Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Francisco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Francisco. Pokaż wszystkie posty

9 stycznia 2014


Zastanawialiście się kiedyś nad tym, które pokonane przez Was drogi najbardziej zapadły Wam w pamięć? Bo my tak. Ostatnio. Były drogi, które zapadły nam w pamięć przez niesamowite górskie widoki, były takie, na których walczyliśmy o każdy kilometr, były takie z awariami lub ze strasznym ruchem, nieprzyjemne i też takie, które dłużyły się mi jako pasażerce motocykla w nieskończoność. Jeszcze nigdy jednak nie jechaliśmy po drodze niegórskiej, która zrobiłaby na nas takie wrażenie jak Droga Stanowa nr 1 – droga łącząca San Francisco z Los Angeles. Asfalt wije się tam malowniczo wzgórzami, ocean uderza silnie o skały, gdzieniegdzie można znaleźć zatoki z ustronnymi plażami. Każdy zakręt przynosi nową odsłonę krajobrazu i choć ujęcie do ujęcia podobne, nie mogliśmy się napatrzeć, zatrzymywaliśmy się co chwilkę, żeby choć na chwilę wyjść z samochodu i poczuć tą bryzę na twarzy albo choć kawałek się przejść i popatrzeć przed siebie bez szklanej samochodowej bariery. Na kilku przerwach udało nam się wypatrzeć w oceanie wieloryby. Jest to ich czas migracji z okolic Arktyki do miejsc rozmnażania się w Zatoce Kalifornijskiej. W kilku miejscach spotkaliśmy z kolei największe istniejące foki, zwane słoniowymi. Mają one akurat okres rozrodczy, zobaczcie ilu małych foczek można było dopatrzeć się w jednym miejscu!



Wzdłuż drogi stanowej nr 1 najłatwiej spać w namiocie, Ignaś miał więc swój pierwszy raz, dostał swój śpiwór i spędził noc na campingu, wśród drzew Redwoodów. Przypomniały nam się okolice Bariloche (Argentyna), podobnie niskie temperatury mieliśmy tam każdej nocy. Nasz nowy namiot przetestowany, sprawdził się idealnie, na kolejne noce w namiocie poczekamy jednak aż bardziej zbliżymy się w stronę zwrotnika, za zimno tu.

Więcej słów o "jedynce" nie potrzeba. Sami zobaczcie, jak pięknie tu!









Więcej zdjęć jak zawsze na Picasa:
Droga stanowa nr 1
Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

24 grudnia 2013


Pierwsze dwa tygodnie po wyjeździe z Polski spędziliśmy w okolicach San Francisco. Nie chcieliśmy ruszać z kopyta, zależało nam na spokojnym przejściu w tryb "droga", i tak było. Zatrzymaliśmy się u przemiłych Państwa Pawlaków w małej Orindzie, 17 mil od San Francisco. Dostaliśmy od nich mały pokoik w nowo budowanym domu, a dzięki temu, że Orinda leży na linii kolejki podmiejskiej mielismy świetną bazę wypadową do poznawania okolicy, w tym wielkiego San Francisco.

Z czym kojarzy Wam się San Francisco...? Nasze skojarzenia z tym miastem przed przyjazdem były dosyć proste. San Francisco kojarzyło nam się po pierwsze z jednym z najsłynniejszych mostów świata - Golden Gate. Wybudowany tuż przed II Wojną Światową, przez prawie 30 lat był najdłuższym mostem wiszącym na świecie i szybko stał się wizytówką miasta. Spacerując po China Beach, oboje uznaliśmy,  że coś w jego legendzie jest, malowniczo wypełnia krajobraz pomiędzy dwoma pagórowatymi wybrzeżami półwyspu San Francisco i hrabstwa Marin. Po drugie, skoro już o pagórach mowa, San Francisco kojarzyło nam się z wyjątkowym położeniem i stromymi ulicami. Niektóre ulice wyglądają tak, jakby osoba planująca układ urbanistyczny miasta nie spojrzała na poziomice na mapie, tylko wzięła kartkę papieru i namalowała od linijki prostopadłe kreski ulice. Wygląda to naprawdę spektakularnie, ale parkować to ja bym na takiej ulicy nie chciała. Ani dojazdy na rowerze do pracy nie przyszłyby mi tam do głowy [respect Antek!]. Trzecie skojarzenie to Alcatraz - położone na wyspie słynne więzienie twierdza. I tych prostych skojarzeń byłoby na tyle.

