16 maja 2014


Wjeżdżamy do Salwadoru, nowy latino kraj przed nami. Granica idzie nam wyjątkowo opornie, bo potrzebne są kserokopie wszystkich możliwych papierów, a celnicy kopiarki nie posiadają, bo pan celnik urządził sobie siestę, a inny zniknął na obiad, bo skierowali nas do złego okienka, bo jesteśmy w Ameryce Łacińskiej. Tu temperatura opatula ludzkie ruchy i nie pozwala im na za szybkie tempo, tu czas ma pojęcie bardzo względne. Znamy już to bardzo dobrze, 2/3 rodziny siedzi więc spokojnie w samochodzie i pozwala czasowi płynąć, a w 1/3 odzywa się pruski pierwiastek i trochę się gorączkuje [zgadnijcie, zgadnijcie kto jest kim ;P]. Niemniej dzięki staraniom tej rozgorączkowanej części rodziny przekraczamy granicę przed zmrokiem i dojeżdżamy do najbliższej nadmorskiej miejscowości. Bienvenidos en El Salvador!

Teraz gorączkuje się dla równowagi drugi dorosły naszej rodziny. Bo nie dość że wjechaliśmy do SALWADORU, przed którym tenże dorosły ma pietra, to jeszcze jesteśmy przy samej granicy [a granice dobrej sławy w tym kraju nie-najlepszej-sławy nie mają], robi się ciemno, a my nie mamy gdzie spać. Dla załagodzenia sytuacji ogólnego rozgorączkowania dorosły, w którym opadły już graniczne emocje, zatrzymuje się przy sklepie, żeby zapytać gdzie tu można blisko i bezpiecznie się przespać. Przy okazji zadaje nurtujące go od dawna pytanie:
- Słyszałem, że gdzieś tu w okolicy mieszka Jose Salvador Alvarenga. Znają go może Państwo? Wiedzą gdzie mieszka?
- Toż to mój syn! Jest na zapleczu! - odpowiada Pani sprzedawczyni.

I tak o to zatrzymujemy się w sklepie na colę i rozmowę, po czym od słowa do słowa dostajemy zaproszenie na noc w namiocie. Pewnie nie każdy z Was wie, kim jest ten Jose Salvador i dlaczego o niego pytaliśmy? Słyszeliście o człowieku, którego sztorm porwał razem z łódką na meksykańskim wybrzeżu i który przez 13 miesięcy dryfował po Pacyfiku aż ocean zlitował się i wyrzucił go na Marszalach? To właśnie Jose Salvador Alvarenga.

Jose 13 lat wcześniej wyjechał z Salwadoru do Meksyku za pracą, nielegalnie oczywiście. Zostawił w Salwadorze kobietę z małą, niespełna roczną córeczką. Od zawsze trudnił się połowem ryb, jako dziecko i nastolatek był rybakiem w Garita Palmera, kolejne lata spędził natomiast na łowieniu rekinów w Meksyku. Na początku zdarzało mu się wracać do domu, w ciągu ostatnich 8 lat nie dawał jednak znaku życia. Nie dzwonił, nie pisał ani przyjeżdżał. Rodzina myślała, że zaginął. W czasie feralnego sztormu był na morzu z kolegą, kilkunastoletnim jego zdaniem Ezequielem. Towarzysz po czterech miesiącach morskiej tułaczki popadł w depresje, odmówił spożywania posiłków i zmarł. Jose starał się trwać dalej. Mała, rybacka łódeczka nie zawierała oczywiście zapasów jedzenia ani wody. Żywił się więc złowionymi ręcznie rybami, żółwiami i ptakami, pił deszczówkę z żółwiej skorupy, a w kryzysowych bezdeszczowych okresach własny mocz. Po tym jak znaleziono go na Marszalach i przebadano w Stanach, odesłano go ku wielkiej radości mamy, taty i córki do Garita Palmera, małej wioski, na salwadorskim, pacyficznym wybrzeżu. O swojej historii chce napisać książkę, myśli też o filmie, jacyś filmowcy z Chile są podobno zainteresowani jego historią. A teraz wybiera się do Stanów na badania pod kątem pasożytów, bo bardzo boli go brzuch po 13 miesiącach jedzenia surowizny. Przez 3 miesiące będzie oglądany przez lekarzy w Waszyngtonie, gdzie przez przypadek mieszka nielegalnie prawie całe jego rodzeństwo.

Jose Salvador Alvarenga jest dzisiaj lokalną gwiazdą. Mimo że wrócił do domu ponad dwa miesiące wcześniej ciągle wpadają do domu sąsiedzi, znajomi znajomych i chcą sobie zrobić z nim zdjęcie. Jose sprawia wrażenie dobrze odnajdującego się w nowej roli. Do każdego podejdzie, z każdym uściśnie dłoń, każdemu przed kamerą zapozuje. I nami, swoimi "gringo gośćmi" chciał się pochwalić w wiosce. Zaproponował nam wieczorny spacer na plażę, bo tam pięknie. My zawsze chętni do spacerów, załadowaliśmy więc Ignasia w nosidełko i gotowi do drogi czekaliśmy na ulicy. Jose stwierdził jednak, że to za daleko, żeby iść. Lepiej pojechać naszym samochodem. A najlepiej to by w ogóle było gdyby on poprowadził. Mało chętnie, ale przekazaliśmy mu kluczyki. Jedna ręka zliczyłaby razy gdy siedział za kierownicą samochodu [naszym zdaniem], nie przekraczał jednak 15km/h, w razie czego jakoś byśmy się uratowali :) Nasza przejażdżka przez wioskę nie była taka "zwykła". Wszystkie szyby opuszczone, muza włączona i odpowiednio podgłośniona, światło w środku zapalone, cobyśmy świecili się w ciemnych uliczkach, łokieć na szybie i do przodu. A! O klaksonie bym zapomniała :) Regularnie wciskany był klakson, coby dać wszem i wobec znać, że luks torpeda, rozklekotana 17-letnia Toyota jedzie przez wieś z Jose, jego kuzynem i gringo rodziną na pokładzie :)

Cudowną kobietą jest mama Jose. Złota kobieta, serce na dłoni, z tych co to w kapciach do nieba pójdą. Biegała przy wszystkich, żeby każdemu dogodzić, a miała na głowie z 10 domowników, nas i jeszcze goście ze stanów przyjechali 7-osobową drużyną. Dla każdego kolacja, dla każdego śniadanie, dla każdego uśmiech, ciepłe słowo, dla Ignasia chwila na rękach, a dla Jose najcieplejsze w świecie przytulenie. I chociaż chowaliśmy się w kącie najbardziej jak potrafiliśmy, żeby nie przeszkadzać, zawsze nas znalazła i wszystkim chciała się podzielić. Cudowna Pani Maria, dzięki której spędziliśmy super pierwszą noc w Salwadorze. El Salvador oswojony.


Fragment kuchni, z mamą córki Jose w tle

Rozgotowana kukurydza gotowa do przygotowania tortilli, ulubionego jedzenia Jose. Co kraj to kubki smakowe ;)




Magda


0 komentarze :

Prześlij komentarz