzy, kalosze, i pseudo-kaski z latarkami. Wygladalismy tak:



Stamtad pojechalismy na targ, na ktory jezdza wszystkie toury kupowac prezenty dla gornikow. Przewodnik wytlumaczyl nam, co gornicy konsumuja kazdego dnia (paczke koki, butelke wody, paczke papierosow i troche czystego spirytusu, bo jest przesad, ze czysty spirytus sprawi ze znajda czyste mineraly) i rozpoczelismy nasze zakupy. Ta czesc touru z checia bysmy sobie podarowali. Wolelibysmy, zeby koszt kupienia ¨prezentu zostal zawarty w cenie wycieczki. Nie podoba nam sie takie sztuczne stwarzanie poczucia kupowania dobrego uczynku. No ale coz zorbic. Na szczescie dzieki smokowi mozemy ograniczyc nasze uczestnictwo w tourach do absolutnego minimum. Kupilismy wiec na pezenty po paczce koki i butelce wody. I ruszylismy do kopalni.



W kopalniach warunki pracy nie zmienily sie bardzo od czasów kolonialnych. Nasz przewodnik co prawda wielokrotnie powtarzal, ze te kopalnia, która zwiedzamy jest zmodernizowana. Jest do niej doprowadzona woda i powietrze, a niektóre korytarze maja elektrycznosc, dzieki czemu skaly pakowane w worki wciagane sa na kolejne korytarze elektrycznymi wyciagnikami, a nie recznymi korbami (konkretniej taka maszyna jest tylko jedna - na najwyzszym poziomie, na pozostalych wciaz pracuja przy recznych korbach). Mimo tej calej modernizacji górnicy pchaja wózki wlasnorecznie, korytarze wysadzane sa dynamitami i wykuwane, po czym porzadkowane lopatami, miedzy kolejnymi korytarzami przechodzi sie po 30 metrowych drabinach watlej konstrukcji lub po prostu wspinajac sie po skalach. Kopalnia, która odwiedzilismy jest obecnie bardzo aktywnie urzytkowana, przez co wiekszosc korytarzy ma ok 180-200cm na wysokosc i tylko przy przechodzeniu na nizsze poziomy musielismy sie przeciskac pod niskimi sufitami. Podobnie z kurzem. Nieznosny kurz dawal sie we znaki tylko na nizszych poziomach. Na górze jest doprowadzona woda, przez co problemu kurzu nie ma, czlapalismy w dosc glebokich kaluzach i blocie, a wózki suniete przez górników przejezdzaly kolo nas jedne za drugimi.



W kopalni bylismy ok 2,5h. Odwiedzilismy - Tio - czyli takiego kopalnianego Boga, którego górnicy odwiedzaja przed rozpoczeciem swojego dnia pracy. Przynosza mu prezent w postaci spirytusu, zapalonego papierosa wtykaja w buzie, coby sobie zafajczyl i prosza go o udany - czyli bezpieczny i obfity w znalezione mineraly dzieñ. Tio byl akurat w wersji karnawalowej - caly obwiazany serpentynami i oblany taka iloscia alkoholu, ze smierdzialo na spora odleglosc. Pózniej przeszlismy stopniowo do czesci, w której akurat pracowali górnicy, czyli do nizszych, zapylonych korytarzy. Warunki pracy naprawde uderzaja. Prymitywne narzedzia i ten nieznosny pyl, który sprawia, ze wiekszosc górników umiera po 10-15 latach od rozpoczecia pracy w kopalni na ... A ze ludzi zaczynaja tam prace zazwyczaj w bardzo mlodym wieku (10-15 lat), zeby pomóc w utrzymaniu rodziny, umieraja czesto w mlodym wieku. Nasz przewodnik - Emilio, mówil, ze w Potosi jest malo mezczyzn, którzy nigdy nie pracowali w kopalni. Nawet studenci przychodza tu pracowac w weekendy. W ciagu dwóch dni moga zarobic od 200 do 600 Bs, w zaleznosci od tego jaka dokladnie prace wykonuja. ¯ycie kobiet tez toczy sie mniej lub bardziej bezposrednio z wokól kopalñ. Istnieje przesad, ze kobieta nie moze pracowac pod ziemia - powoduje to bowiem zazdrosc Pachamamy (Matki Ziem) i przynosi pecha. W rzeczywistosci jednak wiele kobiet pod ziemia pracuje, a tych kopalniach, który przesad jest przestrzegany - kobiety sa zatrudniane na powierzchni - np przy segregowaniu skal. Na temat warunków pracy w kopalniach w Potosi zostal nakrecony film - The Devil's Miner. Usilujemy go sciagnac, zeby obejrzec, jak nam sie juz uda, powiemy czy polecamy :)



Na koniec naszej kopalnianej wycieczki Emilio zrobil nam pokaz dynamitowy. W kopalni wielokrotnie slyszelismy wybuchajace dynamity, nie widzielismy jednak jak dokladnie sie to wszystko przygotowuje. Jako, ze w kopalni pracowalo wlasnie bardzo wielu górników, pokaz dynamitowy mnusial odbyc sie na powierzchni ziemi. I tak Emilio polaczyl nitrogliceryne z workiem tlenku zelaza wetknal w to wszystko lat, podpalil i powiedzial, ze mamy 2 minuty na zrobienie sobie zdjecia. Micho:



Po dwóch minutach zabral nam dynamit pobiegl wsadzic go w ziemie i odeszlismy jakies 50 metrów. Huk straszliwy. Micho nagral filmik - jak dojedziemy w obszary lepszego netu - zamiescimy :)



Pozostale dwa dni spedzilismy na wlóczeniu sie po miescie, które szczególnie mi BARDZO sie spodobalo. Jesli kto uwaza, ze sama wycieczka do kopalni nie jest dla niego, warto odwiedzic Potosi dla samego miasta, dla architektury. Przechadzajac sie po uliczkach widac troche podupadla dawna potege miasta. Piekne, róznokolorowe, kolonialne kamienice z przerózniastymi balkonami, wykuszami, zdobieniami. Gdzieniegdzie urocze placyki z niedzialajacymi juz fontannami - wciaz jednak miejsca bardzo socjalne, obsadzone duza iloscia laweczek. I te koscioly...



W nich najbardziej widac dawny przepych i potege. W zadnym jeszcze miescie nie udalo nam sie az do tylu kosciolów wejsc. Wieczorem - ok 18 i rano ok 9-10 otwieraly sie na msze i mozna bylo je spokojnie obejsc. Wiele naprawde pieknych, zadbanych wnetrz. Odwiedzilismy tez Casa Nacional de Moneda, czyli miejsce, w ktorym przez prawie 400 lat wybijano monety. Na poczatku na potrzeby hiszpoansko-kolonialne, pozniej na potrzeby boliwijskie. Dopiero w latach 50-tych XX wieku rzad Boliwii stwierdzil, ze produkcja monet sie juz wiecej nie oplaca (monety zawieraly wówczas 25% srebra, którego zasoby radykalnie sie skórczyly). I tak monety boliwijskie produkowane sa aktualnie w Chile, 5Bs w Kanadzie, a pieniadz papierowy we Francji. Przewodniczke w muzeum mielismy wyjatkowo beznadziejna i nieskora do udzielania wielu informacji, dowiedziec sie jednak mozna bardzo wiele z opisów na scianach i calkiem profesjonalnie jak na Ameryke Poludniowa przygotowanych ekspozycji.



Pełny album zdjęć z Potosi:

Potosi



Po prawie 3 dniach spedzonych w Potosi zdecydowalismy, ze jedziemy dalej, choc mi tak sie podobalo, ze z checia wielka zostalabym na dluzej. Podobala mi sie bardzo atmosfera miasta, w którym zycie toczylo sie wlasnym tempem, a turystów naprawde nie bylo widac duzo (z wyjatkiem touru do kopalni, gdzie spotkalismy setki ludzi na ulicy z prezentami dla górników). Ludzie przyjemni, bardziej przypominajacy tych z Sucre niz tych z La Paz. Milo. Jako ze jednak ciagle nam w glowie ta Patagonia, postanowilismy jechac dalej.



Smok zapakowany i w droge - do Uyuni, do ostatniego i taaaaak dlugo wyczekiwanego punktu naszej podrozy po Boliwii. 200km do Uyuni zajelo nam prawie 2 dni. Przez deszcz i roboty drogowe, które w Ameryce Poludniowej oznaczaja owszem - fragmenty asfaltu, ale i jeszcze wieksze fragmenty rozkopanej ziemi, która w deszczu tworzy bardzo glebokie bloto. Jechalismy wiec wolno przed siebie i chcialo mi sie ryczec. Bo tak dluuugo czekalismy na ten fragment naszej podrozy, jechalismy przez taaaaak piekne tereny i lalo wlasciwie non-stop, a o promieniach slonecznych mozna bylo co najwyzej pomarzyc. Po drodze przespalismy sie w malym Alojamiento w Tica Tica za 10 zlociszy za pokój, wieczorem pogaworzylismy z przemilymi lokalsami, którzy wcale nas nie pocieszyli jesli chodzi o prognoze pogody, po czym urzadzilismy sobie seans kinowy, serwujacy "wesele". W totalnym deszczu dojechalismy do Uyuni, w którym sloñce zaczelo niesmialo przebijac. Tu okazalo sie, ze jestesmy 3 dni za pózno. Jeszcze 3 dni wczesniej dalo sie dojechac do wyspy z kaktusami na Salarze, wiekszosc Salaru byla sucha, jedynie w niektórych czesciach bylo odrobine wody. Od 3 dni natomiast leje, mozna wiec wjechac na Salar tylko kawalek - 8-10 km w glab, a wody jest w pól kola. Z kilkutelniego marzenia o noclegu w namiocie na Salarze nici. Podolowalismy sie wiec do koñca dnia, popytalismy w róznych agencjach o opcje trasy do Chile przez obszar lagunowy i postanowilismy kolejnego dnia pojechac na Salar liczac, ze wcale nie bedzie zle i przy okazji dokladnie wypytac kierowców o trase - oni wiedza w koñcu lepiej jaki jest stan dróg niz babeczki wciskajace wycieczki.

Zdjęcia wykonane po drodze, w przerwach kiedy nie padało:

Z Potosi do Uyuni


O naszym pobycie na Salarze we wpisie nastepnym. Teraz powiem Wam tylko tyle - RYK szczescia, TOTAL orgazm, radosc, glupawka. Ze spokojnym sumieniem moge powiedziec, ze byl to jeden z najpiekniejszych dni w moim zyciu. OJDAZD.

Jutro postaramy sie wyjechac w kierunku Chile. Do San Pedro (Chile) planujemy dotrzec za jakies 5-7dni. I wtedy sie odezwiemy. A wrazeñ bedzie duzo. To pewne.

Madziula

4 komentarze :

  1. a nie wieje u Was? mp

    OdpowiedzUsuń
  2. nie wieje, nie pada, nie ma chmur

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na opis jak bylo na salarze bo ten Total Orgazm otwiera wyobraźnię. No ina zdjęcia czekam. Pozdrawki kielecka mama

    OdpowiedzUsuń
  4. piekne zdjecie z kluczykiem :) buzia dla was (dla michona dodatkowa za odwage z tym lontem ;})

    OdpowiedzUsuń