13 lutego 2010



Wieści z warsztatu przed weekendem nie nadeszły. Postanowiliśmy więc wykorzystać jakoś pożytecznie czas oczekiwania na motor i zobaczyć to co planowaliśmy autobusem i jakoś elastycznie reagować na rozwój wydarzeń.
Autobus do Cochabamby jedzie 7 godzin: pierwsze 3 na południe po płaskowyżu w kierunku Oruro, po czym odbija na wschód i górzystymi terenami zjeżdża do doliny w której znajduje się Cochabamba (2500m npm). Miasto to ma ponad pół miliona mieszkańców i należy do największych i najważniejszych w Boliwii. W przeszłości dzięki sprzyjającym warunkom naturalnym odgrywało wielką rolę jako producent żywności potrzebnej do wyżywienia górników z Potosi (o którym będzie mowa jak tam dotrzemy).
Wszystkie ambitne nasze plany efektywnego wykorzystania czasu spaliły na panewce. Zatrucie jedzeniem w drodze do Cochabamby spowodowało, że pierwszy dzień w mieście upłynął pod znakiem odzyskiwania sił i chęci do życia. Nie oznacza to jednak, że nie udało nam się wyrobić pierwszej opinii na temat tego miejsca.
Uderzył nas rozdźwięk pomiędzy poszczególnymi częściami miasta. Nasz hotel znajdował się w centrum miasta. Niedaleko piękny główny plac gdzie koncentruje się życie towarzyskie, od którego odchodzą zwykłe uliczki ze swoimi specjalizacjami (z kluskami, z łóżkami, z zakładami pogrzebowymi, z fryzjerami itd), w drugą stronę idąc dojdziemy do wielkiego targu, tłocznego i chaotycznego. Wszędzie jak to zwykle bywa sprzedawcy świeżo wyciskanych soków pomarańczowych, kramów typu 1001 drobiazgów, pucybutów itd. Boliwijski standard. W zasadzie jesteśmy tak przyzwyczajeni do tego typu widoków, że dopiero ostatnio przeglądając nasze zdjęcia do nas dotarło, że tego zwykłego życia jakoś nie uchwyciliśmy do tej pory.
Na wieczór jednak wreszcie przyszedł apetyt i postanowiliśmy zjeść coś odmiennego od naszej typowej diety. Pomimo że z mapy wynikało że aby skosztować perskiego kebaba będziemy musieli przejść stosunkowo duży kawał drogi, postanowiliśmy się przespacerować. W ten sposób zobaczyliśmy zupełnie inną Cochabambę. Bogatszą, czystszą spokojniejszą. Ze schludnymi domkami jednorodzinnymi , z nowymi apartament owcami, z kawiarniami wypełnionymi ludźmi o europejskich karnacjach, z kinopleksami, wieżowcami, ambasadami itd. Przejście jednego miasta w drugie jest stosunkowo płynne, jednak bardzo znaczące; odnosi się wrażenie, że jedni drugim w drogę sobie nie wchodzą.
Pyszny kebab tak nam posmakował, że następnego dnia postanowiliśmy spróbować włoskiej pizzy (co zazwyczaj jest dosyć ryzykowne w Ameryce Południowej) pieczonej w okolicy i znów się nie zawiedliśmy. Dodatkowo, już bliżej naszej bazy, udało nam się znaleźć kawiarnię z bezprzewodowym Internetem która serwowała przepyszne śniadania. W ten sposób Cochabamba zostanie nam w pamięci jako kulinarna rozpusta.
Wyrzuty sumienia spowodowane zbyt dużym czasem spędzonym w kafejkach internetowych próbowaliśmy nadrobić zwiedzając lokalne atrakcje turystyczne – piękne kościoły (wszystkie zamknięte), jak i wzgórze na którym ustawiono figurę Jezusa Chrystusa, troszeczkę wyższą niż ta w Rio, jednak obawiam się że nie dorównującą jej pod względem lokalizacji i widoku jaki oferuje na miasto.

Z ciekawostek, w czasie spaceru po największym targu Cochabamby podeszło do nas 6 (!) policjantów na raz i poprosiło w dość niemiły sposób o nasze paszporty. Słyszeliśmy wcześniej historie o nieprawdziwych policjantach żądających od turystów okazania paszportów, po to, żeby je ukraść. Powiedzieliśmy im więc, że na ulicy im nie pokażemy i że jeśli chcą je zobaczyć chodźmy po najbliższego posterunku policji lub do naszego hotelu. Zgodzili się. Po może 2 minutach marszu, krótko się ze sobą naradzili, po czym powiedzieli nam, że jednak z nami nie pójdą i że następnego dnia mamy przywieźć do urzędu imigracyjnego kopię paszportu i karteczki imigracyjnej. A jak tego nie zrobimy będą nas szukać po całym kraju, a konsekwencje będą poważne. I tak się rozstaliśmy. Po powrocie do hotelu opowiedzieliśmy całą historię i spytaliśmy się co robić, co oni na ten temat myślą. Nasz przemiły recepcjonista (naprawdę fajny Hostel - Florida) stwierdził, że nie ma co się przejmować, dobrze zrobiliśmy, to raczej byli oszuści i do urzędu imigracyjnego jechać nie musimy. No więc o sprawie zapomnieliśmy. To nie koniec historii... Kiedy już ruszyliśmy z Cochabamby autobusem do La Paz przy wyjeździe w miasta zatrzymała nas policja. Do autobusu wszedł policjant przedstawiając siebie jako Policja Imigracyjna i nie muszę już chyba dodawać, że była to znana nam twarz... Podszedł do nas poprosił o paszport i karteczkę, sprawdził tylko Madziulowy i zapytał czy w drugim jest to samo. Unikaliśmy wymiany spojrzeń jak tylko się dało, udzielenie odpowiedzi na jego pytanie musiało sie jednak skończyć spojrzeniem w oczy. Rozpoznał nas natychmiast. Zaśmiał się i powiedział: Ha, my się już znamy! My mniej szczęśliwym tonem, że tak... A on, że dziękuje nam za paszporty i życzy przyjemnej jazdy. Jeszcze tylko przez krótkofalówkę zgłosił, że nas spotkał i wyszedł z autobusu. Chyba jednak był policjantem "prawdziwym"... :P
W okolicach Cochabamby znajduje się szereg ciekawych miejscowości, które planowaliśmy zobaczyć. Jednak odkładanie wycieczki z dnia na dzień sprawiło, że nie było nam w końcu dane odwiedzić którąkolwiek z nich. A wszystko przez motor. Tzn przez jego brak, a także przez informacje które do nas napływały.
Dostaliśmy wiadomość, że motor będzie gotowy na sobotę. Hmm. Pomyśleliśmy sobie, że w takim razie z Cochabamby pojedziemy na weekend zobaczyć karnawał do Oruro , po czym wrócimy się do La Paz po motor, który odbierzemy w poniedziałek i ruszymy na południe (znów przez Oruro). Jednak w czwartek wieczorem, kiedy to planowaliśmy następnego dnia wyskoczyć wreszcie do miasteczek w pobliżu Cochabamby, nadszedł z warsztatu email, że motor już jest gotowy do odbioru (plus informacja o cenie bez informacji co było nie tak). Cóż, gdybyśmy wiedzieli wcześniej, wrócilibyśmy się do La Paz, załatwili w piątek ostatnie sprawy i pojechali z całym dobytkiem do Oruro, bez konieczności wracania się później do La Paz. Tu jednak drugie zaskoczenie: chwilę po tym jak napisałem, że zjawimy się w poniedziałek, nadeszła odpowiedź, że z powodu karnawału warsztat dopiero będzie otwarty w środę.
Nie mieliśmy więc wyboru. W piątek z rana pobiegliśmy na dworzec autobusowy aby zdążyć w La Paz odebrać motor przed końcem dnia. I tutaj kolejny raz Boliwia dała nam popalić. Podczas gdy kilka dni wcześniej zapłaciliśmy za bilet z La Paz 20bs, tak teraz ceny oszalały i za najtańszy trzeba było zapłacić 40bs (w tej samej klasie). Dodatkowo mnóstwo osób na dworcu i często bilety dopiero na trzeci czy czwarty kurs odchodzący za 2h. I tutaj zostaliśmy wykorzystani przez jedną z firm, która postanowiła uruchomić dodatkowy kurs widząc jak wielkie jest zapotrzebowanie. Pierwszy autobus odjechał miał podjechać drugi, nasz. Autobus zjawił się jednak dopiero 45 minut później, a ruszył za kolejne 45 minut, kiedy udało się sprzedać ostatni bilet. Byliśmy wściekli za okłamanie nas, bo tym razem naprawdę nam zależało na czasie. Dodatkowo, Ci kupujący na końcu (a więc CI co nie stracili nic swojego czasu) zapłacili mniejszą cenę. Tego bardzo nie lubimy.
I tutaj zakończę ten wpis, który piszę w autobusie. Mamy nadzieję, że uda nam się zdążyć odebrać motor jak tylko dojedziemy do La Paz (a warsztat na końcu miasta), no i oczywiście że wszystko z nim w porządku.
A jutro Karnawał w Oruro. Spodziewamy się przywieźć stamtąd ciekawe zdjęcia. Póki co dzielimy się tym co zobaczyliśmy w Cochabambie:
Cochabamba

Pozdrawiam
Michał

1 komentarz :

  1. postanowiłam nadrobić duże zaległości i już kilka godzin siedzę na blogu - nadziwić się nie mogę. jesteście BOHATERAMI! zresztą co będę pisać - sami to wiecie :) trzymam kciuki
    magda b

    OdpowiedzUsuń