Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalifornia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalifornia. Pokaż wszystkie posty

5 lutego 2014

Wielu z Was widziało już nasze filmiki na Facebooku, ponieważ jednak nie każdy tam jest (w tym nasze rodziny), na koniec naszego kalifornijskiego pobytu zapraszamy do obejrzenia dwóch filmików. Pierwszy z nich nakręciliśmy w amerykańskiego części Kalifornii:


A drugi w Dolnej Kalifornii, czyli w Meksyku:


Zmienił się ten nasz Ignaś trochę, prawda...?

Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

20 stycznia 2014

W Kalifornii spędziliśmy w sumie miesiąc. Długo patrząc z perspektywy standardowych urlopów, krótko, żeby poznać dobrze tylko ten jeden amerykański stan. Zastanawiałam się nad jakimś podsumowaniem naszego pobytu, nad podzieleniem się z Wami zauważonymi różnicami i przemyśleniami dwóch europejskich mieszczuchów. Muszę otwarcie przyznać, że cieszę się z bycia Polką i jestem naprawdę szczęśliwa, że mój dom jest po tej wschodniej stronie Atlantyku. Wiele moich przemyśleń jest wiec nacechowanych i wolę zachować je dla siebie J Podzielę się z Wami tylko jedną z nich.

Niezwykłe jest to, jak daleko poszły amerykańskie rozwiązania w stronę ułatwiania ludziom życia. Chyba dla każdego jednego producenta, projektanta, twórcy infrastruktury, czy usług podstawowym kryterium jest funkcjonalność i wygoda. Z pewnością jednostkom jest dzięki temu generalnie łatwiej. Joshowi jako Joshowi jest wygodniej, zajmuje się budową domów, nie musi wykładać prysznica kafelkami, montować osobno kabiny prysznicowej, brodzika, instaluje gotowy moduł prysznicowy lub wannowy i gotowe. Po co dwa kurki? Więcej czasu zajmuje zabawa z dwoma kurkami i ustalanie optymalnej temperatury i ciśnienia naraz. Z jednym kurkiem szybciej idzie – jedno ciśnienie, im bardziej w lewo tym cieplej i gotowe! Johnowi jako Johnowi również jest łatwiej, dojeżdża codziennie do pracy samochodem, korzystając z jednej z 8-pasmowych autostrad i parkingu pod pracą. Iść na piechotę na przystanek, czekać na autobus (który się wlecze), po czym jeszcze marnować czas na dojście z przystanka do biura? Strata czasu. Komunikacja publiczna, poza samolotami, które usprawniają dalekie międzystanowe podróże, jest więc bardzo mało rozwinięta. Sophie jako Sophie też jest wygodniej. Pracuje, odwozi samochodem dzieci do szkoły, musi ogarniać dom i gotować. Z tego ostatniego na szczęście jest często zwolniona. Supermarkety pękają w szwach od gotowego żarcia, może być nawet „organic”. Otwiera pudełko, pyk do mikrofalówki i gotowe! Żeby ułatwić i usprawnić życie wiele spraw można załatwić bez wychodzenia z samochodu. Nie są to jakieś super piękne ujęcia, ale zobaczcie co udało nam się uchwycić J

1) Kino. Na ziemi usypano wały, żebyście mogli odpowiednio zadrzeć przód samochodu, wygodniej dzięki temu się ogląda. Skąd dźwięk? Wystarczy nastawić radio na odpowiednią częstotliwość. Takie kino nawet z małym dzieckiem jest możliwe!



2) Apteka. Podrzucasz receptę przez okienko, przez okienko odbierasz potrzebne leki.


3) Bank. Wychodzić z samochodu do bankomatu lub wpłatomatu? Po co? Z samochodu szybciej i bezpieczniej!




4) Starbucks. Skoro może być burgerownia drive thru, dlaczego nie „kawiarnia”? Nawet kawę taką słodką serwują, że już słodzić nie trzeba.



5) Poczta. Optymalnie zaprojektowany podjazd dla chcących wrzucić listy do skrzynki.


 Wygodna ta Ameryka, nie ma co. Chyba jednak nie za bardzo chcielibyśmy w tej wygodzie żyć. Cieszymy się na to co mniej wygodne przed nami!


Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

17 stycznia 2014

U couchsurferów i wiolonczela się znajdzie
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy couchsurfing jest jeszcze dla Was, skoro macie dziecko? My tak. Nie chodziło nam o warunki, spanie na podłodze, czy np. brak wanny. Ignaś zaśnie w każdych warunkach, a kapać lubi się z nami pod prysznicem lub sam w zlewie. Zastanawialiśmy się po prostu czy ktoś zechce nas ugościć. Nie każdy lubi dzieci, poza tym wiadoma sprawa, że dziecko ma czasami, jak każdy człowiek, gorsze humory no i budzi się w nocy i płacze. Pierwszy raz spróbowaliśmy couchsurfingu z Ignasiem w Hiszpanii, miał wtedy 2,5 miesiąca. Przez trzy dni mieszkaliśmy pod Barceloną u przekochanej pary. Pojechaliśmy z nimi na rodzinny niedzielny obiad z okazji 73 urodzin taty Luisa, plażowaliśmy razem i spacerowaliśmy po Barcelonie. W Kalifornii po raz kolejny spróbowaliśmy mocy couchsurfingu. I były to nasze najbardziej niezapomniane noce, obok tej pod gwiazdami pośród drzew Jozuego.

Jako pierwsi przygarnęli nas Piotrek i Ela. Piotrek żyje w Stanach od ponad 20 lat, wgryzł już się więc w lokalne realia i sporo nam o nich opowiedział. Jego zdjęcia przekonały nas, że musimy jeszcze kiedyś wrócić do USA w cieplejszej porze roku, żeby zobaczyć Utah. Zobaczyliśmy ile skarbów przyrody kryje się na Hawajach i jak blisko można podpłynąć do wieloryba pływając w kajaku po oceanie wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża. U Piotrka jedliśmy też najlepsze sashimi sushu ever z kilka godzin wcześniej złowionego tuńczyka, pyychaaa!


Craig odpowiedział na nasze zapytanie w ostatniej chwili i ugościł nas w swoim domu w okolicach Bug Sur. Był to jedyny Amerykanin, u którego mieliśmy szansę spędzić noc. Craig miał niesamowity wpływ na Ignasia. Pogodny ten nasz maluch, ale nigdy dotąd nie śmiał się aż tyle na widok czyjejś śmiesznej miny. Nie poznawaliśmy własnego dziecka! U Craiga poznaliśmy Heather, która opowiadała nam wieczorem historie o spotkaniach z Rostropowiczem i dziećmi oraz wnukami Sołżenicyna. Heather zajmuje się malowaniem ikon, nie tylko na drewnie, lecz również wewnątrz kościołów. Pobliska nowo wybudowna cerkiew zatrudniła ją 1,5 roku temu do pomalowania wszystkich wewnętrznych ścian. Pojechaliśmy razem z Heather do miejsca jej pracy zobaczyć, co udało jej się już skończyć.





Natasha jest Hinduską i mieszka atualnie na rancho w okolicach parku nardowego Joshua Tree. Przez wiele lat pracowała w korporacjach w LA. Po tym jednak jak odwiedziła te tereny zakochała się w nich, a kiedy uznała, że czas na zwrot w życiu, rzuciła pracę i przeprowadziła się na pustynię. Z Natashą rozmawiało nam się tak świetnie, że trudno było powiedzieć – czas spać. Gaworzyliśmy o różnicach pomiędzy Starym Światem, krajami z wielowiekową tradycją i kulturą a Nowym Światem, państwami młodymi, gdzie każdy jest z innej części świata i łatwo się zasymilować, ale jakoś brakuje wspólnego mianownika. Rozmawialiśmy o dzieciach i kulturze pracy w USA (straszna harówa ten American „dream”) i o tym jak jedno zdjęcie może zmienić nasze życie. Natasha w czasie podróży po Indiach zrobiła zdjecie niebieskookiej dziewczynki, które wygrało konkurs National Geographic w USA i otworzyło jej drogę do fotograficznej kariery. Z korporacyjnego zapędzonego życia przeniosła się do świata różnych sportowych wydarzeniach (m.in.: turniejów tenisowych) i strzela foty takim Nadalom, Djokowicom i Radwanskim w akcji. A w wolnych chwilach cieszy oko swoim pięknym domem, zimą pali w kozie i czyta książki, jeździ do pobliskich dwóch centrów medytacji i spotyka się z artystami z okolicy, których podobno jest niemało. Niejeden artysta zakochał się w pustyni i przeniósł się tam, żeby tworzyć.