Z naszymi gospodarzami w Orinda
Golden Gate Bridge
Strome ulice San Francisco

Po tych dwóch tygodniach wiemy, że żadne "proste" skojarzenie nie jest najbardziej fortunne, o mieście nie świadczą ujęcia z pocztówek, lecz to, co wisi w powietrzu. San Francisco jest pokręcone, ma w sobie jakąś trudno do opisania i wyjaśnienia magię, która sprawia, że niejedna osoba chce tam być, mieszkać, zostać. Nie jest to jakaś zapierająca dech w piersiach architektura, ani najlepsze muzea czy restauracje świata. To bardziej jakiś taki jedyny w swoim rodzaju zlepek, w którym hipisi żyją koło informatyków robiących zawrotne kariery w Dolinie Krzemowej i społeczności homoseksualnych, w którym obok bentleya śpi bezdomny, w którym idąc burżujską dzielnicą możesz skręcić za rogiem i znaleźć się w strefie, gdzie dawanie sobie w żyłę jest codziennością. Chińczyk nie mówiący po angielsku siedzi tam w tramwaju koło Polaka, a ten ma naprzeciwko siebie Hindusa, Gwatemalczyka i Irańczyka. Afgańska restauracja sąsiaduje z tajską i etiopską. W San Francisco nic nie dziwi, nie ma miejsca na nietolerancję. I chyba to właśnie jest takie fascynujące, jedyny w swoim rodzaju kocioł wszystkiego ze wszystkim podany w amerykańskim sosie.



Nie jestem fanką zwiedzania niczego z perspektywy fotelu samochodowego. W San Francisco stwierdziłam jednak, że może warto dać szansę wytyczonej 49-milowej trasie wiodącej przez najciekawsze punkty w mieście. I muszę przyznać, że był to naprawdę fajny sposób na poznanie zróżnicowania miasta. Przez szybę poczuć zapach ulicy nie sposób, można jednak zainspirować się i wynotować miejsca, które przykuły uwagę na tyle, że chcemy do nich wrócić, żeby powłóczyć się i poznać je bliżej. Takimi miejscami będą dla nas pewno Golden Gate Park - las w mieście, stworzony na wzór Central Parku w Nowym Jorku na terenach zajętych przez wydmy przy-oceaniczne. Park jest na tyle wielki, że zapach drzew zupełnie wygrywa z miastem, świetne miejsce na spacer, rower, bieganie, czy weekendowy piknik. Chętnie też powłóczymy się jeszcze kiedyś więcej po kolorowych dzielnicach San Francisco. Nie wiem, czy wiecie ale znajduje się tam największe Chinatown na świecie z restauracjami, świątyniami, sklepami i z placami, na których Chinki mają swój codzienny grupowy fitness przy muzyce. Inną barwną dzielnicą jest Castro - największa w Stanach dzielnica LGBT. Jej początki sięgają II Wojny Światowej, kiedy to San Francisco stanowiło dużą bazę wypadową armii na tereny Pacyfiku. Żołnierze, u których wychodziły na jaw homoseksualne preferencje, byli zwalniani z armii, a ponieważ w tamtych czasach wiązało się to z mało chlubnym powodem powrotu do domu, wielu decydowało się na pozostanie w San Francisco. Haight to hippidzielnica, a Marina, czy przybrzeżna część Richmond to dzielnica pieknych willi, uroczych ogródków w widokiem na oceaniczne klify i most Golden Gate.

Jak na karnawale w Kolonii
Na Bay Bridge w drodze do Orindy
San Francisco nie byłoby sobą gdyby nie wszystko to co dookoła, Bay Area ponad 7 milionowa aglomeracja. Miasto przechodzi w miasto, niska zabudowa w drapacze chmur, dzielnice mieszkalne w 3 międzynarodowe lotniska, a wszystko to splątuje gigantyczna sieć pięciopasmowych autostrad, które zapełnione po brzegi suną w równym 100 km/h tempie. A w samochodach bankierzy z San Francisco, gangsterzy z niebezpiecznego Oakland, właściciele znanych na całym świecie winnic z Doliny Napa, studenci Stanfordu i Berkeley, prezesi Googla, Facebooka, Adobe, Intela, Apple i innych gigantów Doliny Krzemowej. Ważne miejsce na mapie świata, ciekawy początek naszej podróży.

Magda

Więcej zdjęć:
San Francisco

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

14 grudnia 2013


Czas zacząć, to amerykańskie blogowanie. Zacznijmy więc od tematu, którym w ostatnich dniach żyliśmy najbardziej. Nie było to rozpamiętywanie trudnego 12 godzinnego lotu z Europy do USA, w którym Ignaś nie dał usnąć żadnemu pasażerowi. Bo lot był miły i gładki, a Ignaś najbardziej pogodnym pasażerem, więc nie ma nic do rozpamiętywania. Nie było to też traumatyczne przestawianie naszych zegarów biologicznych o 9 godzin, czego obawialiśmy się przed wylotem najbardziej. Bo zegarki przestawiły się same w tempie błyskawicznym, 3-4 noce z kilkoma pobudkami w nocy w pełnej gotowości do rozpoczęcia dnia i po sprawie. Były to poszukiwania naszego nowego wozidła, który stanie się w jakimś stopniu naszym domem przez najbliższe kilka miesięcy.

Tata ogląda kolejny samochód

Jakie by tu samochody jutro zobaczyć?

Podstawą naszych poszukiwań było amerykańskie gumtree - craigslist.org. Niepozorna stronka, wyglądem i funkcjonalnością mogąca rywalizować ze starą stroną Ryanaira, na której codziennie tysiące osób zamieszczają swoje ogłoszenia sprzedaży m.in. samochodów. Nad rodzajem samochodu zastanawialiśmy się już wcześniej w Polsce. Chcieliśmy kupić autko, które przejedzie przez gorsze, szutrowe drogi, będzie trochę podwyższone, idealnie marki dostępnej również na południe od Stanów, dosyć tanie, ale i z dobrym stosunkiem jakości do ceny, no i bez typowego dla USA kosmicznego silnika zjadającego megatony benzyny. Wybór padł na Subaru Outback, które mieliśmy już w Nowej Zelandii i super nam się sprawdziło lub na coś jeepowatego, możliwie jak na amerykańskie warunki jak najmniejszego. Zrobiliśmy research, poumawialiśmy spotkania i ruszyliśmy na poszukiwanie tego jednego jedynego. Kilka lekcji i obserwacji z poszukiwań poniżej:

1. Wypożycz samochód. Bay Area, czyli cała wielka aglomeracja San Francisco jest terenem olbrzymim, a że w Stanach samochód jest dobrem podstawowym, jak chleb, buty i komórka, komunikacja publiczna ma bardzo ograniczony zasięg. Trzeba więc mieć samochód, żeby kupić samochód.

2. Samochód kupuje się tu jak chleb, buty i komórkę, co naprawdę długo nie mieściło nam się w głowie. Do jednego z pierwszych samochodów pojechaliśmy dosyć daleko, minutę przed dojechaniem do celu dostaliśmy smsa: "Just sold the car". Przed nami było dwóch oglądających, pierwszej osobie podobał się, ale nie miała pieniędzy przy sobie, drugiej podobał się i miała kasę w kieszeni. Obejrzała samochód z zewnątrz, przejechała się po parkingu i wręczyła gotówkę właścicielowi. Że tak bez dłuższego zastanowienia, bez sprawdzenia wykonanego przez mechanika, bez negocjacji...? "Nieźle". Nauczyliśmy się więc, że jeśli znajdziemy samochód, który nam się spodoba, decyzja musi zapaść bardzo szybko.

3. Oglądając samochody można poznać zróżnicowanie amerykańskiego społeczeństwa. Nie ma drugiego takiego tygla kulturowego na świecie. Z kilkunastu spotkań, prawie każde było z człowiekiem innego pochodzenia - Meksykanin, Hindus, Arab, Gwatemalczyk, Malezyjczyk i może dwóch Amerykanów. Po angielsku różnie się rozmawiało, nie raz łatwiej nam było na hiszpański się przerzucić. Madre mia!

4. Ludzie zróżnicowani, takie i dzielnice/miasteczka. Nie znając lokalnych realiów, niemożliwe jest wywnioskowanie z mapy, czy do danej dzielnicy można komfortowo po ciemku jechać, czy też niekoniecznie. San Francisco ma różne rejony, ale generalnie, jak na amerykańskie realia, jest dosyć bezpiecznym miastem. Przejeżdżasz na drugą stronę mostu Bay Bridge i lądujesz w Oakland, plasującym się mniej więcej na 3 miejscu rankingów najbardziej niebezpiecznych miast USA. Raz pojechaliśmy na oglądanie samochodu do Richmond, adres ustaliliśmy przez telefon, zajechaliśmy na miejsce i wszystko się prawie się zgadzało, tylko samochodu nie było przed domem. Po długich wyjaśnieniach i próbach naprowadzania przez telefon okazało się, że jesteśmy nie w tym Richmond. Samochód był sprzedawany w całkiem miłej dzielnicy SF Richmond, a my pojechaliśmy do miasta Richmond... (:D) Kraty w oknach, druty kolczaste, wszystko zaniedbane i obdrapane, klimat jak z jakiegoś gangsterskiego filmu. Patrzysz i widzisz, że tutaj za bardzo wysiadać z samochodu i włóczyć się po ulicach nie chcesz.

5. Wszelkie formalności przy zakupie samochodu to "piece of cake" :)

Formalności w 5 minut

Mechaniczne sprawdzenie autosmoka
Pisze i pisze, a pewnie jesteście ciekawi, jaki jest rezultat tych naszych poszukiwań. Po długim dumaniu, wielu przejechanych kilometrach i sprawdzeniu mechanicznym wykonanym przez naszego gospodarza Pana Krzysztofa staliśmy się oficjalnymi właścicielami tej oto Toyoty 4Runner. Różne mamy doświadczenia z posiadanymi przez nas pojazdami, raczej gorsze niż lepsze, ale w tym przypadku mamy poczucie (a może nadzieję), że to naprawdę dobry wybór :) Się okaże!

Ręka Michałą z "dowodem rejestracyjnym"

Mamy autko!

Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

2 grudnia 2013

Jutro z samego rana wylatujemy do San Francisco. Nie wiemy za wiele na temat naszej dalszej trasy. Póki co będziemy chcieli znaleźć odpowiedni samochód do podrozowania i wyregulować zegarki naturalne swoje i Ignasia - wkrótce okaże się, które z tych zadań będzie prostsze a z którym będziemy potrzebowali nieco więcej czasu. Ale to dopiero za 2 dni. Teraz, do samego końca jesteśmy w biegu przygotowań. Niby już wyjeżdżaliśmy na wiele miesięcy, ale teraz jakby wszystko nowe. Najprościej poszło z wizą amerykańską dla Ignasia - utrapieniem jest przeczesywanie się przez proces aplikowania z racji jego skomplikowania, czego świetnym przykładem jest konieczność formalnego wnioskowania o zwolnienie Ignasia z rozmowy z konsulem. Również mało wygodne jest to, że zamiast podjechać z dokumentami do ambasady w centrum, dokumenty trzeba złożyć w biurze TNT na dalekim i nieprzyjemnym Żeraniu. Ale jak juz się dokumenty złoży, wiza wbijana jest bardzo szybko, i to ważna na 10 lat, dwa razy dłużej niż paszport. Wykonywaliśmy masę różnych odwiedzin u lekarzy, którzy badali każdego z nas pod kątem ewentualnych ryzyk, bo przecież każde z nas spędziło w tym roku jakiś czas w szpitalu - ja (Michał) zdecydowanie najdłuższy, ale czas robi swoje i nie ma żadnych przeciwwskazań. Całkowicie zmieniliśmy sposób pakowania. Ponieważ na jednych plecach będziemy nosić Ignasia, bierzemy jedynie jeden plecak, zaś drugi zastępujemy walizką na kółeczkach. Jeśli się to nie sprawdzi, z pewnością damy znać by przestrzec przed kopiowaniem tego pomysłu :) Jeśli chodzi o środek walizki, część bagażu dokupimy już na miejscu - kupno w listopadzie krótkich spodenek nie jest taki proste, a i nie bez przyczyny przecież w walizkach lecących z USA do Polski znajduje się ubrania i sprzęt fotograficzny. Na miejscu na pewno bedziemy dokupowali ciuszki dla rosnacego Ignasia. W gotowości jest tez babcia, która w swoim czasie wyśle nam pocztą mala paczke wiekszych ubranek. Koniec końców bierzemy Ignasiowi z Polski łóżeczko turystyczne. Do tej pory Ignaś spał w naszym pokoju w tzw. koszu Mojżesza, co się świetnie sprawdzało z uwagi na lekką wiklinową konstrukcję i niewielkie wymiary. Zakładaliśmy, że w amerykańskich motelach na królewskich łóżkach będziemy brali Ignasia między siebie, a w przypadku pojedynczych łózek zawsze można je ze sobą zsuwać, ale przecież każdy z nas zna problem wlatywania w dziurę, czego chcielibyśmy uniknąć. Czy więc łóżeczko turystyczne się sprawdzi, czy też będzie tylko niepotrzebnie zjadało nam miejsce w bagażnik, przyjdzie nam ocenić po jakimś czasie. W lepszym przygotowaniu się do drogi pomogli nam partnerzy, którym bardzo spodobał się pomysł naszej podróży. Naszego bloga będziemy redagować na ultrabooku użyczonym przez Asus Polska (UX42VS) - cieszymy sie z szybkości działania i czasu pracy na baterii, zaś w stosunku do netbooka, z którego korzystaliśmy od czasów podróży do Ameryki Południowej, mamy ekran o dużo większej przekątnej (13cali), co powinno poskutkować przeskokiem jakościowym w zakresie materiałów wideo - zamiast wrzucać surowe pliki, chcemy je edytować jak ten, który przygotowaliśmy po Ugandzie. Niezmiernie jesteśmy zadowoleni z propozycji Avivy, która zdecydowała się objąć nas i nasz sprzęt fotograficzny ochroną w swoim ubezpieczniu o idealniej pasującej nazwie Partner w Podróży. Jest to szczególnie istotne w kontekście tego, że chcemy mieć pewność, że w ramach problemów zdrowotnych Ignasia (lub naszych) będziemy mogli natychmiast skorzystać z możliwie najlepszej opieki medycznej dostępnej w okolicy. Oczywiście wierzymy, że nie będziemy nigdy konieczności skorzystania z tego koła ratunkowego, ale po styczniowym wypadku zdecydowanie zmieniło się moje podejście do ryzyka. Wsparcie sprzętowe otrzymaliśmy od dwóch dodatkowych marek, z którymi Ignaś spędza czas od narodzin. Otrzymaliśmy nosidełko BabyBjorn One od polskiego importera genialnych szwedzkich produktów tej marki. Do tej pory Ignasia nosiliśmy na brzuchu w klasycznym nosidełku BabyBjorna, ale to nowe "One" ma umożliwić noszenie Ignasia w późniejszym etapie również na plecach, co przy wzrastającej wadze będzie zbawieniem. Dystrybutor BabyBjorna w Polsce ma w swojej ofercie również inne marki, m.in. Elodie Details, kilka z nich rowniez bierzemy ze soba w droge:) Zapewnienie bezpieczeństwa z komfortem podróży zapewni nam importer Recaro, znanego niektórym ze sportowych foteli samochodowych, a innym z dziecięcych fotelików samochodowych. Ignaś otrzymał czerwono-czarny fotelik wraz z bardzo praktycznymi dodatkami - moskitierą przeciwkomarową, folią przeciwdeszczową i specjalną wkładką przeciwpotną. Z tych dodatków wcześniej nie korzystaliśmy, a nawet nie wiedzieliśmy że są w ofercie, za to korzystaliśmy z identycznego fotelika, tylko niebieskiego, pożyczonego od koleżanki.Zakładając jednak zmianę stylu karmienia i liczbę godzin, które Ignaś w swoim drugim półroczu spędzi w samochodzie, woleliśmy nie pożyczać fotelika na to przedsięwzięcie od dobrej koleżanki. Jak nowy fotelik będzie wyglądał po podróży,sami zobaczycie. Przygotowanie do drogi obejmuje oczywiście uporządkowanie dotychczasowego trybu życia w Polsce. Motor zaparkowaliśmy u przyjaciela na Ursynowie, samochód zwieźliśmy do moich rodzinnych Kielc, zaś do naszego mieszkania na Saskiej Kępie, które właściwie nie jest nasze i nie chcieliśmy tracić możliwości mieszkania w nim dalej po powrocie, bo jesteśmy z niego zachwyceni, wprowadzi się nasz inny przyjaciel, który akurat wrócił z kilkuletniej emigracji w Paryżu. Wszystko się więc dobrze składa i wygląda na to, że jesteśmy dobrze przygotowani do tego, by jutro rozpocząć naszą pierwszą długą podróż w większym niż dotąd składzie. Trzymajcie kciuki za miękkie lądowanie po drugiej stronie oceanu. Kolejny post już z podróży.

