17 lipca 2016


O Kurdach słyszeliśmy dotychczas legendy. Tak pozytywne, że aż niewiarygodne. Z Tabriz ruszamy więc do irańskiego Kurdystanu!
- Przepraszam Panią – pyta nieśmiało dziewczyna w parku w Saques. - Skąd Pani jest?
Uśmiecham się i miło odpowiadam.
- Rozumiem, że jest Pani turystką w Iranie. Turyści jeżdżą do Isfahanu, Sziraz i Teheranu. Ja przepraszam, że tak wprost spytam..., ale co sprowadza Panią do Saques?
- Ludzie!

Taką rozmowę przeprowadzaliśmy co najmniej raz dziennie. Szkoda, ze nie możemy pokazać Wam tego pięknie serdecznego, wzruszonego wyrazu twarzy. Fajnie jest sprawić komuś przyjemność jednym słowem, będącym jednocześnie szczerą odpowiedzią. My raczej z tych, którzy w podróży pustki, samotności i kontaktu z naturą szukają. Do Kurdystanu pojechaliśmy jednak dla ludzi i powiem Wam, że napotkane przez nas dusze i doświadczenia przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. To tak jakby do tej gliny, z której jest naród Kurdów ulepiony sypnęło się bardzo dużo składnika o nazwie „serce”. Najwięcej.

Wróćmy jednak do parku w Saques. Zatrzymaliśmy się tam, żeby Ignaś pojeździł chwilę na rowerze i pobawił na placu zabaw. Wysypaliśmy się z samochodu, pozbieraliśmy potrzebny ekwipunek i jeszcze nie odeszliśmy od samochodu, gdy podszedł do nas Mohammad. Od słowa do słowa, zaprosił nas na kolację i nocleg. Nalegał tak bardzo, że nie sposób było mu odmówić. Naszą pierwszą noc w Kurdystanie spędziliśmy więc w domu, przy pysznym jedzeniu i rozmowie z rodziną profesora akademickiego i jego żony – pracowniczki lokalnego urzędu miasta. W parku dostaliśmy watę cukrową i paczkę ciastek dla dzieci i milion miłych słów, uśmiechów i rzuconych słów – Welcome to Kurdistan. A to był tylko początek.

Śpimy w krzakach. Czujemy się sami, rozbiliśmy obozowisko na jakimś opuszczonym polu po drugiej stronie rzeki. Rano wyłania się z krzaków właściciel sąsiedniego pola, porywa Michała, a ten wraca z garściami pełnymi warzyw i ziół, świeżo narwanych. I z zaproszeniem do domu, co byśmy chociaż prysznic wzięli, bo w ogóle to bez sensu, że my na tym polu spaliśmy, a nie u niego w domu. Michał truje się jedzeniem. Dzień z głowy, wiadoma sprawa. Na postoju, kładzie się pod samochodem. Tam cień, a musi odpocząć. Zatrzymuje się samochód. Pan jest dietetykiem, wygrzebuje z apteczki lekarstwa dla Micha. Pani parzy herbatę. Druga Pani wygrzebuje z czeluści torebki cukier z Isfhanu, dobry na chory brzuch. Do tego zaproszenie do domu na nocleg dnia następnego, a najlepiej jak już dzisiaj pojedziemy razem z nimi na piknik nad jezioro, a jutro do nich do domu. W drodze do Howraman spotykamy Mehdiego, lokalnego nauczyciela języka angielskiego. I znowu – zaproszenie na nocleg do domu. Chcecie mleko kozie dla Ignasia? Nie ma sprawy, sąsiadka dwa domy dalej ma kozy, zaraz ja poproszę, żeby wydoiła. Takich historii możemy jeszcze powiedzieć co najmniej kilkanaście. Ich zwieńczeniem i kompletnym kosmosem byli Edris i Bayan.

Jedziemy z Ravansar w stronę malowniczej miejscowości Palangan. Na podjeździe silnik zaczyna się gotować. To nie pierwszy raz dzisiaj. Tylko tym razem jest już późno, jesteśmy zmęczeni i trochę przejęci tym, że utkniemy na noc przy ruchliwej drodze w namiocie rozbitym w rowie. Pierwszy przejeżdżający samochód zatrzymuje się. Edris, dobrym angielskim, wypytuje, co się stało, po czym zaprasza nas do siebie do domu. Bronimy się długo, jesteśmy trochę przytłoczeni tą kurdyjską gościnnością, dobrze nam zrobi jeden noclego w dziczy. Ale Edris, jak ten odpowiedzialny opiekun, dobry duch, który pomóc musi, nie odpuszcza. Poddajemy się, zawracamy i zaczynamy za nim jechać.Niebo nam go zesłało, bo chwile później auto zaczyna świrować na całego. Do Ravansar dojeżdżamy i wdzięczni jesteśmy Edrisowi bardzo, bo gdybyśmy w naszym niemądrym uporze tkwili nic by dobrego z tego nie wyszło. Edris i Bayan odstępują nam swoją sypialnię, jest pyszna kolacja i prysznic i rodzina przyjeżdża, żeby nas poznać. A to dopiero początek historii. Edris angażuje wszystkich najlepszych mechaników w mieście, którzy dzielą się pracą i doświadczeniem, bo co dwie głowy to nie jedna. Rano czeka na nas przygotowane śniadanie, liścik wyjaśniający gdzie znajdziemy dokładkę dżemów i świezo wyciskanego soku z mięty. I klucze do domu – na wypadek gdybyśmy chcieli wyjść. Bo Edris i Bayan pojechali do pracy, wrócą po południu. Nasz gospodarz zwalnia się wcześniej z pracy, żeby towarzyszyć Michałowi w czasie wizyty u mechaników. A popołudniu zabiera nas na wycieczkę na pole pokazać jak rośliny rosną ;) [na pustyni nie wszędzie pola, więc wyobrażam sobie, ze lokalnie była to jakaś atrakcja]. U Bayan i Edrisa spędzamy trzy dni, po czym Edris przekazuje nas w ręce swojej rodziny w Kermanshah – większe miasto = lepsi mechanicy, tam nam na pewno pomogą. Słów brakuje nam, żeby wyrazić naszą wdzięczność. Ściskamy się najmocniej w świecie i zostawiamy im na pamiątkę ulubioną książkę Ignasia, która i im się najbardziej podoba – Miasteczko Mamoko 3000.

"You are my guest. I am at your service" - nie wiem ile razy dziennie słyszeliśmy te dwa zdania.
Ogrom dobra dostaliśmy w irańskim Kurdystanie. Ogrom dobra będziemy mieli do przekazania dalej w świat.


W każdej rozmowie z Kurdami przewija się temat ich odrębnosci i niepodległości, a raczej jej braku. Największy naród na świecie, nieposiadający własnej ojczyzny, nękany od lat przez szalonych rządzących różnych krajów. Swoja odrębność manifestują między innymi ubiorem. Znaczna większość mężczyzn nosi luźne spodnie, coś w stylu szarawarów. W bardziej eleganckiej wersji mają do kompletu koszule uszyte z tego samego materiału co spodnie, a górę od dołu odziela ozdobny pas. Kobiety ubierają się z kolei w obficie zdobione koralikami barwne zwiewne sukienki. Czadory w Kurdystanie to rzadki widok.

- Wiesz Magda, ja uważam, że każda istota ludzka zasługuje na to, żeby mieć swoją ojczyznę – mówi Mohammed, nasz gospodarz w Saques. - Może i my się jej kiedyś doczekamy. Nie chciałbym jednak, żebyśmy wywalczyli sobie nią na drodze wojennej. Ten, kto poświęca bezpieczeństwo w imię wolności, na wolność nie zasługuje. Jesteśmy szczęściarzami, że urodziliśmy się w irańskim Kurdystanie, to jedyny prawdziwie bezpieczny teren zamieszkany przez Kurdów na świecie. W Turcji, szalony Erdogan nazywa nas górskimi Turkami i zupełnie nie uznaje naszej odrębności. W Syrii i Iraku Kurdów nęka daesh*. Tu, w Iranie nic nam nie zagraża. Rząd za nami nie przepada i prowincja nasza jest niedoinwestowana, ale jest tu bezpiecznie, a to wielki skarb.
- Jesteście z Polski? - pyta Pan X spotkany w parku. - Jesteście w takim razie moimi przyjaciółmi. Wasi żołnierze pomogli nam - Kurdom w Iraku, mamy Wam wielki dług do spłacenia.


Siedzimy na tarasie domu teścia Mehdiego, w małej wiosce leżącej pośrodku doliny Howraman. Z uwagi na strome zbocza otaczających nas gór, dolina pozostawała przez wieki niedostępna. Tu Kurdowie byli bezpiecznni, tu zachowały się stare domy, tarasy, akwedukty.
- Mehdi, tyle widzimy tu młodych mężczyzn. Z czego żyją? - pytamy
- Biednie tu u nas i często nie mają, z czego żyć. Większość z nich jeździ co wieczór na granicę z Irakiem i szmugluje rzeczy do Iranu. Najbardziej dochodowa jest elektronika. Kilku opuściło wioskę i przyłączyło się do bojówek kurdyjskich, które chcą walczyć o naszą niepodległość. A trochę osób szuka drogi do Europy. Brat mojej żony był już w Turcji i starał się załapać na łódkę płynącą do Grecji. Zapłacił już za nią, ale zadzwoniłem do przemytników w Iraku i kazałem mu wracać, za dużo ludzi na tych łódkach tonie.
Brat siedział pod ścianą i grzebał leniwie w komórce.

- Studiowaliście w szkole biznesowej? - zapytał - O! To pewnie znacie receptę na sukces. Czy moglibyście podać tytuł jednej książki, w której jest wytłumaczone jak założyć dobrze prosperującą firmę? Chętnie bym ją przeczytał!

W drodze do Kurdystanu

My budujemy dom na noc, Ignaś oddajemy się temu, co robić lubi najbardziej


Michaś poszedł chleb na śniadanie kupić

Już w Kurdystanie. W drodze do doliny Howraman

Każde miejsce na piknik dobre


Nawiało piachu z Iraku. Stąd to powietrze


Dwóch Panów Kurdów

Ignaś pomaga piec chleb




Piątkowy spacer po mieście. Tylko mały nie dorobił się jeszcze stroju 



W domu teścia Mehdiego

U Edrisa i Bayan. Przyjechał brat Bayan z żoną, żeby nas poznać, Ignaś czyta Mamoko

Śniadanie niespodzianka od Edrisa i Bayan
Irański Kurdystan
Post napisaliśmy na notebooku Asus UX301L

1 komentarz :

  1. Świetnie,aż miło się czyta o takich otwartych sercach :D

    OdpowiedzUsuń