Błoooogoooo



Naszą ostatnią couchsurferką była Chinka z Hong Kongu – Margaret [uwielbiam ten chiński zwyczaj przybierania wymyślonych samodzielnie angielskich imion :P]. Powitanie było specyficzne. Margaret wyszła przed dom, zamknęła za sobą drzwi i poprosiła nas o dokument ze zdjęciem, żeby sprawdzić czy my to my. Obfotografowała nasze dokumenty komórką i od tej pory było już tylko milej. Chaos w domu Margaret był niemiłosierny. Ci co nas znają wiedzą, że niezła z nas para bałaganiarzy, ale to co tam się działo przekraczało nasze możliwości, nawet z czasów studenckich. Mieliśmy jednak wrażenie, że nasza gospodyni jakoś się w tym odnajduje. Potrafiła odgrzebać ze sterty śmieci karteluszeczkę z hasłem do internetu w sekundę, tak jakby w tym bałaganie wszystko miało swoje nikomu innemu nieznane miejsce. Znane wszystkim domownikom było natomiast miejsce wszelakich jednorazówek. Margaret twierdziła, że jest leniwa i nie lubi zmywać, dlatego śniadania jedliśmy na jednorazówkach jednorazówkami popijając kawę z jednorazowych saszetek w jednorazowych kubeczkach. WIeczory mieliśmy raczej dla siebie, nasza gospodyni wcześnie chodziła spać. Jej ratlerek lubił zasypiać zaraz po zachodzie słońca, a że spały razem w jednym łóżku, Margaret znikała w swojej sypialni razem z małą Ruby zaraz po 19. Jednego wieczoru wybraliśmy się razem na burger-kolację do pobliskiego studenckiego baru. I bardzo nam miło było. A na odchodne zostaliśmy obdarowani batonami (na wypadek zatrucia w Meksyku – "lepiej jeść batony niż lokalne żarcie"), mlekiem sojowym ("dla Ignasia do picia"), owocami gujawy i pomelo ("na lunch") i wełnianym beretem, który Margaret zrobiła sama na drutach przed świętami. Ciekawie, co…?

Chaos w domu, to i dla porządku chaos w kompozycji

Cała trójka polubiła Margaret!
Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

11 stycznia 2014


Nazywając rzeczy po imieniu, musimy przyznać, że na kalifornijską pustynię pojechaliśmy tak trochę dla zabicia czasu. Po dojechaniu do Los Angeles zapachniało nam mocno Meksykiem. Nasze głowy przestawiły się więc zupełnie na południe, nie mogliśmy jednak przekroczyć jeszcze granicy w oczekiwaniu na ostateczne domknięcie wszelkich samochodowych formalności. Wielkie, nadmuchane przemysłem filmowym LA to nie nasza bajka. Chcieliśmy uciec stamtąd jak najszybciej, spojrzeliśmy więc na mapę i wybór padł na niedaleko położony Park Narodowy Drzew Jozuego. Nieźle abstrakcyjna nazwa, co? Mówiąc prościej - pojechaliśmy na pustynię.

Kaktusy choalla

Drzewa Jozuego po raz pierwszy :)

Ciekawość - pierwszy stopień do rozwoju



Z perspektywy czasu możemy spokojnie powiedzieć, że były to nasze najlepsze dni w Kalifornii. Lubimy wielkie przestrzenie, lubimy surowość i marsjańskość krajobrazów, lubimy ciepło, lubimy góry, lubimy izolację, lubimy być zaskakiwanymi przez naturę, lubimy szutrowe drogi. I wszystko to znaleźliśmy na pustyni Kolorado i Mojave. Nazwa parku pochodzi od powszechnie występujących tam wielkich drzew Jozuego. Ciekawe kaktuso-drzewa, sięgające miejscami powyżej 10 metrów i rosnące czasami na tyle blisko siebie, że tworzą taki trochę pustynny las. Jakkolwiek "inaczej" by to nie wyglądało, nie dla drzew Jozuego jeździ się moim zdaniem do tego parku narodowego. Zajmują one jedynie fragment parku. W pozostałych częściach znajdziecie niesamowite formacje skalne, bardzo popularne wśród wspinaczy. Na niższych terenach znajdziecie piekne włochate katusy cholla, jest kanion, trochę małych dróżek, w które można się zagłębić i posłuchać ciszy. Są też rewelacyjnie położone campingi - Wy, namiot, Wasza skała i Wasze ognisko. A nad Wami totalnie rozgwieżdżone niebo, bo na pustyni przecież rzadko są chmury, a i do cywilizacji daleko. I sporo różnorakich ścieżek jest, dzięki którym można poplątać się między skałami i kaktusami.

