14 lutego 2014


W XVI wieku na górzystych terenach północno-środkowego Meksyku Indianin dał do ręki hiszpańskiemu konkwistadorowi kawałek wydobytego srebra. Łatwo się domyślić, co nastąpiło dalej. Hiszpanie rozpoczęli budowę wielkich kopalni, w których indiańskimi rękami pozyskiwano kruszywa - srebro, złoto, żelazo, miedź i cynk dla powiększania bogactwa zachodniego świata. Wokół najbogatszych kopalni swoje małe, prywatne imperia tworzyli hiszpańscy baronowie, i tak zaczęły powstawać pokaźne kolonialne miasta. Niektóre kopalnie działały jeszcze w latach 60-tych XX wieku. Chętni mogą je dzisiaj zwiedzać, nie skorzystaliśmy jednak z tego, po wizycie w ciągle czynnej kopalni w Potosi w Boliwii.

W trzech miastach zatrzymaliśmy się na krótszą lub dłuższą chwilę, jadąc w stronę Mexico City. Można powiedzieć, ze wreszcie zobaczyliśmy Meksyk, bo na Półwyspie Kalifornijskim silne były amerykańskie wpływy. Mając w głowach wciąż bardzo żywe wspomnienia z Ameryki Południowej, "kontynentalny" Meksyk wydał nam się jakby znajomy... Wielkie mercados, w których można znaleźć stosunkowo tanie obiady i popić je świeżo wyciśniętym sokiem. Ściany z namalowanymi napisami informującymi o usługach, produktach, nazwie sklepu itp. Z wielu miejsc dobiegający reggeaton, urozmaicony meksykańską nutą - grajkami i śpiewakami, ubranymi w eleganckie stroje i pogrywającymi na gitarach, trąbkach, saksofonach i kontrabasach. I bezwzględnie wszechobecny hiszpański. W Zacatecas życie toczy się jakby normalnym miejskim trybem. Nie ma tu deptaków, ani standów z ozdóbkami dla turystów. Większość ulic kipi życiem, tu facet sprzedaje gazety, tam babeczka smaży tacos, a inna oferuje świeżo pokrojone owoce. Pan przyszedł z osłem z rancza i sprzedaje agua de miel, czyli sok z agawy. W piatek i sobotę wieczorem życie koncentruje się wokół kantyn, które są odpowiednikiem mojego wyobrażenia saloonów z dzikiego zachodu - wahadłowe, drewniane drzwi, bar i duża oferta różnego rodzaju alkoholi, w tym tequili i naszej wyborowej :) A tłem do tego miejskiego życia są ładne fasady kolonialnych kamienic.






Guanajuato jest zdecydowanie najbardziej urokliwe. Położone na mocno pagórowatym terenie tworzy plątaninę stromych ulic i podziemnych tuneli, którymi kiedyś płynęły rzeki, a dzisiaj jeżdża samochody. Nawigacja w Guanajuato jest niełatwa. Rozjazdy, skrzyżowania na ziemi i pod ziemą, nieustanne zakręty, jeden błąd, zjeżdżasz pod ziemię, po czym plątanina dróg wyrzuca cię na drugim końcu centrum. Guanajuato to takie miasto do "zgubienia się". Godzinami można szwendać się po małych i większych uliczkach, przysiąść na obrośniętym drzewami jednym z wielu placyków, posłuchać grajków przygrywających na zamówienie parom, poprzyglądać się mozaice kolorów kamienic lub komików, popisujących się na placach przed niemałą publicznością.








Nasz codzienny rytual - przerwa w kawiarni na kawe dla nas i drzemke Ignasia (tu na workach z kawa)


 San Miguel de Allende to z kolei amerykańska oaza w Meksyku. Sprowadziło się tu mnóstwo amerykańskich emerytów. Znowu, podobnie jak na Półwyspie Kalifornijskim, w wielu miejscach słychać tu angielski, na znakach reklamują się po angielsku nowo wybudowane osiedla oferując sąsiadom z północy mieszkania. Jakkolwiek amerykańsko by tam jednak nie było, spodobała nam się kolorystyczna spójność miasta. Wszystkie kamienice zadbane, świeżo odmalowane na ciepłe żółto-czerwono-pomarańczowe barwy. Mało tam meksykańsko, ale bardzo estetycznie, można nacieszyć chwilę oko :)




Więcej zdjęć:

Magda

Wysłano z ultrabooka Asus UX42VS

1 komentarz :