27 lutego 2010

Sucre, 200 tysiecy mieszkancow, czyli tyle co moje rodzinne miasto Kielce. W Polsce zupelnie nieznane, jednak trzeba wiedziec ze jest to konstytucyjna stolica Boliwii. Faktycznie prezydent i rzad urzeduja w La Paz, jednak wciaz pozostawiono tutaj sadownictwo. Sentyment do stolicy w Sucre wsrod Boliwijczykow istnieje pewnie dlatego, bo to wlasnie tutaj zostala ogloszona niepodleglosc w Boliwii przed 200 laty (wciaz wisza wszedzie informacje o jubileuszu 1809-2009). Miasto lezy na wysokosci mniej wiecej 2800 m npm.



Tyle fakty. Reszta wrazenia. A byly fantastyczne. W naszej opinii to najpiekniejsze miasto Boliwii i scisla czolowka Ameryki Poludniowej. Zabudowa starowki nie jest wysoka, fasady pomalowane w wiekszosci na bialo. Centralny plac, przy ktorym stoi m.in. katedra, jest centrum towarzyskim miasta. Na srodku duzo zieleni, pomnik, wysokie palmy i odpoczywajacy mieszkancy. Nie jest to jednak jedyny plac w miescie - w ktora strone nie pojdziemy, co chwila natrafiamy na kolejne. Z przyjemnoscia wiec snulismy sie po miescie bez konkretnego kierunku, podziwiajac estetyke miejsca. A kolejne place, moze i mniejsze od centralnego, to wciaz pelene uroku i zycia. A moze nawet jeszcze w nie bogatsze.
To zycie w miescie podoba nam sie szczegolnie. Nasunelo sie nam porownanie z pieknym Cusco. Tam jednak centrum bylo opanowane przez turystow, podczas gdy zycie mieszkancow toczylo sie w nowym, brzydkim miescie. Sucre zas nie jest moze odpicowane, za to bardzo autentyczne.
Najbardziej zas centralny rynek, zywy, gwarny, z pieknymi sekcjami owocowo-warzywnymi, pysznymi sokami i koszmarna czescia z miesem - jakos wyjatkowo cuchnelo na tym targu, az strach pomyslec ze lokalne restauracje z czegos takiego potem nam gotuja obiad. Juz dawno temu sie przyzwyczailismy, ze tutaj nie uzywa sie chlodni do transportu czy przechowywania miesa czy nabialu, ale tym razem bylo to wyjatkowo ciezkie doswiadczenie.



Mam nadzieje, ze nie odniesliscie wrazenia ze w Sucre turystow nie ma. Sa, w sumie bardzo duzo nawet. Sucre jest popularnym miejscem, w ktorym gringosi ucza sie hiszpanskiego, zostajac w miescie przez 2 czy 3 tygodnie. Spotkalismy tez takich co przyjechali na semestr studiow. Widac ze lokalne restauracje wypatrzyli juz te okolicznosc: w wielu z nich mozna skorzystac z internetu bezprzewodowego czy tez napic sie zagranicznego piwa - a to bardzo zwieksza lojalnosc zachodniego turysty :)

Zdjęcia z Sucre (troche nie dopisala pogoda, brakowalo niebieskiego nieba jako tla do bialych budynkow...):
Sucre


W Sucre spalismy 4 noce, jednak polowe czasu spedzilismy poza miastem podczas dwoch jednodniowych wycieczek. Atrakcja turystyczna nr1 okolic Sucre jest miejscowosc Tarabuco, w ktorej odbywa sie niedzielny rynek lokalnym rekodzielem. A ze my w niedziele dopiero do Sucre dojechalismy, kiedy pojechalismy tam w poniedzialek, bylismy chyba jedynymi turystami. Przede wszystkim, sama droga do Tarabuco jest bardzo ladna, prowadzi przez lagodne, otwarte tereny i pokonuje kilka wzniesien. Mijane miejscowosci wygladaly duzo porzadniej niz wszedzie indziej w Boliwii, pokryte czerwona dachowka. Dlatego tez, kiedy zjezdzalismy po 60km do Tarabuco, w myslach przypomnial sie widok srodziemnomorskich miasteczek. Sami zobaczcie:



Miasteczko samo w sobie nie jest jakos wyjatkowo inne niz wszystkie w okolicy. Zycie toczy sie niespiesznie, a ze bylismy jedynymi turystami, wszyscy na nas zwracali uwage. A mysmy chcieli odwrotnie. Bo atutem takiego niedzielnego rynku jest to, ze wszyscy sa zajeci handlem i stosunkowo latwo podgladac i archiwizowac aparatem scenki z zycia. I pewnie zalowalibysmy bardzo ze bylismy tam dzien pozniej gdyby nie to, ze w Tarabuco mowia w Quechua (a nie Aymara). Udalo nam sie nawiazac wiele konwersacji, niektorych bardzo ciekawych, a niektorych sympatycznych. Podczas gdy na targu z usmiechem patrzylismy, z jakim dziwieniem pewna staruszka dowiaduje sie, ze w naszym kraju nie rosnie ryz, z duzym zainteresowaniem sluchalismy mlodej zony lokalnego adwokata, ktora przeprowadzila sie dla niego z Sucre. Takie rozmowy sa dla nas bardzo cenne. Podczas gdy piekno estetyczne mozna sprobowac zapisac na zdjeciach i pokazac innym, nie spobob zakonserwowac atmosfery takich rozmow i prawdziwego, niepowtarzalnego kontaktu z nieznajomymi. I dlatego wlasnie tak bardzo lubimy podrozowac, a nie tylko ogladac slajdy ze swiata.
W okolicach Tarabuco wybralismy sie jeszcze do miejscowosci Candelaria, po drodze stawajac w innych wioskach. Dorosli czy dziecie sa moze niesmiali, ale usmiechnieci i zaciekawieni. Lubimy taki czas, kiedy niby nic konkretnego sie nie dzieje, a jednak jest pieknie. Do tego rejon w ktorym bylismy jest obszarem jakiegos projektu rozwojego. Buduje sie droga z kocich lbow, widac nowe zabudowania o podobnym projekcie architektonicznym, dodatkowo spojne dzieki dachowce i bialym scianom. Milo sie patrzy na wsie pelne zycia. Na Altiplano widzielismy wiele opuszczonych wiosek z domami w ktorych slomiane dachy zrecyklowaly sie juz kilka lat temu, zas mieszkancy pewnie zyja dzis w paskudnym El Alto (przedmiescie nad La Paz).



Druga wycieczke zrobilismy w przeciwnym kierunku, poniekad zgodnym z tym z ktorego przyjechalismy z Oruro do Sucre. W lancuchu gorskim Cordillera de los Frailes mieszka sobie mniejszosc etniczna Jalqa. A na sam termin mniejszosc etniczna Madziulce swieca sie oczy: bo takie mniejszosci najczesciej maja jakies fikusne ludowe stroje, ktore Madziuli zawsze sie podobaja. A juz przynajmniej zobaczyc trzeba. Poza tym same okolice wydawalyby sie byc piekne, wiec sie wybralismy.
Przez pewien czas jechalismy po znanej nam Rucie 6. W odstepie dwoch dni droga wyschla calkowicie, a i w wielgachnych kaluzach poziom wody zdecydowanie sie obnizyl. Szybko wiec, choc niespiesznie, dojechalismy w region zamieszkaly przez Jalqa. Problem tylko taki, ze ludzie zrobili nam psikusa, i przynajmniej tego dnia zrezygnowali z zalozenia strojow. Madziulka wiec zupelnie sie zawiodla zauwazajac ze "takie stroje to tu nosza juz tylko stare babki, takie rok przed smiercia". Trudno o trafniejszy komentarz, jednak wycieczka byla bardzo udana. Znow bowiem udalo nam sie porozmawiac z ludzmi. W wiosce Potolo, ktora w Lonely Planet polecana jest jako miejsce zakupu tekstyliow, wiele dzieci biegalo za nami starajac sie cos nam sprzedac. Wszystkie miedzy soba mowia po Quechua, choc w szkole i w telewizji przeciez tylko hiszpanski. Mozna nawet powiedziec, ze sa prawie trojjezyczne. Choc ich angielski poki co ogranicza sie do podstawowych slow (dog, cat, watermelon, good evening), wymawianych w przekomicznym akcencie. Co do kwestii jezykowych - najstarsi mieszkancy w ogole nie mowia czy rozumieja po hiszpansku. Bylo to dla nas dosyc zaskakujace odkrycie.
Okolice przepiekne. Rozlegle plaskie doliny, ktore nagle zmieniaja sie w waskie i glebokie kaniony. Czerwien ziemi, zielen roslinnosci. Czarne skaly. Rozmaitosci nie ma konca. A dodatkowo, w poblizu lezy Crater de Maragua, ktory widzielismy z oddali i chcielismy dostac sie do wnetrza. Nie jest to prawdziwy krater wulkanu, ba- w sumie to nawet nie wyglada jak krater wulkanu, tylko raczej jak wielka jakas misa skalna. Nie udalo nam sie jednak tam dojechac, poniewaz musielibysmy przejechac w poprzek porzadna rzeke. Akurat do niej dojezdzalismy, kiedy z przeciwnej strony nadjechal jakis czlowiek na motorze, naturalnie slabszym, ale i lzejszym. I widzielismy, jak probuje sforsowac wode, jednak nie udaje mu sie to i musi pchac motor przez mentna wode. Ryzyko zakopania w mule czy nabrania wody do wnetrzna silnika ocenilismy na za wielkie. W zamian udalo nam sie spotkac kolejna osobe do pogawedki. Tym razem byl to przesympatyczny i radosny starszy pan, dzieki ktoremu dowiedzielismy sie, ze ludzie tu mieszkajacy owszem nosza tradycyjne ubrania, jednak teraz glownie podczas swiat. Na przyklad przed kilkoma dniami w czasie karnawalu - wszyscy bez wyjatku, mlodzi i starzy. Szkoda ze w jednym czasie mozna byc tylko w jednym miejscu, pewnie pomyslala sobie Madziula.

Zdjęcia z okolic Sucre:
Okolice Sucre


Dni w i wokol Sucre byly wiec dla nas bardzo ciekawe i przyjemne, kiedy to kontynuowalismy odkrywanie nieznanej nam dotad Boliwii. Odkrywanie to chyba jednak ma sie szybko ku koncowi. Z Sucre czekalo nas jedynie 3 godziny drogi od gorniczego Potosi, lezacego na ponad 4000 metrach. A wiec znow wysoko. Czyli ludzie chlodni. W nastepnym wpisie przekonacie sie, czy obawy sie spelnily.

Pozdrawiamy

Michal

P.S.: Informacje praktyczne: Madziula wspomniala w poprzednim poscie o tym ze ciezko bylo nam znalezc porzadny nocleg. Problem w tym, ze stosunek ceny do jakosci w hotelach byl bardzo mizerny. Albo byla to dziura, albo pokoj w niemalej cenie bez okna czy kontaktu elektrycznego, a to w znowu bardzo drogi. W koncu zaplacilismy 90BS za pokoj bez lazienki, z bardzo skromnym sniadaniem (bulka z dzemem i kawa/herbata). Slyszelismy juz pozniej jednak bardzo dobre recenzje m.in. o Dolce Vita. A z gastronomii koniecznie do El Germen (jest w LP) na almuerzo: wegetarianska pychota za 17bs z deserem i refresco (tylko miedzy 12.00 a 14.00). Madziula: nigdy nie przypuszczalam, ze ja miesozerne stworzenie polubie jakakolwiek wegetarianska knajpe. A El Germen kulinarnie pokochalam!

1 komentarz :

  1. My nocowaliśmy w Dolce Vita! Naprawdę fajny hostel, wystrój, ludzie, lokalizacja.
    Magda

    OdpowiedzUsuń