 
Najbardziej radosny piechur w parku




 Niech rekomendacją będzie fakt, że pojechaliśmy na jeden dzień, a zostaliśmy trzy. I na pewno spędzilibyśmy tam więcej czasu, gdyby nie przyszła wiadomość, że granica do Meksyku się przed nami otworzyła... Szwendaliśmy się codziennie pomiędzy skałami, Ignaś, w swoim stylu, entuzjastycznie popiskiwał i pokrzykiwał na naszym brzuchu. A jak zaczynał mieć dosyć, odkryliśmy nowego uspokajacza - harmonijkę! Michał spełniał się więc muzycznie i wygrywał różne rytmy, a Ignaś z zadowoleniem obserwował źródło dźwięku. Sami zresztą zobaczcie:



Harmonijka bardzo kojarzy mi się z westernami: dwóch gości, zmęczonych drogą leży przy ognisku, pod gołym niebem i jeden z nich cicho przygrywa. A westerny to właśnie tamte tereny! Trafiliśmy nawet przez przypadek na plan niejednego westernu :P Niedaleko parku zostało zbudowane na potrzeby Hollywood miasteczko z Dzikiego Zachodu - Pioneertown. Można się przejść jego jedną ulicą, a wieczorem zajść do knajpy z muzyką country na żywo.




I ta noc na campingu w parku, super sprawa... Temperatura spada do 3-4 stopni (przy opadach deszczu w zimie potrafi nawet spaść śnieg (!) po ognisku zalogowaliśmy się więc w samochodzie, żeby nahajcować sobie i nie marznąć. Poza tym w aucie jest szyberdach i można lepiej gwiazdy obserwować. Rewelacja!  



Wieczorem Ignaś ma najlepszy humor, czas na zabawę
Magda

Więcej zdjęć:


Joshua Tree National Park


Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

9 stycznia 2014


Zastanawialiście się kiedyś nad tym, które pokonane przez Was drogi najbardziej zapadły Wam w pamięć? Bo my tak. Ostatnio. Były drogi, które zapadły nam w pamięć przez niesamowite górskie widoki, były takie, na których walczyliśmy o każdy kilometr, były takie z awariami lub ze strasznym ruchem, nieprzyjemne i też takie, które dłużyły się mi jako pasażerce motocykla w nieskończoność. Jeszcze nigdy jednak nie jechaliśmy po drodze niegórskiej, która zrobiłaby na nas takie wrażenie jak Droga Stanowa nr 1 – droga łącząca San Francisco z Los Angeles. Asfalt wije się tam malowniczo wzgórzami, ocean uderza silnie o skały, gdzieniegdzie można znaleźć zatoki z ustronnymi plażami. Każdy zakręt przynosi nową odsłonę krajobrazu i choć ujęcie do ujęcia podobne, nie mogliśmy się napatrzeć, zatrzymywaliśmy się co chwilkę, żeby choć na chwilę wyjść z samochodu i poczuć tą bryzę na twarzy albo choć kawałek się przejść i popatrzeć przed siebie bez szklanej samochodowej bariery. Na kilku przerwach udało nam się wypatrzeć w oceanie wieloryby. Jest to ich czas migracji z okolic Arktyki do miejsc rozmnażania się w Zatoce Kalifornijskiej. W kilku miejscach spotkaliśmy z kolei największe istniejące foki, zwane słoniowymi. Mają one akurat okres rozrodczy, zobaczcie ilu małych foczek można było dopatrzeć się w jednym miejscu!



Wzdłuż drogi stanowej nr 1 najłatwiej spać w namiocie, Ignaś miał więc swój pierwszy raz, dostał swój śpiwór i spędził noc na campingu, wśród drzew Redwoodów. Przypomniały nam się okolice Bariloche (Argentyna), podobnie niskie temperatury mieliśmy tam każdej nocy. Nasz nowy namiot przetestowany, sprawdził się idealnie, na kolejne noce w namiocie poczekamy jednak aż bardziej zbliżymy się w stronę zwrotnika, za zimno tu.

Więcej słów o "jedynce" nie potrzeba. Sami zobaczcie, jak pięknie tu!









Więcej zdjęć jak zawsze na Picasa:
Droga stanowa nr 1
Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

7 stycznia 2014


Park Narodowy Yosemite planowaliśmy zobaczyć już w trakcie naszego poprzedniego pobytu w Kalifornii. Nie udało się jednak, nie zdążyliśmy. Pewnie dlatego, że spojrzeliśmy na mapę bardzo europejskim okiem, bardzo optymistycznie oszacowaliśmy odległości i w ciągu zaledwie 6 dni, z 9-godzinnym jetlagiem zamierzaliśmy zobaczyć Los Angeles, Las Vegas, Wielki Kanion, Dolinę Śmierci, Sekwoje, Yosemite, San Francisco i wybrzeże wzdłuż Hwy 1 J Lataliśmy z wywieszonym jęzorem i „odhaczyliśmy” wszystko poza Yosemite. Nigdy więcej takiego tempa nie powtórzyliśmy i nigdy nie powtórzymy. Żadna radość, nie pytajcie ile się razy przez to latanie pokłóciliśmy. Dobrze więc, że ta kalifornijska atrakcja pozostała nam na ten drugi, zdecydowanie spokojniejszy i harmonijny pobyt w USA.