Pozdrawiam podekscytowany

Michał

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

24 listopada 2013

Wracając z Ignasiem z Barcelony (sierpień 2013)

Zacznijmy wprost – ruszamy! Po powrocie z Ameryki Południowej zaspokajaliśmy naszą chęć poznawania oraz aktywnego spędzania wolnych chwil dłuższymi i krótszymi wyjazdami. Naciągaliśmy kalendarz jak się dało, żeby powydłużać weekendy, rozciągnąć wakacje kilkoma dniami bezpłatnego urlopu, wykorzystywaliśmy każdą okazję stwarzaną przez wypadający w danym roku układ świąt i weekendów. Każde ruszenie się poza Warszawę było super. Niezależnie od tego, czy jechaliśmy poszwędać się po Górach Świętokrzyskich, Bieszczadach, czy były to żaglówki na Mazurach, wypady do europejskich miast, narty, ładzina w Gruzji, czy motorki w Ugandzie, wracaliśmy wzdychając, jak świetnie było i dumaliśmy, gdzie by tu następnym razem. Jednocześnie cały czas chodziła nam po głowie myśl o wyjeździe na dłużej. Chcieliśmy, nawet bardzo, ale codzienne życie, obowiązki i zobowiązania, i inne zewnętrzne czynniki, jakoś nie składały się w całość pozwalającą ruszyć. Praca moja, praca Michała, oszczędności, mieszkanie, ciąża, dziecko, wypadek itd. itp. A zresztą. Sami wiecie jak to jest. Byle daleje mówią, że podstawa o wyznaczyć datę. I coś w tym jest. Nam to jednak nie wychodziło. Impulsem do decyzji była jedna z wielu promocji lotniczych na Daleki Wschód.  
Krótki telefon:
– Michał, widziałeś…? A może by tak pojechać, jak skończysz projekt w połowie listopada na miesięczny urlop…?
- … Pewnie! Tylko dlaczego na miesięczny?
I machina ruszyła. Przeczytaliśmy internet wzdłuż i wszerz, kilka blogów, pogadaliśmy z ludźmi różnymi, pozmienialiśmy kierunki kilka razy i ostatecznie wstępny plan się zarysował.

Przez piaski Helu (lipiec 2013)

3. grudnia wylatujemy do USA, konkretnie do San Francisco. Tam zatrzymujemy się na chwilę dłuższą, bliżej nieokreśloną. Przyzwyczajamy się do nowego czasu i zachęcamy Ignasia do nowych godzin pobudek, poznajemy miejsce, dokupujemy to i owo, ruszamy na poszukiwania samochodu. Jak już uda nam się wszystko podopinać i poczujemy, że czas jechać, ruszymy! Na początku pokręcimy się po Kaliforni, na tyle na ile pozwoli nam „zimowa” pogoda. Później zjedziemy do Meksyku na sam koniuszek Półwyspu Kalifornijskiego, promem przemierzymy Zatokę Kalifornijską, dojedziemy na południe, a dalej… zobaczymy. Może zaniesie nas dalej na południe, a może uznamy, że lepszym pomysłem jest powrót do Stanów. Za dużo planować nie chcemy, bo za dużo nie wiemy. Nie wiemy przede wszystkim jak nam tam we trójkę będzie, jak odnajdziemy się w podróżowaniu w nowej konfiguracji i jak Ignaś będzie to znosił. Przetestowaliśmy już wypady na krótkie odległości. Miesięczny Ignaś był nad morzem, dwumiesięczny w górach i w Hiszpanii. Próbowaliśmy couchsurfingu, hosteli, prywatnych kwater, jechalismy samochodem, autobusem i pociagiem, lecielismy. Wszystko działało sprawnie. Nigdy nie było jakoś niewiadomo jak trudno, żebyśmy uznali, że w trójkę jeździć się nie da. Żadna z wcześniej zasłyszanych zmor wczesnego rodzicielstwa się nie sprawdziła. Trafiło nam się złote dziecko, z którym podróże są możliwe? Może. Choć bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że nie mamy barier w naszych głowach, które każą siedzieć w domu i nie pozwalają spełniać marzeń. Zdajemy sobie sprawę z tego, że z dzieckiem wszystko jest dynamiczne i żadna faza nie jest stała. Może za miesiąc / dwa okaże się, że jest za trudno...? Nie wiemy. Jeśli cokolwiek nie będzie grało, wracamy odrazu. Wierzymy jednak podskórnie, że wszystko się uda i będzie „super”! Że Ignaś będzie szczęśliwy, bo będzie miał szczęśliwych rodziców poświęcających mu cały czas, każdego dnia, 24 godziny na dobę. I że od maleńkości będzie uczył się otwartości, różnorodności i elastyczności.

Magda

O konfrontacji naszych wyobrażeń z rzeczywistością będziemy pisali regularnie tutaj. Zaglądajcie, komentujcie, piszcie jak będziecie mieli pytania. Stay tuned :)

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS