24 lutego 2010



Udało się nam wyjechać z La Paz! Nareszcie! Na nowo wstąpiła w nas energia, ochota, siła na zwiedzanie i odkrywanie! Nadchodzi nowe, znowu każdy dzień będzie inny, będzie niewiadomą. Jesteśmy szczęśliwi!

Nie udało się nam wyjechać tak rano jak chcieliśmy. Proces wysyłania paczki zajął nam jakieś dwie godziny. Bo trzeba paszport skserować, kupić karton, co z resztą okazało się niemożliwe, bo nie mieli odpowiednich rozmiarów. Co najciekawsze jednak trzeba odczekać swoje, podczas gdy babeczka paczkę w worek pakuje , który później igłą i nitką własnoręcznie zszywa. 9,5kg suwenirów, nas obejmujących do PL poleciało :)

Dnia wcześniejszego wieczorem staraliśmy się wszystko podopinać. Kupiliśmy bidony, zapasową linkę do sprzęgła itp. itd. Chcieliśmy też paczkę wysłać, ale pomimo, że poczta była otwarta usłyszeliśmy: No hay atencion… W czasie jeżdżenia w poszukiwaniu wszystkich potrzebnych sprzętów, stała się rzecz zła. Motor zaczął się krztusić. Nie musimy więc chyba mówić, jak bardzo nam ręce opadły. Micho przyszedł do pokoju ze zwieszoną głową i postanowieniem, że rano do mechanika z reklamacją jedzie, po czym wpadł na pomysł, że może to połączenie elektryczne szwankuje, z którym już przecież wcześniej problemy mieliśmy i na którego potrzeby całą rolkę folii aluminiowej kupiliśmy. I był to strzał w dziesiątkę!!!

Początkowa złość na to, że znowu rano wyjechać się nie udało szybko nam przeszła. Najważniejszy jest sam fakt, że ruszamy, że opuszczamy The Point w La Paz na zawsze, że znowu będzie ruch i dynamika. Jeszcze nie wyjechaliśmy z miasta, a zaczęło padać. Ale i to się nie liczyło. Ochoczo nałożyliśmy stroje „przeciw”deszczowe i ruszyliśmy dalej. Co więcej – Michaśko skonstruował nam słuchawki, które działają z naszym badziewnym intercomowym „pudełkiem” – tym samym po raz pierwszy od północnego Peru możemy rozmawiać podczas jazdy :) (M: dzięki Jarek za wskazówki!)

Droga do Oruro, którą pokonywaliśmy po raz SIÓDMY, dłużyła mi się niemożebnie. Już za pierwszym razem wydawała mi się bardzo monotonna. Siódmy raz był więc jedną wielką drzemką, a raczej próbą drzemki, bo na motorze nawet mi trudno się śpi. Do Oruro dojechaliśmy pół godziny przed zachodem słońca. Postanowiliśmy więc dalej nie jechać i kolejnego dnia wyjechać z SAMEGO rana, co by do samego Sucre dojechać. Nawet zakupy na śniadanie zrobiliśmy wieczorem – przezorność maksymalna – rzadka w naszym przypadku. Wieczorem mieliśmy jeszcze seans kinowy, bo w La Paz udało nam się kilkanaście nowości i najlepiej ocenianych zeszłorocznych filmów ściągnąć. Tym razem Drogę Do Szczęścia grali :) (rekomendujemy).

Rano – pyszne śniadanko (awokado – zwane tutaj palta – pozdro do Kaki :*) – nareszcie coś innego niż bułka z dżemem z hostelu w La Paz! Jako, że mieszkaliśmy jedną ulicę od świeżo wyciskanych z soków, z których chcemy korzystać na maksa póki w taniej Boliwii jesteśmy, wypiliśmy po dwie szklanki takowych i w drogę! Nietypową drogę, bo postanowiliśmy przyjaznych ludzi w Boliwii szukać i z głównej drogi zjechać. Dla wyjaśnienia – z Oruro do Sucre drogi są dwie. Pierwsza, ruta 1 – asfaltowa, lecz naokoło – przez wszystkich używana. Druga, ruta 6 – „bezpośrednia”, ograniczająca się tylko do lokalnego, międzywioskowego ruchu. I tą, powiedzmy niestandardową wybraliśmy. I powiem tak: NIE mogliśmy wybrać lepiej – zafundowaliśmy sobie jeden z najpiękniejszych dni w Boliwii (TOP 3), a przypomnę, że jesteśmy już tu ponad miesiąc i konkurencja jest duża.



Piękno tego dnia wynikało z dwóch czynników: pięknych, górzystych krajobrazów i niewyobrażalnie miłych Boliwijczyków. Droga, mimo, że nieasfaltowa była w bardzo przyzwoitym stanie. Były wręcz odcinki, które uznałabym za perfekcyjne w kategorii dróg nieutwardzonych. Oczywiście bardzo dużo ich nie było, ale i ta reszta akceptowalna była. Im dalej od Oruro tym robiło się ciężej, coraz więcej potoczków mieliśmy do pokonania, niektóre były dosłownie i bez przesady rzekami, ale płytkimi, obyło się więc bez negatywnych emocji. Niektóre fragmenty drogi prowadziły wzdłuż rzeki, stosunkowo głębokimi dolinami, inne po grzbietach gór, z których najczęściej zjeżdżało się do płaskich, rozłożystych dolin, pełnych mniejszych i większych wiosek.



Ehhh, te wioski… Już wcześniej trochę straciliśmy nadzieję, że w Boliwii prawdziwie przyjaznych ludzi znajdziemy. Nie chodzi nam oczywiście o przyjazne jednostki, bo takie do tej pory nie raz spotkaliśmy. Podam tu chociażby przykład pana, który na karnawale w Oruro tłumaczył mi, niepytany, pochodzenie poszczególnych grup tanecznych i co chwilę innego owocka podrzucał, co bym np. lokalnych fig i brzoskwiń spróbowała. Trochę bałam się niemytych jeść, ale przykrości sprawić nie chciałam, zjadłam i dobrze się później miałam. Oboje mieliśmy jednak wrażenie, ze na Altiplano ludzie do najmilszych nie należą. Mało uśmiechu, dużo nieśmiałości, dystansu, chłodu. Nikt do nas nigdy nie zagadał, nikt o motor nie spytał, a nawet jak my zagadywaliśmy nikt rozmowy nie podchwytywał. I przez tych mało sympatycznych ludzi byliśmy trochę zawiedzeni Boliwią. W Kolumbii obawialiśmy się, ze to w Peru – najbardziej turystycznym kraju Ameryki Południowej spotkamy ludzi niemiłych, bo zepsutych turystyką. Wielki błąd. Spotkaliśmy miliony przyjaznych i otwartych ludzi. Boliwia wylała nam trochę kubeł zimnej wody na głowę. Zmieniamy jednak nasze zdanie. Mili, przyjaźni, ciekawi i otwarci ludzie w Boliwii są – i to też miliony. Przyjacielskość występuje w skali masowej, trzeba tylko odbić z Altiplano odrobinę w stronę dżungli. UWIELBIAMY Boliwię!!!!

W mijanych wioskach karnawał trwał jeszcze w najlepsze. Mijaliśmy więc grupy pijanych muzyków, które biegły wzdłuż drogi, grając, tańcząc i śpiewając. Niektórzy ubrani byli w swoje tradycyjne, odświętne stroje i nie tylko byli skorzy do opowiadania nam jak karnawał świętują. Niektórzy prosili wręcz nas o zrobienie im zdjęcia (!!!). Przy jednym z jezior, koło których przejeżdżaliśmy, ludzie zebrali się, ponieważ ktoś z okazji karnawału łabędzie – rowery wodne dostarczył i można było za niewielką opłatą popływać. I tu znowu podeszła do nas cała rodzina, wypytując się nas, skąd jesteśmy, dokąd jedziemy itp., a i o sobie i swoim regionie chętnie opowiadali. Byliśmy urzeczeni.



Przez te wszystkie przerwy szybko okazało się jednak, że do Sucre nie dojedziemy. Za cel obraliśmy sobie więc wioskę Ocuri, położoną na niewiele ponad 4000mnpm. Było w niej akurat jedno Alojamiento z wieloma wolnymi pokojami i tak zajęliśmy we dwójkę najtańszy jak dotąd pokój w Ameryce Południowej za 20 Bolivianos, czyli ok. 8zł (za pokój, nie za osobę). I znowu rozmowom z lokalsami końca nie było… Było jeszcze kino łóżkowe, serwujące tym razem Tatarak, i smaczny sen w dość orzeźwiającej temperaturze.

Następnego dnia zebraliśmy się na tyle wcześnie, ze przed 9 motor był zapakowany, a my w strojach motocyklowych, po śniadaniu gotowi do jazdy. Zapowiadał się dzień nie aż tak piękny. Przyczyna – pogoda. Wielkie burzowe chmury otaczały nas ze wszystkich stron. Podszedł do nas przed odjazdem pan i zapytał, czy może jednak nie wolimy zostać, bo dzisiaj może dużo padać, a mamy do przejechania sporo potoków, które w deszczu mogą się stać rwącymi rzekami. Podziękowaliśmy za info i ruszyliśmy. Po pewnie 5 minutach zaczęło padać. I padało dłuuuuuugo. Droga na początku wymagała od nas po prostu większej ostrożności. Pył stawał się delikatnym błotkiem, kamienie stawały się coraz bardziej śliskie. Była to jednak dopiero zapowiedź. Z czasem delikatne błoto zaczęło zamieniać się w błoto gęste i głębokie. Z podjazdami w głębokich, błotnistych koleinach miały problem osobowe, cieżarówki a nawet jeepy. Nie muszę więc chyba dodawać, ze i my problem mieliśmy. I to nie mały, bo smok nasz z mocno obciążonym tylnym kołem w gęstym błocie sobie nie radzi. Zwolniliśmy więc bardzo i staraliśmy się jechać naprzód. Niestety w jednej z takich głębokich, błotnistych kolein smok zaczął tańczyć we wszystkie strony, Micho go nie utrzymał i runęliśmy. Pierwszy raz przy prędkości innej niż 0, wiąż jednak niewiele pewnie, o ile w ogóle, przekraczającej 10. Nic się nam na szczęście nie stało. Strachu się najadłam ja, bo plecaki mi staw skokowy przygniotły i w mało naturalną stronę wygięły. Ból przeszedł jednak szybko – wszystko OK. Wysmarowani błotem straszliwie ruszyliśmy dalej, żeby po może 1km znowu runąć. Tym razem standardowo – przy prędkości właściwie żadnej. Smok padł, a my w rozkroku stanęliśmy nad nim.

Bałam się dalej jechać. Padać niby przestało, ale mieliśmy do Sucre jeszcze 60km, a droga nie miała się poprawić. Z czasem jednak zaczęła delikatnie przysychać, co było trochę zdradliwe, bo po każdych kilkuset suchych metrach następował nieoczekiwanie błotnisty zakręt. Jechaliśmy jednak na tyle wolno, że problem z zachowaniem równowagi się nie powtórzył. Rzeczki, które mieliśmy do przejechania głębokie nie były. Z wyjątkiem może jednej wielkiej kałuży, powstałej w wyniku robót drogowych, której głębokość dobrze widać tu:



O 13.15, po ponad 4h jazdy (110km) zobaczyliśmy Sucre! Pierwsze kilometry po asfalcie były rajskie, choć obawa przed poślizgiem na suchym asfalcie pozostała. Po ponad godzinnym szukaniu znaleźliśmy hostel w przyzwoitym stosunku jakości do ceny, co łatwe nie było. I tak jesteśmy tu już trzecią noc i ciągle nam niemało, ale o tym w następnym wpisie.

Zdjęcia:
W drodze do Sucre


Madziula

1 komentarz :

  1. Widze, ze przygod Wam nadal nie brakuje! :)
    No a ta droge mozecie potraktowac jako szkolenie wstepne przed argentynska "40"-tka ;)
    Pozdrawiam,
    Przemek

    OdpowiedzUsuń