13 marca 2010



Rano w Uyuni poszliśmy do mechanika usłyszeć prawde – czy udalo się reanimowac akumulator, czy tez musimy czekac az skonczy się strajk w La Paz, minie weekend i będą mogli sprowadzic nowy akumulator. Wieczor wczesniej stwierdziliśmy, ze choćbyśmy mieli czekac na nowy akumulator tydzień czy dwa, nie odpuścimy i nie pojedziemy oglądać laguny jeepem.

Akumulator odratowac się udalo. Odpowiedzi na pytanie jak dlugo wytrzyma jednak nie uzyskaliśmy. Powiedzieli nam jedynie, ze do Chile powinno udac nam się dojechac. Nie wiedzieli jednak, jak chcemy to wszystko zobaczyc. A zalozenia nasze były następujące. Jedziemy pomalu, nie do konca bezposrednio – zbaczamy z głównego szlaku, jak tylko cos nam się podoba. Zatrzymujemy się duzo, nigdzie się nie spieszymy, szanując jednak przy tym wszystkim czas, rano wstawajac. Cieszymy się kazda chwila i nie martwimy czy cos stanie się z motorem. Carpe diem. Z zalozenia wiec już wiedzieliśmy ze zajmie nam to duzo dłużej niż standardowym wycieczkom w ten region. Jak dlugo? - mialo się dopiero okazac. I mimo ze z tyłu naszych glow był ten wątpliwej jakości akumulator i wiedzieliśmy ze jedziemy w tereny na tyle odludne, ze w razie czego ciezko nam będzie o jakakolwiek pomoc, obiecaliśmy sobie, ze zrobimy wszystko, żeby mysli mieć czyste, a nastawienie pozytywne. Za dlugo na to czekaliśmy. To wlasnie przez ten region i przez salar zdecydowaliśmy się pojechac w te podroz do Ameryki Poludniowej. Czekalismy na przejazd przez obszar lagunowy od Kolumbii. Musi się wszystko udac.

Po zrobieniu ostatnich zakupow, napelnilismy dwa kanisterki – jeden benzyna (10l), drugi woda (tez 10l), Micho opracowal niezły patent na kalosze (bo po co w nich jechac skoro slonce takie piekne!) i wyjechaliśmy ok. 12 z Uyuni. Już trzeci dzien z rzedu swiecilo piekne slonce, a na niebie nie było zadnych chmur. Wiedzielismy wiec ze droga, która mamy do pokonania do San Cristobal musiala wyschnąć i jest w lepszym (czyt. mniej błotnistym) stanie niż ta do Colchani – na Salar de Uyuni.
Jednak nie zdazyl sie jeszcze dobrze rozgrzac silnik, a juz mielismy pierwszy postoj. Tuz za Uyuni jest tak zwane cmentarzysko pociagow, gdzie stoja sobie i niszczeja nikomu juz nie potrzebne wagony i lokomotywy, niegdys sluzace do transportu kruszcow do Chile do Antofagasty. Teraz już nikomu dłużej nie potrzebne, stoją i rdzewieją, popisane grafiti, niektóre z nich są nawet całkiem dowcipne. Obowiązkowy pierwszy punkt wycieczek zorganizowanych. W sumie całkiem fajnie, można było do woli szukać ciekawych miejsc, których było całkiem sporo. Aż dziw że nikt tego nie pilnuje, a drugi nikt nie próbuje rozkraść. A w Polsce na złom wycinane są tory wciąż znajdujące się w użyciu...



Tuż za cmentarzyskiem otworzyla się przez nami przestrzen, przestrzen niczm nie ograniczona. Droga – tarka niemilosierna, ale rzeczywiście sucha. Radosc – wielka. Bo jedziemy, bo udalo się wyruszyc, bo jest plan, bo wydaje nam się, ze o wszystkim pomyśleliśmy. Zalozenia wypelniamy i stajemy co chwile. I myslimy sobie, ile to zalezy od kolejności zwiedzania. Jadac z przeciwka z Chile pewnie nie zwrócilibyśmy na te czerwone rzeki, które mijamy uwagi, pewnie nie chciałoby nam się do tej spekanej ziemi i 500m od drogi położonej kaluzy podejść, tylko byśmy już Salara w dali wypatrywali. Teraz chce nam się natomiast WSZYSTKO. I dobrze. I tak ma być!

Do San Cristobal (niecałe 100km od Uyuni) dojeżdżamy około 17. I decydujemy się przerwe zrobic. Za godzine zacznie się robic ciemno, a tu możemy zjesc za przyzwoite pieniadze cos cieplego i przenocowac się w alojamiento, w którym jest prysznic (nie jest wcale to w alojamientos na boliwijskiej wsi oczywistość) i kontakt w pokoju (kontakt tez wcale oczywistością nie jest, jedynym standardem są cztery sciany, sufit i lozko). Szczególnie ten kontakt nas kusi – zepsula się nam bateria zapasowa w aparacie, a rezerwowa, przy tak zimnych nocach i czestym uzywaniu nie wytrzyma wiecej niż 3-4 dni. W alojamiento nocuja oprocz nas 3 jeepy z turystami. Nocleg jak się okazuje nieplanowy. Kolo Laguny Colorada był wypadek. Dwa jeepy nie wiemy z jakiej przyczyny mialy dachowanie. A ze oni przyjechali na miejsce wypadku jako pierwsi pomagali wydostac ludzi itp. itd. zajelo im to 3 godziny, jedna laska musiala zostac odwieziona do szpitala, przez co nie zdaza dojechac do planowanego noclegu na Salarze. No i jeszcze po drodze trzy kapcie zlapali, wiec dzien kiepski.

Przed San Cristobal zaskakuje nas znaczna poprawa stanu drogi. Lepszej drogi nieasfaltowej wrecz nie można sobie wyobrazic. Pozniej w miescie okazuje się ze w San Cristobal znakomicie prosperuje kopalnia, która inwestuje w lokalna infrastrukture – w tym w droge do Uyuni i Aloty. Czyli dobry news – nastepnego dnia czeka nas rownie dobra droga :) Poza tym w wiosce jest kafejka internetowa, salon pieknosci i drogi hotel. A spodziewalismy sie braku cywilizacji. Film na dziś: Amelia Earhart. Nie robi wielkiego wrażenia, ale oglądamy z ciekawoscią.

Albumy zdjęć zamieściliśmy wedlug dni. Dzien pierwszy:

Uyuni - San Cristobal


Nastepnego dnia rano wyjeżdżamy ok. 9.30 do Aloty. Jedziemy tylko dopelnic paliwa, bo w San Cristobal znajduje się ostatnia stacja benzynowa na naszej trasie. A na stacji spotykamy Amerykanina spod Bostonu, ktory jedzie na motorze takim jak my. Tyle ze on juz dzis zdazyl przyjechac tu z Uyuni, czyli wypelnic nasz wczorajszy plan. Sa jednak motocyklisci i motocyklowi podroznicy :)
Zaczyna robic się pagórkowato, jeszcze nie gorzyscie, ale przestrzen zaczyna być czyms ograniczona. Stada lam, co jakis czas mala wioska, wszedzie kepki trawy. Mijamy maly salar. I kiedy tak wpatrujemy się w Salar, przez droge przebiega stado strusi. Wiec my z motoru i za nimi. Technika podejścia – wpojona nam przez Eriberto, najlepiej zbliżać się obchodząc. Skradamy się cicho, ale sprawnie. Strusie nas jednak w koncu dostrzegaja i malo nog nie polamia tak szybko uciekaja, machajac przy tym mocno skrzydlami zeby jakos slalomem krzaki mijac. Dajemy im spokoj. Brakuje nam zooma do dobrego zdjęcia, mimo wszystko jakos je widac :).



W Alocie probujemy znaleźć miejsce serwujace almuerzo. Wszystko jednak pozamykane, a tam gdzie serwuja jedzenie tourom – nam nie chca, bo my nie z touru. Wcinamy wiec czekolade, co by się troche zapchac i zjeżdżamy z trasy planowanej, czyli tej w kierunku wulkanu Ollague, na poludnie – zobaczyc Valle de las Rocas. Na drodze staje nam rzeczka. Slyszelismy już o niej w Uyuni od jednego Francuza. Mówił, że dość głęboka. Mieliśmy nadzieję, że może skoro w ostatnich dniach nie padało – wyschła. Wygląda jednak na to, że ona nie z tych, co tak szybko wysychają. Wygląda głęboko. Micho robi rekonesans, ja czekam z aparatem w ręku. Jedzie! Żwawo i uważnie, bo musimy uważać – koło gaźnika mamy jakąś dziurkę, przez którą woda może w bardzo łatwy sposób dostać się do środka. W najgłębszym miejscu woda za koło. Lekko zamieram, ale ok.



Głęboki rów jest bardzo krótki. Wracam się kilkadziesiąt metrow do mostka. Zastanawiamy się, czy z powrotem nie lepiej będzie tym wlasnie mostkiem przejechac, ale pomysły upada – za ryzykowny.

Dojeżdżamy coraz bliżej Doliny Skał. Formacje niezwykłe. Wyglądają jednak dosyć daleko od drogi. Zamiast iść, znajdujemy ścieżkę piaskową i na nie! Na skały! Parkujemy między nimi. I chodzimy, wspinamy się, przeciskamy. Ależ nam się podoba! Ponad godzina nam schodzi. Wyobraźnia pracuje. Tablice, zwierzęta, profile, postaci ludzkie widzimy. Porowatości i szczeliny niezwykle.



Zastanawiamy się, czy by namiotu w tym wszystkim nie rozbić, ale w sumie jeszcze trochę wcześnie jest. Jedziemy dalej. Geba sama się uśmiecha. Zdecydowanie warto było! Wracamy do Aloty, po pokonaniu z sukcesem rzeczki po raz drugi, jesteśmy kolo 17. I znowu kusi perspektywa alojamiento – z kontaktem i prysznicem, cieplym tym razem :). Ulegamy jej. Tym bardziej, ze z kierunku dokad chielismy jechac, nadchodza ciezkie chmury, z ktorych spadaja litry deszczu. Ale do Aloty nie dochodza, trzymaja sie gor.

San Cristobal - Alota


Wieczorem Michaśko przegląd motoru robi. I odkrywa, że nie wszystko gra. Zupełnie starły się przednie klocki hamulcowe, do absolutnego zera, a wręcz do minusa. I pomyśleć, że dziady w La Paz przegląd podobno gruntowny zrobili. Powinniśmy mieć gdzieś klocki zapasowe. I są. Tylko całe zardzewiałe po salarze. Machencjusz stwierdza, że lepsze zardzewiale niż nieistniejące i z usilną pomocą zafascynowanego motorem Włocha klocki zostają zmienione. Test – czy opona przednia płynnie się kręci. Dwóch Włochów i Micho trzymają motor, ja kręcić próbuję. Sytuacja prześmieszna. Koło się jednak nie kręci. Kolejnego dnia rano, motor nie chce ruszyć. Okazuje się, że zgubilismy jedna podkladke i śruba za daleko wkręcona została, blokujac tarcze. Micho tworzy z kawalka szlaufa gumową podkładkę i wszystko pięknie działa.

Od Aloty droga zaczyna piąć się do góry. Wjeżdżamy na ponad 4000. Na tej wysokości będziemy już większość naszego czasu, aż do Chile. Wulkany otaczają nas ze wszystkich stron. Niektóre pięknie ośnieżone, inne lekko przyprószone. Roślinność co raz bardziej skromna. Mijamy dwie rzeczki – wokół nich zieleń niezwykła, kontrast wielki wobec tej suszy i roślinnej pustki. I wreszcie pokazuje się – wulkan Ollague – granica z Chile, tuż przed nią odbijamy w lewo, na poludnie. Będziemy jechać wzdłuż aż do Hito Cajon za Laguną Verde.

Po odbitce droga gwałtownie się pogarsza. Dwie głębokie koleiny, podłoże takie, jak to, co nas otacza. Jeśli obszar żwirowy – brniemy w żwirze, jeśli kamienisto – skalisty - skaczemy na naszej sprężynie po kamolach. Drogi rozwidlają się na miliony sposobów. Szlaków dziesiątki. Na początku nie wiemy, który wybrać, lekka konsternacja. Z czasem jednak zauważamy, że liczy się jedno – kierunek, bo wszystkie szlaki z jednego kierunku prowadzą mniej więcej w to samo miejsce. I ktory sie nie wybierze, jest rownie zly.
Po okrążeniu pięknie zaśnieżonego wulkanu dojeżdżamy do pierwszej laguny. Ileż FLAMINGÓW! Stada całe, z różną intensywnością różu. Jedzą przy brzegu, robimy sobie więc przy tym samym brzegu stanowisko jedzeniowe. Jemy konserwę z keczupem i się wpatrujemy. Podchodzą coraz bliżej, nie boją się. Gdyby tylko mieć choć trochę większy zoom… Jak na nasze możliwości przybliżeniowe i tak udaje się niezłą fotkę zrobić :).




Flamingi tak nas absorbują, że zupełnie umyka nam moment, w którym zachmurza się niebo. Robi się mocno deszczowo, kolory szarzeją, ochładza się. W chmurach i wiszącym nad nami deszczem widzimy jeszcze dwie laguny – Hedionda i Honda. I za tą drugą decydujemy się założyć obozowisko i poczekać na jutro, na lepszą pogodę. Jest 15, niby wcześnie, ale tak te laguny piękne, że chcemy je w słońcu zobaczyć. A że niezależni jesteśmy i możemy sobie na to pozwolić – dlaczego NIE? Wiatr huraganowy, próbujemy się przed nim schować. Wjeżdżamy za górkę. Motor grzęźnie w żwirze. Zostawiamy więc go, a namiot rozbijamy 100 dalej, żeby w razie uderzenia pioruna motor był jedyną stratą. Wieje okrutnie. Micho idzie się przejść, ja zamknięta w namiocie i owinięta w śpiwór zostaję poczytać. Tuż przed zachodem słońca, chmury się rozchodzą i wychodzi słońce. Wdrapuję się na górkę podziwiać jego zachód. Jeden z piękniejszych spektakli słońca zachodzącego, jakie widziałam. Mistyka. Taka:



W nocy wiatr się na szczęście uspokaja. Raczymy się zupą chińską i herbatą z koki. Oglądamy film. Drzazgi. Beznadzieja! O lepszej pogodzie śnimy.

Alota - Laguna Honda


Sen się spełnia. Budziki dzwonią o 6. Jest jednak ciemno plus tak zimno, że wyjść ze śpiwora nie da rady. Czekamy na słońce. Nie pomyśleliśmy jednak przy rozbijaniu się, że może być w nocy aż tak zimno i że będziemy musieli czekać aż słońce będzie musiało namiot rozmrozić. Rozbiliśmy się za górką, która cień na nas rzuca. Wkładamy więc na siebie godzinę po wschodzie słońca wszystkie ciepłe rzeczy i idziemy na przeciwne, słoneczne zbocze, śniadanie zjeść.

Po wyjeździe zza górki nie wierzymy własnym oczom. Laguna Honda w pełnym słońcu, prawie bezchmurnym niebie. Wiatru brak, tafla wody niezruszona. Obłęd. Nasz najpiękniejszy widok jak dotychczas.



Przy lagunie spotykamy pierwsze jeepy. Rozmawiamy z kierowcami. Mówią, że widzieli nas kilka dni temu, jak z inną grupą ludzi na salarze byli :P Pytamy skąd jadą. Z Laguny Colorada. Wyjechali dwie godziny temu…. No ładnie. To nasz cel na dzisiejszy dzien. Mamy nadzieje dotrzec tam pod wieczór.

Za górzystym obszarem lagun przestrzeń znowu się otwiera. Dróg dziesiątki, wszystkie równie żwirowo-tarkowe. Pomału do przodu. Przed siebie. Przerwa co chwilę, ziemia czerwona, krajobraz marsjański. Sucho, surowo. Podoba nam się. Bardzo. O montoni nie ma mowy. Po obszarze przestrzenno-równinnym wjeżdżamy w mini kaniony. Robi się kamieniście. Większość kamieni – ma średnicę kilkudziesięciocentymetrową. Jedzie się trudno. Dodatkowo, po kilku kilometrach pojawia się rzeczka, kamienie mieszają się z błotem. Robi się jeszcze trudniej. Płoszymy wikunie, które przyszły do wodopoju. Z czego one zyja w tych surowych warunkach, naprawdę nie wiem. Z mini kanionów znowu wyjeżdżamy w przestrzenie otwarte. Chmurzy się straszliwie, ale jakoś nam to nawet nie przeszkadza. Skały różnokolorowe. Pędzimy w stronę laguny. Po drodze robimy postój przy jakimś jeepie. Wywiązuje się dłuuuga rozmowa z Holendrami, którzy podróżują już 9 miesięcy, w tym 5 własnym samochodem do Europie i za rok planują wrócić z motorem do Ameryki Południowej. Wypytują się o wszystko. Jeepy, czyli wlasciwie Toyoty Land Cruiser, koncza wlasnie przerwe obiadowa, i daja nam to zostalo z podwieczorka: dwa jablka, trzy banany i polpelna butelke Coca-Coli. A juz bylismy tak glodni a niechetni do gotowania zupki chinskiej... Bierzemy wszystko co daja i w oka mgnieniu palaszujemy.
Po kolejnym bardzo piaskowym odcinku dojeżdżamy do Arbolu del Piedra. Jest to slynna formacja sklana przypominajaca drzewo. Wielka korona stoi na waskiej nuzce, kiedys z pewnoscia runie. Poki co jest obfotografowywana przez setki ludzi kazdego dnia. A w okol wiele innych, rownie ciekawych formacji, tylko nie-slynnnych, wiec pomijanych. Wokol nas jednak szare chmury, wiec nie spedzamy tam zbyt duzo czasu.



Stamtąd zaczyna się koszmar. Brniemy w piachu i żwirze albo skaczemy w strasznej tarce. Redukujemy biegi do jedynki. Wolna prędkość utrudnia jedna zachowanie stabilności w coraz głębszym piachu. Momentami koło zapada się w piachu do połowy. Schodzę, co by motor był lżejszy. Wydaje się już ze z piachu wyjechaliśmy, robi się twardo. Pod pozornie twardą powłoką kryje sie jednak piach. Cieżki motor powloke rozrywa, zapadamy się, tracimy stabilnośc i upadamy. Twarza w piach. Nic się nie dzieje, tylko na motor nie chce się już powrotem wsiadac, żeby 10km do Laguny Colorada pokonac. Wyjscia jednak nie mamy. Jedziemy dalej. Nie przestaje być trudno. Mamy dosc. Oboje. Wrzeszczymy na siebie. Ja, że się boje. On, ze mu przeszkadzam. Negatywna eksplozja. Co by ja rozładować ide do alojamiento wziąć cieply prysznic. A pozniej idziemy w ciszy podziwiac zachod słońca nad laguna. Czerwieni wody nie widac. Ale i tak jest pieknie.

Rozbijamy się na wzgorzu za barakiami dla turystow. Idziemy do barakowej kuchni kupic wrzatek. Tak wieje, ze na naszej butli godzine czekac będziemy. A tak glodni jesteśmy ze czekac nam się nie chce. W kuchni kucharki przygotowuja jedzenie. Slinka nam na tego kurczaka z pieca z frytkami cieknie. Kucharka zagaja rozmowe, pyta o podroz, wrazenia, jest z Tupizy. Z napuchnietymi kluskami idziemy do namiotu, tam zjemy. Przy wyjsciu kucharka pyta się czy wrocimy, bo chciałaby się z nami podzielic. My ze poczekac możemy :) Co za kolacja, co za smak. Pollo w calej okazałości. I frytki. Bosko tłuste i gorace. Lepiej się spi z brzuchem w taki sposób pelnym.

Laguna Honda - Laguna Colorada


Kolejny dzien rozpoczynamy od objazdu laguny. Jest czerwona, prawdziwie czerwona. W większości miejsc bialo-czerwona. W innych dochodzi czern i zielen. Pieknie.




Decydujemy się na zrobienie dwudniowej odbitki. I jedziemy w strone miejscowości Quetena, mało nam lagun, chcemy zobaczyc jeszcze jedna – Lagune Celeste! Droga z Colorady znakomita. Cieszy nas to po wczorajszym ciezkim dniu. Do Queteny dojeżdżamy w ciagu 3 godzin. Widoki piekne. Osniezone cale pasmo, a naprzeciwko jego wielki dwu-stozkowy Uturuncu. W Queteni robimy przerwe. Ladujemy baterie i raczymy się almuerzo. Wyjezdzamy o 16. Mamy do pokonania 30 km i dwie godziny do zachodu słońca. Jeśli droga będzie rownie dobra, damy rade z łatwością. Ale droga nie jest rownie przyjemna. Jedziemy po czyms niesamowitym. Podloze zlozone jest z kamienia lupkowego i taka tez jest droga. Niby kamienista, wyglada jak wybrukowana, ale nie roznice w wysokości pomiedzy poszczególnymi kamieniami wynosza nawet kilkanaście centymetrow. Jedynka, amortyzator nas wybija. Pod gore silnik strasznie się rozgrzewa. Tak cieply nie był jeszcze nigdy. W wiosce Sol de Manana mowia nam ze do Laguny Celeste jeszcze 3h. Decydujemy się mimo wszystko jechac, najwyżej rozbijemy gdzies po drodze namiot. Po drodze nie ma jednak gdzie rozbic namiotu. Nie ma szans, ze nam się uda w tym wietrze i przy tym skalistym podlozu. W zachodzącym słońcu dojeżdżamy jednak do Celeste. Droga robi się twarda i rowna, możemy przyspieszyc. Nie przewidujemy jednak jednej rzeczy. Ze możemy zahaczyc stopa lub torba o wystające kupy twardej trawy. I tak się dzieje. Lezymy. Troche potłuczeni. Dodatkowo urwalismy zaczepy od bocznej torby. Wdrapuje się na zachod słońca na skaly. Tak wieje, ze nie mogę ustac. Siadam, zapieram się butami o skaly i czekam az przestanie wiac. Micho prowadzi w tym czasie klnaca walke z namiotem, nie sposob go przyszpilic do ziemii. Motor parkujemy na wzgorzu. Coraz gorzej odpala i boimy się, że rano, po mroznej nocy, akumulator może wysiąść zupełnie. Latwiej będzie pchac go w dol, jakby co.

Laguna Colorada - Laguna Celeste


Noc ciezka. Mi się po prostu zle spi, Micho ma po zjedzeniu serka z Potosi problemy żołądkowe. Rano brak motywacji do wstawania. Owsianka nad brzegiem jeziora. Michaśko zbiera namiot, co sekunde skacząc w krzaki, ja szyję uchwyty do tej torby co jedna totalnie się rozwalila po wczorajszym upadku. Tak twardy material, ze az igle mi lamie.



Zbieramy się dopiero przed 12. Wolne tempo dnia dzisiejszego mamy. Przechodzi mysl przez glowe czy by może nie zostac, nie przeczekac az Micho lepiej się poczuje. On jednak chce jechac, wiec jedziemy. Motor odpala. Troche nieśmiało, ale odpala. Rodzi się dyskusja ktoredy jechac. W informacji w Sol de Manana powiedzieli nam ze nad Lagune Celeste prowadzi tylko jedna droga. Nasze mapy w GPS mowia jednak ze można wrócić do Queteny okrążając Uturuncu. Ja tym mapom zupełnie nie wierze. Mamy trzy mapy papierowe i trzy gps-owe i kazda pokazuje co innego. Micho natomiast tak nie lubi powtarzania drogi, ze jedziemy próbować szczescia z okrazeniem Uturuncu. Co ciekawe miedzy stozkami wulkanu Uturuncu wybudowano kiedys kopalnie siarki. I prowadzi do niej droga – 5900mnpm. Najwyzej polozona droga swiata, wbrew powszechnie panującemu przekonaniu ze najwyżej polozona droga jest w Ladakhu w Indiach. Kusi, widzimy jednak duzo śniegu. Z naszym sprezyniastym amortyzatorem troche obawiamy się wjazdu. Odpuszczamy sobie. Innym razem.

Wpakowujemy się tym samym w obszar pieknych krajobrazow i koszmarnej kamienistej drogi. Widac ze malo samochodow nia jezdzi. W wielu miejscach droga znika pod kepami trawy. A my walczymy dalej. Zdaza się i upadek, delikatny. Staramy się cierpliwości nie tracic. W gore, przez pagórek po czym dwa kilometry po plaskim po odcinku wyglądającym jak dno wyschnietego jeziora. Kamienie, skaly, kopny piach. MASAKRA dla naszego ciezkiego motoru. Walka, zacisk zebow. I dojeżdżamy tak do opuszczonej wioski Quetena Grande.



Mimo ze nie kieruje, jestem cholernie zmeczona. Klade się pod kosciolkiem i przysypiam, w miedzyczasie gotujemy wode na zupki chinskie. Dochodzi 16ta, postanawiamy jednak jechac dalej, marzy nam się kapiel w termach. Po drodze mijamy kilka osad ludzkich, ktorym woda w rzece umozliwia egzystencje. Po pokonaniu dwoch z nich zaczynamy się wspinac pod gore na przelecz. Trojka gasnie, dwojka tez nie daje rady. Wspinamy się na jedynce. Jedyny bieg który prawdziwie wciąga nas na gore. Znowu, jak codziennie po poludniu, zrywa się wiatr huraganowy. Walka wiec trwa. Dojezdzamy do pierwszej laguny. Laguna Hedionda II. Micho mówi: Madziula przygotuj paszporty. Znowu na Marsa wjeżdżamy! PIEKNA! Granatowo-biala (biala piana to boraks). Oswietlona cieplym światłem słonecznym, kontrastujaca z ciemnymi chmurami. I te flamingi. Znowu obficie występujące.



Kilka kilometrow dalej kolejna laguna, właściwie cala pokryta boraksem. Widac, ze trwaja tu jakies prace nad pozyskaniem go. Pozniej zostaje nam już tylko zjazd w dol do Salaru de Chalviri. Slonce zachodzi – widoki oszałamiające. Zastanawiamy się, czy się nie zatrzymac i nie rozbic, ale tak wieje, a przestrzen tak odkryta, ze nie ma szans, ze uda nam się postawic namiot. Jedziemy szukac czegos po drugiej stronie salaru. Wiatr wieje silnie w twarz, slonce prosto w oczy. Znowu negatywne emocje. Krzyk, dosc, wystarczy. Po drugiej już stronie salaru znajdujemy nieczynna już fabryka boraksu. I kolo niej się rozbijamy. W nocy wyjatkowo zimno. Budzimy się i domykamy kaptury tak ze wystaja nam tylko nosy. Szacujemy ze temperatura spadla do -8-10. Pozniej konsultujemy to z lokalsami, potwierdzaja naszą teorię.
Smok rano ledwo odpala. Jest to zdecydowanie widoczne, ze reanimowany akumulator zbliza się po raz drugi już do konca swojego zywota. Pewnie jeszcze w czasie przewrotek zgubilismy troche elektrolitu. Wierzymy jednak, ze się uda, duzo nam nie zostalo.

Laguna Celeste - Salar Chalviri


Dzisiaj dzien tourowych hajlajtow. Zaczynamy od kompleksu Sol de Manana (mylaca, ta sama nazwa choc inne miejsce niz to w drodze do Laguny Celesty). Nie sposób nie pomyśleć w nim o Nowej Zelandii, a konkretnie o kompleksie geotermalnym Wai-O-Tapu kolo Rotorua.



Tam szczerze mówiąc podobało nam się bardziej, wieksza różnorodność, ale i tu jesteśmy w pewnym sensie powaleni. Siarkowe smrody, odgłosy spod ziemi bulgoto-grzmoto-rozniaste. Gotujace się bloto, w kolorach roznych – niektóre z nich budyniowo prawdziwe. Temperatury wielkie, dym bucha spod ziemi. Lazimy miedzy kominami, sprawdzamy gdzie najcieplej, gdzie najbardziej smierdzi. Każdy ma swoje faworyty :).Po 1,5h spacerze aparat caly jest oklejony jakimis paprochami. Pewnie przez to ze wkładałam go w te buchające dziury. Niezly poczatek!

Kolejny punkt to termy. Zanim jednak do nich dojeżdżamy, przejeżdżamy kolo jeden z najpiękniejszych lagun – Laguny Salada. Bajeczna mieszanka kolorów. Wielkie TAK! Pod basenikiem termalnym jest akurat kilka jeepow. Czekamy az sobie pojada, plan na w miedzyczasie – cos zjesc. Idziemy do restauracji zapytac czy maja cos do jedzenia. Proponuja nam kole z ciastkami. Dziękujemy. Jako ze toury koncza wlasnie jesc pytaja się nas czy nie chcielibyśmy zjesc tego co zostalo. Oczy się swieca, usta skromnie aprobuja, bo przeciez szkoda żeby do śmietnika poszlo takie miesko dobre. JAKIE to dobre było….. Miesa rozne nam 4 jeepy naznosily, salatek do wyboru. Ziemniaki w formie roznej. Klusek cala miska. I fanta do popicia - niech bedzie. Kiedy kończymy jesc, wszystkie jeepy juz odjechaly i mamy termy dla siebie.



Idziemy się moczyc :) Odmaczac, grzac po nocy zimnej. I z kurzu, który się nagromadzil na nas oplukac. Po 30 minutach dolacza do nas francuska rodzina, syn opowiada nam duzo o Argentynie. Ciekawych rzeczy się dowiadujemy. Po wodzie ciezko mi doczesac wlosy. Woda tak mineralna, ze sznurowki, które się w niej zmoczyly zesztywnialy i przelamaniem groza. Wlosy podobnie.

Ostatnia czesc dnia to dojazd do Laguna Verde. Jeepy mowia ze to może 20-30minut. Jeszcze nie dosuszylismy sie po termach, a juz wrocili Ci co nam strawe podarowali. Nam zajmuje to przy sporym wysilku 2 godziny. Wybieramy lewa, podobno bardziej widokowa droge przez pustynie Salvadora Dali. Chcemy dojechać do skał i wpakowujemy się w niezły paich. Dobrze zakrywa kolo. Nie ma tez za bardzo głównych utwardzonych szlakow, które dotychczas zazwyczaj w piaskowych terenach wybieraliśmy. Nogi przy ziemi i do przodu. Walka. Pozniej się jeszcze skaliście wspinamy i skaliście zjeżdżamy w dol, przejezdzamy przez teren jakiejs kolejnej kopalni, uwazajac zeby w jakies ostre zelastwo sie nie wpakowac, po czym dojeżdżamy do posterunku wojska. Szlaban opuszczony, żywego ducha nie ma. Krzyczymy, wolamy. Cisza. Tylko wiatr słychać. Po kilku minutach wychodzi – cala delegacja. Ogladaja motor, pytaja czy mamy bron lub substancje wybuchowe… Pies wacha, aprobuje, możemy jechac. Rozbijamy się nad Laguna Blanca, tuz kolo Laguny Verde. Pieknie, dookoła woda, metr od namiotu basen z ciepla woda. Wszystko tylko dla nas. Bajka. Dlugo przez to wszystko nie spimy. Patrzymy się w gwiazdy. Eh…

Salar Chalviri - Laguna Verde


Znowu zimna noc. -10. Polowa wody dookoła naszego namiotu zamarza. Slonce jednak jak zwykle szybko rozgrzewa namiot, ktorego wewnetrzna czesc jak zwykle pokryla sie para i zamarzla. I wtedy szybko trzeba oproznic namiot, zanim stopiona woda zaleje nam spiwory, ciuchy i wszystko inne. Choc powietrze wciaz zimne. Czekamy wiec chwile az zrobi się cieplej i wchodzimy do wody. EHHH. Chwilo trwaj!
Podjezdza jeep. Kierowca mowi ze chca się z kucharka wykapac i poczekaja az się zbierzemy. Mowia ze teraz super czas jest żeby nad lagune jechac. Bo akurat kolor zmienila. Pakujemy motor i z ciezkim sercem Micho przekreca kluczyk. Rozrusznik pracuje coraz wolniej, wolniej, ale jednak odpala. UFF. Pchac przez wode nie byloby latwo. Dojezdzamy nad Lagune Verde i czujemy lekkie rozczarowanie. Dlugo nie padalo – tyle boraksu, ze nie widac w jeziorze odbicia wielkiego Licancabura, plus co do zieloności wody mam spore obiekcje.



Jedziemy objechac lagune. Enduro po plazy – piaskowo-skalistej. Masakra. Stajemy często, często silnik gasimy. I za ktoryms razem motor odpalic nie chce. Rozrusznik przestal działać. Akumulator umarl. Pchamy go wiec po skalach w dol plazy. I odpala. Uff. Motoru juz wogole nie gasimy, a i odcinamy prad od zarowki.

Wracajac widzimy, ze zrywa się wiatr, zruszajac tym samym powierzchnie wody, która zieleni się. W oczach. W okularach słonecznych ma kolor turkusowo-zielony. Oczy i mózg nie wierzą, ze woda w ogóle taki kolor mieć może.




Jedziemy jeszcze nad Lagunę Blance. Tam znajdujemy alojamiento, w którym kupujemy benzyne. Jakosc straszliwa, ale cena duzo tansza w Chile. Do pelna. Do granicy mamy może 5km. I w takim wlasnie miejscu, 5km od granicy dowiadujemy się ze na granicy w Hito Cajon nie ma Aduany, czyli urzedu celnego, w którym musimy wyeksportowac nasz motocykl. Ze musimy się wracac za Sol de Manana. Wierzyc się nie chce. To dla nas 1,5 dnia wymagajacej drogi… Jedziemy spróbować szczescia. Plan jest taki. Zakladamy ze celnicy nie maja kontaktu z Aduana i ze nie dowiedza się ze tam formalności nie dopełniliśmy. Po drodze odbieramy w umowionym miejscu jeden z plecakow i zapasowa opone, ktore wyslalismy jednym z jeepow z Uyuni, zeby motocykl nieco odciazyc. Za 5 km podjezdzamy na granice i wchodzimy do biura imigracyjnego, tam milo witaja nas celnicy. Mowia ze im 21 Bs za wyjazd z kraju musimy zapłacić. Wiemy ze to bujda, bo juz raz Boliwie opuszczalismy. Placic trzeba, owszem, ale dotyczy to tylko Boliwijczykow. Tak nam jednak zalezy na tym żeby nie doczepili się do motoru, ze zaciskamy żeby, placimy i uciekamy. Po stronie Chilijskiej zadnej kontroli nie ma. Jestesmy w CHILE!!!!!!! YUPII!!!!!! UDALO SIĘ!!!!!!! PRZEJECHALISMY!!!

Laguna Verde - San Pedro de Atacama




Do San Pedro pozostaje nam 49 minut jazdy po prostej, jak to w Chile, w dol, 2 km roznicy w pionie. Po drodze co chwile pasy ratunkowe dla ciezarowek co stracily hamulce. W San Pedro upal. I drozyzna. Jedziemy na kemping. W sumie skromne pole biwakowe, a placic musimy wiecej niz kiedykolwiek zaplacilismy w Boliwii za nocleg w hotelu ze sniadaniem i internetem. Na campingu poznajemy niesamowitych ludzi. Chilijczyka podróżującego od 16 lat z synem, z czego ten ma 6 (4 w podrozy). Niemca podróżującego po Am S od 6 lat, wczesniej był w Australii i Afryce. I jeszcze jednego Niemca, który wziął roczny urlop, przywlókł z Europy campera, ale mu się tęskni za dziewczyna wiec wraca. Musimy sie chwile zregenerowac. Przezycia zostana nam na pewno na dluzej.

Aby podsumowac. Jestesmy bardzo szczesliwi. Mielismy wielkie oczekiwania przed ta trasa. I wielki repsekt. Bo juz w Medellinie Paul, ktory przejechal ze Stanow do Ziemii Ognistej na takim samym motorze, ostrzegal nas, ze bedzie ciezko, i drugi raz by pojechal dzipem. A my za zadne skarby bysmy nie zamienili motoru na cokolwiek innego. Slyszelismy o pomysle, zeby dogadac sie z jakas agencja turystyczna, zeby jeep wiozl nam plecaki, paliwo i jedzenie, a my sobie na motorze jechali. Totalny bezsens. Slyszelismy o tym wczesniej i spotkalismy jednego Meksykanczyka, ktory tak zrobil. Jechal niby lekkim motorem, ale nie mial wiecej niz 30 sekund dla nas na rozmowe, poniewaz spanikowany gonil swojego jeepa. Te tereny dla jeepow nie sa latwe, jednak kierowcy bardzo sprawnie je pokonuja. Dla motocykla to duze tempo. A mysmy motocyklem w innym celu jechali. Dal nam wielka swobode, mozliwosc posiedzenia i stawania do woli w tych pieknych miejscach. Mielismy szczescie z pogoda, ktora z poczatku kaprysila, jednak byla na tyle regularna, kiedy to co noc niebo calkowicie sie czyscilo z zachmurzenia, ze nie pokrzyzowala nam planow. No i bylismy dobrze przygotowani: spiwory kupilismy specjalnie z mysla o tych nocach, mielismy zapas wody i jedzenia. Wielkie oczekiwania, dlugie wyczekiwanie, az w koncu to nadeszlo i juz za nami. Wyszlo tego 739km. Pieknie!

Jesli ktokolwiek by chcial jakichs praktycznych informacji, sluzymy pomoca.

I na koniec pozdrawiamy serdecznie Konrada i Gochę, którzy są dla nas od kilku lat idolami. W trakcie ich podróży po świecie przemierzyli ten region na dwóch niewielkich Hondach, co opisali i opatrzyli zdjęciami na swojej stronie, który link pozwalam sobie tutaj zamieścić. Dziękujemy im za inspirację i wskazówki. Zachęcamy do przeczytania ich relacji sprzed 3 lat. Odcinek Marsjańskie Ekstazy jest dostępny tutaj, choć zachęcam do przeczytania całej relacji.

Madziula

P.S. Udalo nam sie wreszcie zamiescic zalegle albumy z Potosi i drogi do Uyuni, a także album z Salaru de Uyuni - koniecznie zobaczcie na picasie! Jak nie wiecie jak tam wejść, cofnijcie się do poprzednich postów...

3 komentarze :

  1. super!!! po prostu pieknie!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Niedawno pokonalismy ta trase jeepami, byla niesamowicie interesujaca i meczaca! Po przeczytaniu tej relacji potwierdzam jednak, co wlasciwie oczywiste ;) ze zarowno emocje, jak i zmeczenie z jazdy motorem sa znacznie wieksze!!
    Szacunek dla Was za to co robicie!
    Pozdrowienia (juz z Ekwadoru)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje! Troche sie o Was martwilismy, bo przyznacie sami, ze wasza przeprawa przez ten rejon to taki troche rajd kamikaze :P
    Czieszymy sie, ze Wam sie udalo bez (wiekszych) przykrych niespodzianek. Troche nam sie lezka w oku kreci myslac ile rzeczy umknelo nam bokiem gdy jechalismy tamtedy Jeepem. No ale coz, sa podroznicy i PODROZNICY - Wy z pewnoscia zaliczacie sie do tych drugich... Trzymajcie sie cieplutko - trzymamy kciuki sledzac Wasza trase z zapartym tchem...
    My dzis bezproblemowo dotarlismy do Arequipy-z niecierpliwoscia wyczekujemy konca toaletowej klatwy Inkow :D
    Jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem we wtorek ruszymy do Kanionu Colca
    POZDROWIONKA

    OdpowiedzUsuń