3 sierpnia 2016



Zasiedzieliśmy się w tym Iranie tak bardzo, że czas przedłużyć naszą wizę. Podobno robi się to bez problemu. Głęboko w to wierzymy, bo jakby co opcje szybkiego wyjazdu z kraju mamy kiepskie. Najlbliższym krajem, do którego uciec możemy jest Irak – 560km, a najbardziej sensownym najbliższym krajem, do którego uciec możemy jest Turcja – 1560km. Lepiej więc, żeby nam to przedłużenie dali.

Nie jesteśmy na tyle szaleni, żebyśmy sami z siebie podjęli decyzję o podjęciu starań przedostatniego dnia. To jest zasada narzucona odgórnie. No więc, z samego rańca, przedostatniego dnia naszej wizy, ruszamy z naszym hostem do urzędu paszportowego. Po drodze dzieci zasypiają w aucie, więc rozdzielamy się. Ja zostaje na warcie w samochodzie, Michał idzie z naszym hostem załatwiać sprawę.

Urzędników nie interesuje temat naszej wizy. W pierwszej kolejności chcieliby wyjaśnić dlaczego obcokrajowcowi towarzyszy Irańczyk. No więc, nasz host, zaczyna spokojnie tłumaczyć historię. Że mieszkamy u niego w domy na couchsurfngu, bo nas zaprosił, że nasz samochód w warsztacie, dlatego zdecydował się nam pomóc itd. Może nie kontynuować. Wystarczy, że padło magiczne słowo „couchsurfing” - proceder zakazany. Nasz host ląduje w pokoiku obok, spisują go i dają reprymendę, a Michała odsyłają do poczekalni. Wracają do samochodu bez dobrych wieści. Przedłużenia w Sziraz nie dostaniemy, bo policjanci się najeżyli na słowo couchsurfing. Radzą nam żebyśmy pojechali do Yazd (440km) i tam spróbowali, może się nam uda. A Yazd słynie podobno z tego, że jest najtrudniejszym miastem do przedłużania pobytu w Iranie.

Nasz kochany host nie miał pojęcia, że couchsurfing jest w Iranie zakazany. Prosi nas, żebyśmy nie powiedzieli tego rodzicom. Głowimy się i dumamy, co robić. No więc plan awaryjny wygląda tak: Nie jedziemy do Yazd. Samochodu nie mamy, autobusem z dziećmi daleka i żmudna droga. Pojedziemy następnego dnia, raz jeszcze do urzędu w Sziraz i zgramy głupa, że przyjeżdżamy po raz pierwszy. Tym razem pojawimy się w urzędzie w komplecie z dwójką dzieci, a nasz host zostanie na ulicy. A jak się zorientuja i nas odeślą, spróbujemy zdążyć przed zamknięciem do urzędu w Yasuj (200 km). A jak nie zdążymy, trudno, zapłacimy karę za zostanie w Iranie za długo.

Dzieci w podróży pomagają, wiemy to nie od dziś. Tak jest i tym razem. Urzędnicy od razu uśmiechnięci, zajścia z wczoraj nie pamiętają albo pamiętać nie chcą. Wszystko miło tłumaczą, pokazują. Wypełniamy formularze, płacimy za przedłużenie, czekamy godzinę na decyzję naczelnika i mamy to! Przedłużenie na kolejny miesiąc w paszport wbite! 10 minut przed zamknięciem urzędu, ostatniego dnia ważności wizy! Juhu!



W podroży jak w życiu, czasami zewnętrzne okoliczności tłumią serce tak bardzo, ze ciężko cieszyć się tym co tu i teraz. Tak tez było w Sziraz, mieście ładnym, które w pamięci zostało przykryte przez wydarzenia z miejscem niezwiązane. To tu przyszła do nas informacja o śmierci ukochanej babci, która bliska była jak mało kto inny na tym świecie. Architektoniczne uroki Sziraz nie miały szans na zapisanie się w naszych głowach jakoś mocniej. Najlepszym, co przytrafiło się nam w tych okolicznościach był ciepły, wygodny dom i rodzina irańska, która pozwoliła nam poprzeżywać sobie w kącie i się zamyślić na chwilę dłuższą. Lepiej będziemy pamiętali ulepione w podzięce pierogi ruskie niż bazar czy kolejny piękny irański zabytkowy dom. Tym razem tekstu niech wystarczy, niech wpis zdjęcia uzupełnią:

Najlepsza! Nasza rodzina w Sziraz


Jak zawsze w mieście, wszędzie na rowerze








Najbardziej ulubiona pozycja do podróżowania autem




Przygotowania do święta męczeństwa imama Aliego


Faludeh - najlepszy irański deser. Po powrocie przygotujemy - wpadajcie!






Za Sziraz, w drodze przez Góry Zargos



Do wodospadu też na rowerze


Bracia dwaj





Post napisaliśmy na notebooku Asus UX301L

0 komentarze :

Publikowanie komentarza