13 czerwca 2014


Nikaragua ochrzciła samą siebie krainą jezior i wulkanów. Skoro wjechaliśmy do kraju stożków, nie możemy choć na jeden z nich nie wejść. Wybór pada na leżący niedaleko Leon wulkan Telica. Przyczyna – jest bardzo aktywny i w związku z czym można zobaczyć lawę. Lawa stawia jednak jeden warunek – widać ją tylko w nocy.

Jak wejść z dzieckiem w nocy na wulkan…
 … żeby nie zamęczyć jego i siebie? Analizujemy wszystkie możliwe scenariusze. W Nikaragui słońce zachodzi około 18 i szybko robi się zupełnie ciemno. Idealnie byłoby więc wejść na szczyt na zachód słońca, poczekać aż się ściemni, jak najszybciej zejść na dół i pójść spać w najbliższej miejscowości. Standardowa droga na szczyt zajmuje 3godziny, mamy więc szansę być około 21 przy Ignasiowym łóżku. Trochę późno. Znajomi podpowiadają nam, że słyszeli o krótszej drodze. Jest podobno droga, którą podjedziemy w okolice szczytu, a stamtąd zostanie nam już tylko godzina marszu. Brzmi jak bardzo dobra opcja. Plan kształtuje się nam następująco: jedziemy do San Jacinto, miejscowości pod wulkanem Telica i tam szukamy osoby, która pomoże nam znaleźć drogę samochodową pod Telicę, a później ścieżkę na szczyt.

Jak znaleźć przewodnika…
 … który zna drogę samochodową na Telicę? W San Jacinto każde dziecko jest potencjalnym przewodnikiem. Dzieci oprowadzają po lokalnych przywulkanicznych bulgocących bagnach, dzieci wprowadzają też na Telicę. Ale tylko do określonego punktu i nic nie słyszały o samochodowym skrócie. Szukamy więc dalej. Znajdujemy w końcu człowieka, który wie o czym mówimy. Jego zdaniem jednak droga jest bardzo zła i jeśli nie mamy 4x4, możemy zapomnieć o naszym planie. Jest natomiast człowiek we wsi, który ma samochód zdolny wjechać na górę. Jedziemy więc szukać człowieka. Nie ma go w domu, jest natomiast jego sąsiad stolarz. On też słyszał o drodze samochodowej, podobnie jak jego pracownicy. Ich zdaniem na drodze były ostatnio prowadzone prace i jest w stanie umożliwiającym jej przejechanie bez napędu na cztery koła. Dwóch pracowników może pojechać z nami, żeby nas pokierować.
 - A drogę na szczyt dalej znacie? – pytamy
 - Ja nie, ale kolega zna – odpowiadają niezależnie obaj.
Szef zaręcza nas jednak, że to super chłopaki godne zaufania, robi się coraz mniej czasu do zachodu słońca, więc jedziemy!

Dziecięcy przewodnicy w San Jacinto

Jak przejechać drogę…
 … i nie rozwalić samochodu o półmetrowe kamyki? Droga na początku wygląda niewinnie. Jak się później okazuje, tylko dlatego że prowadzi przede wszystkim do elektrowni geotermalnej. Kiedy skręcamy z niej w lewo, robi się gorzej i gorzej i kiedy wydaje się, że jest to max możliwości naszego samochodu, jest jeszcze gorzej. Nasi dwaj pomagierzy wychodzą co chwilę z samochodu, żeby ocenić którędy forsować kolejne głazy, ale tak im to dumanie wychodzi, że co chwilę walimy podwoziem. Tak głośno, że mam wrażenie, że już straciliśmy ze trzy rury i pięć śrub. Siedzę na tylnej ławie i powtarzam sobie tylko, po co nam to, po co. Micho zawziął się i nie odpuszcza, nabyta mądrość każe mi nie powtarzać więcej niż raz, że powinniśmy zawrócić. Po 1,5 godzinie bezsensownej walki dojeżdżamy do momentu, w którym dalej się wreszcie nie da i decydujemy się kontynuować na piechotę. Podobno bardzo niewiele nam zabrakło i podobno na szczyt jeszcze godzina.


 Jak wejść na szczyt…
 … i zdążyć przed zachodem? Idziemy do przodu, a szczyt przybliża się bardzo powoli. Naprawdę w godzinę dojdziemy na miejsce? Wszystko zależy od tempa – słyszymy. Do naszych kolegów dołącza spotkany po drodze Nikaraguańczyk z koniem. Idzie w tą samą stronę co my i pyta, czy któreś z nas nie chciałoby się na koniu przejechać, on woli z chłopakami pogadać. Czemu nie, na koniu jeszcze z Ignasiem nie jeździliśmy. Równomierny chód konia usypia małego, jest idealnie, problem popołudniowej drzemki rozwiązał się sam. Idziemy do przodu konsekwentnie, nie robimy żadnych przerw, a i tak do końca wydaje się być jeszcze kawałek. Po prawie godzinie marszu trawersującego zbocze dochodzimy do mangowca, przy którym muszę zejść z konia, bo nasze drogi rozdzielają się.
 - Ile jeszcze na szczyt? – pytamy.
 - Około godziny – słyszymy.
Nasi przewodnicy konsultują z właścicielem konia dalszą drogę i ruszamy dalej. Po dojściu na górę wychodzi ostatecznie pierwsza obecność chłopaków z warsztatu stolarskiego na Telice. Dyskutują ze sobą, w którym miejscu jest krater i gdzie powinniśmy iść. Pomagamy im podjąć decyzję, na dole widzieliśmy krater idealnie, więc wiemy że trzeba iść bardziej w lewo niż w prawo. Krater osiągamy już po zachodzie słońca, po prawie trzech godzinach marszu. A więc jednak, nie weszliśmy na górę skrótem, tylko normalną drogą. W połączeniu z samochodową męką osiągnęliśmy znacznie gorszy wynik niż gdybyśmy szli „normalnie” na piechotę. Przekombinowaliśmy.




Jak zacząć szybko wracać…
 … jak wulkan wygląda tak niesamowicie? Podchodzimy do krateru. Ściany wulkanu są od wewnętrznej strony tak strome, że trzeba podchodzić ostrożnie. Wkładamy głowę do środka. Dźwięk jak przy starcie samolotu. Fragment wnętrza ziemi szykuje się do odlotu. Dudni, bulgocze, szumi, huczy. W powietrzu unosi się smród siarki, a na samym samiusieńkim dole widać rozżarzoną lawę. Zmieniamy się przy Ignasiu i po kilka razy zaglądamy do środka. Żałujemy, że nie zabraliśmy ze sobą jedzenia dla Ignasia i namiotu, tuż przy kraterze jest wypłaszczenie, na którym można by wygodnie spać. Nie musielibyśmy pędzić z powrotem, moglibyśmy patrzeć i patrzeć w nocy i o poranku. Na tym etapie nic zrobić nie możemy, musimy wracać, obawiamy się powrotu w wielkim płaczu, nie dojdziemy do samochodu przed 21.




 Jak dojść do samochodu…
 … bez płaczu? Pomysłu na to nie mamy. Dzieci potrafią jednak nieustannie zaskakiwać. Tam, gdzie wydaje się, że wszystko pójdzie jak po maśle, bywają wielkie przeszkody. Tam, gdzie wydaje nam się, że musi zdarzyć się cud, żeby poszło gładko, cud okazuje się zbędny. Ignaś zasypia w nosidełku i śpi jak kamień pomimo naszych podskoków i poślizgów. Na ścieżce jest ogrom pyłu, który wzbija się przy każdym naszym kroku. Miliard cząsteczek zawisa w powietrzu i odbija światło latarki, momentami aż trudno ścieżkę dojrzeć. Czujemy, że w kurzu i pyle jesteśmy dosłownie cali, ale jak bardzo cali przekonamy się dopiero w hoteliku i przekroczy to nasze oczekiwania. Mimo cząsteczkowej zawiesiny dochodzimy do samochodu całkiem sprawnie.

Jak zjechać na dół po ciemku…
 … i nie zgubić zawieszenia? Ładujemy się we czwórkę do samochodu i ruszamy. W dół jedzie się niby troszkę łatwiej, ale ciemność znacznie utrudnia szacowanie optymalnej drogi. Do tego naszym nikaraguańskim kolegom nie chce się już wychodzić z samochodu i mądrzą się którędy jechać z perspektywy siedzenia pasażera. Jeden z kamieni okazuje się większy niż wydawało się to z wnętrza samochodu i zawisamy. Jedno koło kręci się po ziemi, drugie wisi w powietrzu i samochód ani drgnie. Trzech mężczyzn opuszcza samochód i rozpoczyna naradę. Jest pomysł, żeby tu coś podłożyć, tam popchać i pójdzie. Ale nie idzie. Jest więc kolejny pomysł – to samo , tylko w drugą stronę. Ale nie idzie. Jest w końcu pomysł, żeby samochód podnieść na podnośniku i wyciągnąć kamień. Idzie. Bez szkód, przynajmniej wpływających na funkcjonowanie samochodu w tym momencie, udaje nam się zjechać na dół. Odwozimy chłopaków do domu, a sami jedziemy do hoteliku. Jest 22 i recepcja zamknięta jest na cztery spusty, człowieka ni widu, ni słychu. Ponieważ Ignaś śpi nieprzerwanie od początku zejścia, decydujemy się na powrót do Leon.



Dowód na wielki pył przy zejściu. Lewa noga przed wstępnym myciem. A pomyśleć że była w zakrytym bucie i skarpetach...

Jak smakuje zimne piwko na koniec takiego dnia…

Magda

Telica

0 komentarze :

Prześlij komentarz