O Yosemite słyszeliśmy dużo pozytywnego, ba, wręcz spektakularnego. Taj Mahal w naturalnej wersji, trzeci najstarszy park narodowy w Stanów, porównywany z Torres del Paine położonego na południu południowej części Ameryk. Oczekiwania nasze wielkie były i trochę się o nie potknęliśmy. Ciemna dolina, obsadzona gęsto drzewami, podobnymi to sekwoi. Otaczające ją wielkie, granitowe skały, tak pionowe jakby nożem odcięte zostały. Spadające z nich obfite wodospady, a o tej porze roku, bardziej lodospady. Tysiące niedźwiedzi, które podobno spotkać nietrudno, saren i jeleni. Wszystko to niewątpliwie robi wrażenie, nie powiedziałabym jednak, że szczękę trzeba zbierać z ziemi. Na nasz odbiór miejsca wpływa niewątpliwie jego popularność. Co roku Yosemite odwiedzają 4 miliony turystów, droga w dolinie korkuje się, a na niektórych szlakach kolejki jak na Giewont w lecie. Niektóre górskie szlaki są dosłownie wylane asfaltem, żeby ułatwić dostęp do wodospadów każdemu chętnemu. Jakoś nie współgra to moim zdaniem z wielką naturą, która pokazała w tym miejscu na świecie swoją moc. I choć ingerencja człowieka jest tam możliwie bardzo estetyczna, jest jej za dużo. Opiekunowie parku i tak mówili, ze przyjeżdżamy w bardzo niskim sezonie. Jest zimno, niektóre drogi są pozamykane na zimę, w wielu miejscach leży śnieg lub lód, a wodospady, bardzo skąpe w wodę, czekają na zasilenie w topniejące wczesną wiosną śniegi. Brzmię chyba trochę pesymistycznie, a nie chcę. Yosemite podobało nam się, bardzo warto tam pojechać! Spodziewaliśmy się jednak za wiele, dlatego peanów na temat tego słynnego amerykańskiego parku tu nie przeczytacie.


Po asfalcie do wodospadu Vernal

Z widokiem na Half Dome

Upper Yosemite Fall

Jadąc do Yosemite najbardziej cieszyliśmy się z tego, że po ponad dwóch tygodniach w mieście, jedziemy w naturę połazić, że po raz pierwszy zobaczymy jak to jest iść pod górę z dodatkowym ciężarem w postaci Ignasia. Najbardziej obawialiśmy się zimna. Jak to będzie karmić Ignasia na oblodzonych skałach? Ignaś da radę, ale czy ja nie zamarznę siedząc na zimnym z podwiniętą bluzką? Ot takie matczyne dylematy :P I znowu żadne obawy się nie sprawdziły. Zimno było, owszem, ale głównie w dolinie. Idąc w górę temperatura zależała od nasłonecznienia. Pierwszego dnia szliśmy głównie w cieniu, na górę dotarliśmy dosyć późnym popołudniem i było dosyć zimno. Termos z wrzątkiem podgrzał jednak szybko jedzenie Ignasia a mleczna popitka była miłym ogrzaniem zarówno dla mnie jak i dla Ignasia, bo się do siebie przytuliliśmy J Drugiego dnia natomiast nasz szlak był cały czas nasłoneczniony i zdejmowaliśmy kolejne warstwy, tak ciepło się robiło. Przekonaliśmy się przy okazji, ze Ignaś bardzo lubi piesze wycieczki. Dużo widzi, obserwuje i większość czasu wprost tryska dobrym humorem – macha rękami i nogami, śmieje się, popiskuje, pokrzykuje, a jak jeszcze mama czy tata  udadzą dźwięk niedźwiedzia lub psa gotowy jest wyskoczyć z radości z nosidełka. 

Podgrzewamy jedzenie na górze. Ignaś jak widać zadowolony.

Najedzony, dalej zadowolony.

Przerwa na karmienie w słońcu
Magda

Kilka dodatkowych zdjęć w nowym albumie na Picasa:
Park Narodowy Yosemite
Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS